w 7 odcinku programu Fleszem odpowiem czy warto wybrać się na targi Film Video Foto w Łodzi, porozmawiamy o technikach pozyskiwania klientów na zdjęcia ślubne, pracy z parą na sesji, wydobywaniu z ludzi emocji na zdjęciach i seo dla fotografów.

Fleszem po oczach – audycja powstała jako odpowiedź na pytania odbiorców mojego newslettera dla fotografów.

Reklamowany w 7 Fleszem po oczach odcinek podcastu Niezłe Aparaty

W tym odcinku audycji dla fotografów “Fleszem po oczach” porozmawiamy o wrażeniach jakie mam po targach Film Video Foto w Łodzi 2018, opowiem wam o tym co mi się tam podobało a co nie w kontekście  tego co można było zobaczyć na stanowiskach wystawców. Wspomnę o spotkaniu z patronami podcastu Niezłe Aparaty.

Poruszę też temat zbliżających się warsztatów dla fotografów ślubnych i rodzinnych Niezłe Aparaty. Opowiem wam o moich technikach pozyskiwania klientów, pracy z parą na sesji, wydobywaniu z ludzi emocji na zdjęciach i seo dla fotografów. Odpowiem też na pytania odbiorców newslettera “Fleszem po oczach”, czyli będzie o krótkich ogniskowych (obiektywy typu 35mm i 28mm), o tym jak zbudować pewność siebie (dla fotografa niezwykle istotna sprawa), o tym jak zabezpieczyć się przed awarią karty pamięci w aparacie. Czy używać jednej karty, czy zapisywać pliki RAW na dwóch kartach. Jak ugrać coś na porażce oraz kiedy warto dać ofertę specjalną na zdjęcia (co oczywiście wywoła temat zleceń zagranicznych – destination weddings, “śluby pinterestowe” i “wesela rodem z instagrama”).

Nie byłbym sobą, gdybym nie spełnił obietnicy danej Zieniowi podczas spotkania na fotokawce (a w zasadzie na fotopiwku) po pierwszym dniu na targach fotograficznych w Łodzi, czyli nie skomentuję jego filmu o negocjacjach cenowych z klientami. Czyli jak przekonać klienta, że zdjęcia mają wartość. Filmik Zienia, do którego nawiązują w komentarzu “Zieniu się myli” https://www.youtube.com/watch?v=NhNPiTJCKG8 (tytuł oryginału: Tomasz Zienkiewicz [zieniu.pl] ZA DROGO! Co zrobić gdy Klient się kłóci? [fotografia ślubna,chrzciny,reportaż,zdjęcia biznesowe])

Zapis odcinka:

#7 FPO TARGI FILM VIDEO FOTO 2018

Cześć! Witam Was w kolejnym, czyli siódmym odcinku audycji Fleszem Po Oczach. Przypominam, że jest to audycja, która jest skierowana do odbiorców mojego newslettera i w zasadzie jest to odpowiedź na Wasze pytania, które przychodzą po wysyłaniu Wam wiadomości w postaci newslettera. Jeśli dopiero odkryliście ten kanał, to zapraszam Was do subskrypcji – będziecie dostawać powiadomienia o kolejnych spotkaniach. Natomiast, jeżeli jeszcze nie jesteście odbiorcami newslettera, to możecie użyć linku znajdującego się pod tym wideo i dodać po prostu do tej listy.

Dzisiaj mam dla Was kilka takich tematów, które chciałbym omówić w tej audycji. Oczywiście będzie czas na Wasze pytania – te, które przyszły do mnie po niedawnych newsletterach. Opowiem też o moich wrażeniach odnośnie targów Film Video Foto w Łodzi. Powiem też tylko, że to, co jest w tytule, czyli „Zieniu się myli”, to też będzie tematem tego odcinka.

Sprawdzałem ostatnio statystyki YouTube’a i zauważyłem, że większość słuchaczy czy większość oglądaczy kanałów YouTube’owych to są faceci. Nie wiem, dlaczego tak jest. Domyślam, że na innych kanałach być może też – oprócz jakiś tam kanałów o makijażu, natomiast u mnie tutaj, jeżeli chodzi o użytkowników na YouTube’ie, jest 90% facetów. Ciężko stwierdzić, dlaczego tak jest. Czyżby kobiety nie lubiły YouTube’a? Jeżeli są jakieś panie, to proszę odezwijcie się na czacie lub też zostawcie jakiś komentarz. Widziałem, że jeżeli chodzi o samo wystawianie komentarzy przez użytkowników, którzy oglądają te spotkania w powtórce, to jest takie fifty-fifty. 50% kobiet zostawia i 50% mężczyzn. Myślę, że tutaj jest akurat większa równość, natomiast, jeżeli chodzi o subskrybentów, to rzeczywiście 90% facetów i nie wiem, dlaczego tak jest.

Targi Film Video Foto

Natomiast może zacznijmy dzisiejsze spotkanie od takiej małej refleksji dotyczącej targów Film Video Foto. W ostatnim odcinku powiedziałem, że jadę tam ogarnąć jakieś kwestie techniczne w postaci aparatu, którym bym mógł streamować. I szczerze powiedziawszy znalazłem taki sprzęt, ale to będzie się wiązało jeszcze z konfiguracją komputera – ze zmianą komputera, który będzie mi służył do streamowania, więc jeszcze spokojnie się kilka odcinków przemęczymy na starej kamerce. Mam nadzieję, że dźwięk jest okej i gdzieś tam będziecie słuchać tego wystąpienia w tle podczas obrabiania zdjęć.

Poza tym mam kilka takich wrażeń, które myślę, że będą cenną uwagą dla tych, którzy nie mogli się do Łodzi wybrać. Powiem szczerze, nie jechałem tam z żadnym nastawieniem, że zobaczę nie wiadomo jakie superpremiery. Wiadomo, że wszystkie tego typu rzeczy dzieją się na jakiś większych targach fotograficznych, a Łódź – że tak powiem – jest traktowana trochę po macoszemu. Tam przyjeżdżają, owszem, duże firmy typu Canon czy Sony, natomiast nie jest to miejsce, w którym robi się taki efekt wow – „zobaczcie, nowa lustrzanka, nowe cośtam tutaj prezentujemy po raz pierwszy”. Tego typu rzeczy się nie dzieją, więc tego się spodziewałem.

Natomiast jedna rzecz – poza oczywiście stoiskami, jak Sony, Canon i NajlepszeFoto, które były moim zdaniem najlepsze ze wszystkich, nawet jeżeli chodzi o wygląd, o to, co tam było prezentowane to oczywiście mi się podobało. Natomiast jedna rzecz, której nie rozumiem na takich targach, to to, że było tam sporo takich punktów, które ja określam jako reseller, czyli osoby, które mają sprzęt Canona, dajmy na to, i są dystrybutorami… Nawet nie dystrybutorami, tylko po prostu sprzedawcami. Taki sklepik jeszcze w dodatku ze słabym brandingiem przyjeżdża do Łodzi i wystawia swoją ofertę. Moim zdaniem to nie jest miejsce dla tego typu giełd sprzętu.

Nie wiem, jak Wy się na to zapatrujecie, ale dla mnie to było coś takiego, co mnie lekko zszokowało. Nie spodziewałem się, że będą osoby, które właśnie takim czymś się zajmują. Poza tym jeszcze nie spodziewałem się, że pojawią się jakieś komisy na tej imprezie. To są rzeczy, które nie spodobały mi się na tej imprezie.

W internecie oczywiście popularniej byłoby powiedzieć o tym, co mi się podobało, więc zaraz do tego przejdę. Chyba jednak powinniśmy pomówić też o tym, jak ta impreza powinna wyglądać. Wydaje mi się, że oczywiście sam prestiż imprezy skupia na sobie uwagę takich dużych producentów, jak Sony czy Canon, natomiast, jeżeli się doprasza takie właśnie mniejsze punkty, które wyglądają bardzo blado przy tych dużych graczach, to wydaje mi się, że to nie jest dobrą reklamą targów. Ja wiem, że organizatorzy chcą zarobić jak najwięcej i mieć jak najwięcej zarezerwowanego miejsca, natomiast wydaje mi się, że z korzyścią dla użytkowników, dla fotografów, byłoby, gdyby takich punktów mniejszych było mniej. Albo żeby zadbano o wymogi wyglądu takich stanowisk, bo te stanowiska wyglądały tak, że się ludzi zamykają za jakąś szybką i siedzi facet, i czeka na kupca. To wyglądało, jak na takim ryneczku.

Ja mam trochę doświadczenia z targami, dlatego, że jeździłem i na targi alternatywne, i na targi mainstreamowe, jeżeli chodzi o fotografię ślubną. Zawsze uważałem, że takie oczekiwanie na klienta, że „ja tu sobie siedzę i ktoś przyjdzie” nie jest dobre. Szczerze powiedziawszy zawsze, jak widzę takie stanowiska, że ktoś sobie siedzi i czeka aż ktoś do niego podejdzie, to jest dla mnie mega dramat.

Zwróćcie uwagę – to znaczy ci, którzy byli – jak były urządzone stanowiska Canona czy NajlepszeFoto, czy Sony – tam była otwarta przestrzeń, w której można było chodzić. Ktoś do Was podchodził, jakiś przedstawiciel tej firmy i nawiązywał jakąś fajną rozmowę. Myślę, że to była też taka fajna wskazówka dla tych, którzy chcieliby na przykład na jakieś targi pojechać – na przykład z fotografią ślubną czy rodzinną. Jeżeli odgradzasz się ladą od tych, którzy zwiedzają czy na przykład jakimś stołem, to naturalnie tworzy się taka bariera i ten ktoś czuje się, jak taki petent – przychodzi, jak do urzędu. A jeżeli jest otwarta przestrzeń, czyli na przykład sprzedawca stoi, w tym wypadku fotograf, przed stołem, a na stole leżą jego albumy i jego odbitki, to wtedy oczywiście jest fajna taka możliwość nawiązania kontaktu. Już nie mówię, że takiego fizycznego, że dotykasz kogoś, ale to też czasami… Ja na przykład, jak gadam to macham tymi rękami i czasami zdarza mi się kogoś dotknąć, na przykład, żeby zaakcentować, że ktoś coś śmiesznie powiedział albo żeby zwrócić komuś uwagę na coś.

Oczywiście w naszej kulturze jest takie przyzwolenie, żeby dojść do siebie tylko na przykład na pół metra – bliżej już nie, bo bliżej już tylko południowcy ze sobą rozmawiają, te 20 centymetrów od siebie. Natomiast wydaje mi się, że też ten kontakt fizyczny – czy uścisk dłoni, czy poklepanie po ramieniu czy cokolwiek, sprawia taką fajną rzecz, że te znajomości czy relacje z ludźmi, z którymi rozmawiamy stają się bliższe. I ja na przykład bardzo żałuję, że w tej chwili mówię do tej kamerki przeklętej Logitech, która robi ze mnie jakiegoś gościa, który ma maskę jak na Photoshopie – nawet nie oddaje tego, jak ja wyglądam w rzeczywistości, bo to nie jest dobry obiektyw. Natomiast ubolewam nad tym, że nie mogę Was dotknąć i przywitać się z Wami uściskiem dłoni.

Wydaje mi się, że jadąc na takie targi – mówię już stricte o takich fotograficznych, gdzie Wy będziecie się reklamować – wyjdźcie spoza tego, nie chciałem powiedzieć „parkanu”, ale spoza tego swojego stoliczka. Przywitajcie się z tymi ludźmi. Rozmawiajcie z nimi, będąc koło nich, a nie odgradzajcie się taką barierą w postaci stołu.

To mi się też nie podobało na tych targach Film Video Foto, że były też takie stanowiska w starym stylu – „my tu jesteśmy sprzedawcami, ty jesteś jakimś tam kupującym, oglądaj sobie i możesz zapytać nawet…”. Tak naprawdę oni sprawiali wrażenie dla mnie jako dla takiego potencjalnego kupca, że oni nie są zainteresowani mną. Oni są zainteresowani jakimś dealem, jakąś sprzedażą, ale niekoniecznie tą osobą, która tam przychodzi i chce pooglądać ten sprzęt.

To są takie uwagi krytyczne. Zobaczę, czy na przykład… O, Zieniu jest na czacie – odniosę się do Ciebie później, bo się mylisz, tak jak napisałem w tytule. Jeszcze trochę cierpliwości, poczekaj. Jeszcze przy okazji targów wrócę do tej naszej wieczornej rozmowy.

Na targach mnie złapało jakieś takie przeziębienie czy coś. Masakra, nie mogę mówić od kilku dni, ale staram się jak gdyby pokazywać Wam, że cokolwiek, by się nie działo, to warto cisnąć ten temat regularnie, bo tylko i wyłącznie taka metoda jest receptą na sukces w internecie. Tak jak wspominałem chyba w odcinku szóstym – sprawdźcie sobie to dokładnie – nawet jakby się publikowało jedno zdjęcie, ale regularnie na social media, to po pewnym okresie jest ten efekt takiej kuli śniegowej i to wszystko leci.

Mariusz pisze, że jakość targów z roku na rok spada. Łukasz Foto też pisze, że lipa.

Oczywiście fajnie, że się tutaj ze mną zgadzacie, chociaż ja nie oczekuję tego, że za każdym razem będziecie mi potakiwać głową, więc jak ktoś ma inną opinię to proszę napisać, że Jacek Siwko się myli, nawiązując do tego słynnego tytułu dzisiejszego odcinka.

Teraz chciałbym powiedzieć, co jest fajne w tych targach. Za chwilę przejdę jeszcze do takich wspomnień z przeszłości, o których się dowiedziałem podczas nagrywania pewnego odcinka podcastu – też na targach, ale odniosę się najpierw do rzeczy, która mi się najbardziej podobała, czyli do tych spotkań z autorami fotografii.

Ja akurat wybrałem się na spotkanie z Michałem Wardą. Powiem Wam, że oczywiście nastawiałem się na to spotkanie, bo znam Michała od jakiegoś czasu i lubię go słuchać. Ma niesamowitą wiedzę o reportażu. Przy okazji też zajmuje się taką fotografią, która ja na co dzień się zajmuję. To było dla mnie przyjemne, żeby się tam wybrać.

Później nie dałem rady już na inne warsztaty czy takie spotkania z autorami, dlatego, że miałem masę rozmów. Nagrywałem właśnie jeden odcinek podcastu, potem też sporo znajomych spotkałem i nie było po prostu czasu nawet, żeby zadzwonić do mojej żony. W związku z tym ciężko byłoby też uczestniczyć w wykładach.

Część treści znałem, bo już znam tych fotografów, którzy się tam wypowiadali, na tyle dobrze, że już wiem, jaką tematyką się zajmują, co jest ich oczkiem w głowie. Widziałem też, że dużo pozytywnych reakcji było na te wystąpienia. Niekoniecznie na ten sprzęt, który był zademonstrowany na targach, ale właśnie na te wystąpienia. Myślę, że sporo osób wyniosło też cenne rzeczy dla siebie.

Dlaczego Zieniu się myli?

Tutaj przy okazji targów oczywiście udało się zrobić spotkanie z patronami, co jest w ogóle prze-mega. To mi polecał właśnie Zieniu i JacekWPhoto, żeby spotkać się z ludźmi, którzy popierają podcast Niezłe Aparaty na Patronite i rzeczywiście to był strzał w dziesiątkę. To była świetna sprawa. Po tym spotkaniu oczywiście jako patron Zienia z Patronite dostałem od niego takie zaproszenie, że on organizował foto piwko. I powiem Wam, że tam zebrało się dużo więcej osób na tym foto piwku, bo to była taka luźniejsza formuła tego spotkania niż to moje spotkanie z patronami. To nasze to było takie obiadowe, a tam już po prostu było full wypas wieczorne spotkanie.

Tam podczas tego spotkania nawiązałem do filmiku, który Zieniu jakiś czas temu opublikował na Facebooku. Link do tego wideo znajdziecie w opisie tego odcinka – tam gdzieś na dole sobie przewińcie. I w tym filmie Zieniu mówi o tym, co mówić klientom, kiedy klient mówi, że jest za drogo. Oczywiście jest tam bardzo dużo fajnych takich rozkmin biznesowych na temat tego, czy warto negocjować czy nie warto z klientami, ale ja napisałem – i zresztą powiedziałem Tomkowi, że powiem o tym, że on się myli. Ale to nie chodzi o całkowite mylenie się, ale o to, że ja chciałem jeszcze coś dodać do tego, co Tomek tam powiedział. Oczywiście pod tym, co on powiedział ja się podpisuję. I też uważam, że czasem jest tak, że jak klient mówi, że za drogo, to znaczy, że to nie jest Twój klient. Że po prostu nie ma co cisnąć.

Natomiast wydaje mi się też, że jest też pewien profil klienta – może w tej chwili nie będę tak głęboko wchodził, jaki to jest profil, jak go rozpoznać i tak dalej – który jeszcze, mimo tego, że mówi, że trochę za drogo, zostawia Wam pewną bramkę, która daje Wam taką możliwość, żeby wsadzić swoją stopę. I słuchajcie: parę razy zdarzyła mi się taka opcja, że klient na przykład napisał „dobra, to po ile?”. Wysłałem mu ofertę, że tyle i tyle za ślub, a ktoś powiedział „a nie… bo ja mam budżet o wiele mniejszy” i dał liczbę na przykład o tysiąc mniejszą. I wydaje mi się, że o tysiąc mniej to jest jeszcze taki próg, w którym Wy możecie się zmieścić ze swoją ofertą. To znaczy, nie chodzi mi o to, żeby obniżać swoją ofertę, bo też są takie porady w internecie, że „mniejszą ilość godzin zaoferuj, wtedy się zmieścisz w tej cenie”. Wydaje mi się, że lepiej powiedzieć na przykład: „gdybyście mogli przemyśleć jeszcze raz swój budżet, czy na pewno potrzebna jest wam ta fontanna z czekolady czy jakieś tam balony przywiązane do kamieni, które się zaraz przebiją albo ktoś je ukradnie czy na przykład samochód, który, będzie potrzebny tylko po to, żeby przejechać dziesięć minut z kościoła na salę”. Wtedy te pary zaczynają myśleć, że „rzeczywiście, o kurde, faktycznie ten samochód będzie nas kosztować półtora tysiąca – on jest zupełnie niepotrzebny, w związku z tym możemy to przeznaczyć na fotografa”.

W tej chwili przychodzi mi do głowy takie coś, żeby na przykład można było powiedzieć „dobra, słuchajcie, ja wiem, że macie niższy budżet, ale w tej cenie zaoferuję wam jeszcze dwa albumy dla rodziców”. Czyli pokazujecie, że te zdjęcia, one nie mają tej niższej wartości, klient nie widzi, że one są mniej warte, jako same zdjęcia, ale że dostaję coś ekstra za tę cenę, której się nawet nie spodziewał.

Wydaje mi się, że obniżanie cen jest najgorszą z możliwych taktyk, bo my wysyłamy jako fotograf taką informację, że dobra, Jacek Siwko mówi tam ileś tysięcy, a klient mówi, że tyle, on się zgadza, w związku z tym nawet on jest przekonany, że te zdjęcia mają taką i taką wartość.

Dajcie znać w komentarzu, czy zgadzacie się z tym takim moim rozwinięciem tego, co powiedziałem do filmu Zienia.

Są jeszcze takie przypadki, że pary jadą dwoma samochodami, co jest kompletnym w ogóle bezsensem, ale tylko po to, żeby wydać jak najwięcej kasy na takie rzeczy, które nie są w ogóle potrzebne. Wydaje mi się, że ta reorganizacja budżetu jest jak najbardziej fajna.

I teraz mi się jeszcze jedna rzecz przypomniała – to miałem Wam powiedzieć i nie zapisałem sobie oczywiście tego – że warto w formularzu kontaktowym… Jak macie na stronie taki formularz, zakładkę Kontakt i ktoś Wam pisze na przykład jakieś szczegóły tego zlecenia, warto dodać takie okienko „planowany budżet na fotografię”. Dlatego, że kiedy przychodzi taka wiadomość i jest napisane, że „hej, Jacku, planujemy wesele, bla bla bla, i mamy na przykład 4000 zł czy tam 5000 zł na fotografa…”. Dajmy na to, że ja patrzę sobie na odległość, obliczam, że to będzie na przykład 6000 zł kosztowało razem z moim dojazdem. Wtedy widzę, że na przykład, kiedy jest ten dystans typu 1000 zł, to ja wiem, że jesteśmy w stanie się dogadać. Ja mogę do nich zadzwonić, wszystko im opowiedzieć, uświadomić im to, że ten tysiąc więcej jest wart zainwestowania. To jest fajny motyw, że my już wiem, z kim mamy do czynienia.

A kiedy ktoś na przykład wysyła mi zapytanie i podaje stawkę niższą dwukrotnie niż to, co ja nominalnie kasuję, to wiem, że ja nie mam w ogóle po co, z tym człowiekiem marnować czasu. To znaczy nie chodzi o marnowanie mojego czasu, tylko chodzi o marnowanie jego czasu. Ja nie chcę też nikomu sprawiać przykrości, dlatego szukam sobie fotografów z tych osób, które ja znam, które działają w danym przedziale i wtedy polecam tym osobom, żeby się skontaktowały właśnie z tym fotografem, bo wiem, że oni się dogadają. Nawet, jeżeli dany fotograf, którego ja polecam, robi troszeczkę wyżej, za wyższe stawki, to wiem, że dla kogoś, kto ma maksymalnie 3000 zł na fotografa ślubnego, to wiem, że oni się dogadają. Tak jak Wam mówiłem, że zawsze jest ta furtka. Zawsze jest ta opcja, żeby wstawić stopę w takie lekko uchylone drzwi i zawsze jest okazja, żeby się dogadać.

Co na warsztatach Niezłe Aparaty?

Obiecałem Wam odnieść się do takiego tematu, który zapychał moją skrzynkę od jakiegoś czasu, czyli do warsztatów.

Słuchajcie, uruchomiłem taki sklep na Niezłych Aparatach. I w tym przypadku, w przypadku zbliżających się warsztatów, które będą 22 maja w Mrągowie na Mazurach jest opcja rezerwacji daty czy rezerwacji miejsca jedynie poprzez właśnie ten sklep. Link do tego sklepu czy akurat do tych warsztatów znajdziecie w opisie tego filmu na dole. Natomiast wcześniej właśnie prowadziłem rezerwację – to było tak: „a wyślij mi maila”, „a cośtam cośtam” i to wszystko po prostu zajmowało masę czasu. Robiliśmy jeszcze po cztery, pięć edycji. Stwierdziłem, że dobra, muszę się ogarnąć profesjonalnie i zrobić ten sklep. W związku z tym jest sklep i rezerwacja miejsca następuje wyłącznie poprzez zakup z tego miejsca w sklepie. Widzicie, to działa po prostu, jak normalny sklep. Widzę, że nawet już jedna osoba kupiła miejsce. Jest ograniczona liczba miejsc, dlatego, że uważam, że w mniejszych grupach jest lepiej się uczyć.

I teraz powiem Wam tak, jest tylko jedna edycja tej wiosny i nie wiem, nie gwarantuję, że będą edycje jesienne, dlatego, że coś już tam planujemy z Kasią, jakieś nowe ruchy biznesowe, natomiast teraz z racji tego, że mamy po prostu młyn w głowie i młyn w domu, organizujemy tylko jedną edycję na Mazurach.

Oczywiście, jeżeli chodzi o plan warsztatów, on się troszeczkę zmienia z czasem, natomiast główny kręgosłup tego, czego uczymy podczas warsztatów jest ten sam. Czyli będą poruszane kwestie marketingowe. Porozmawiamy sobie o tym, jak docieramy do klientów, jak przekonujemy ich, że właśnie te zdjęcia są warte troszeczkę więcej niż to, co jest średnią w naszym kraju. To myślę, że też jest kwestia odpowiedniego nastawiania, czyli nawiązania odpowiednich relacji z klientami. Oczywiście może ktoś z Was nie zgadzać się z tym, że moje zdjęcia są tyle warte, ale ja w to wierzę i wierzą w to też ci, którzy się na mnie decydują. To jest kwestia tego typu, że ja nie chcę nawet Was przekonywać, że one są tyle warte, bo jeżeli nie jesteście moimi klientami, to trudno. Ja Was nie przekonam, ale jakoś to działa na moich klientów i oni inwestują te kwoty wyższe w te zdjęcia i fajnie ten biznes funkcjonuje. W związku z tym chciałbym Wam właśnie o tym opowiedzieć, więc porozmawiamy o biznesie – odnośnie tej strefy… Nawet nie strefy, tylko chodzi mi o taką część marketingową.

Pogadamy o sprawach oczywiście związanych z biznesem. O inwestowaniu w sprzęt. O ograniczaniu tych wydatków, które są naprawdę kulą u nogi w wielu biznesach i wielu fotografów na tym poległo. Ja powiem Wam o moich sposobach, jak ja z tym walczę i jak ja patrzę na sprawy. Pogadamy sobie oczywiście o kwestiach technicznych, ale tego w sumie będzie najmniej. Pokażę Wam moją techniką, jak fotografuję w trybie manualnym, jak mierzę balans bieli… To jest całokształt, żeby nie siedzieć godzinami przed komputerem, nie polegać na presetach, nie oddawać tego wszystkiego pod władanie aparatu, tylko fotograf ma być kimś, kto ma pełnię władzy nad aparatem i wydaje mi się, że to będzie też dla Was taką fajną rzeczą.

No i oczywiście hit programu, czyli nasza praca z parą. To myślę, że jest ta wykmina, którą my mamy, czyli to, w jaki sposób uruchamiamy emocje pary na zdjęciach i jest takim moim zdaniem killerem – nie wiem, jak Wy, ale ja, jak zaczynałem pracę, jako fotograf ślubny czy fotograf rodzinny, to zawsze miałem takie wrażenie: „Co tu zrobić, żeby wyglądać tak profesjonalnie? Ta para, może ona się nudzi, może nie czuje się komfortowo na tych zdjęciach” i wykminiałem sobie takie różne rzeczy, typu wygłupianie się i robienie z siebie jakiegoś wariata, po czym wracałem z sesji po prostu wypompowany do cna, bez żadnej energii. Po jakimś czasie zauważyłem, że ludzie się śmieją na przykład ze swoich własnych żartów. Mój dziadek, jak na przykład opowiada po raz setny ten sam kawał, to on się śmieje. Ja oczywiście się z tego nie śmieję, kiedy on opowiada mi, ale zauważyłem, że jeśli pary mają takie swoje – jak to się nazywa po angielsku – inside joke, czyli takie rzeczy, które ich tylko śmieszą, bo one znają kontekst, one to przeżyły, to fotograf poprzez umiejętne sterowanie parą, czyli naprowadzanie ich na ten kierunek, może doprowadzić do tego, że pary się właśnie wyluzowują, że one ze sobą rozmawiają, że one śmieją się z własnych rzeczy, one fajnie na siebie reagują i wtedy mamy te zdjęcia naturalne.

Oczywiście pozowanie par czy ustawianie ich w odpowiednim świetle to jest jedna sprawa, ale druga sprawa jest taka, że czasami widzę zdjęcia w internecie, że światło jest mega, poza – powiedzmy – pozostawia trochę do życzenia, bo wiadomo, że ciało się w dziwnej pozycji inaczej zachowuje. Jak ktoś nie jest modelem to nie wie, jak tym sterować, więc to są naturszczycy, którzy do nas przychodzą. Ale coś, co jest dramatem mega dla mnie, są miny tych par. One przychodzą na sesję razem, ale nie widać między nimi takiej chemii. Wydaje mi się, że sesja fotograficzna jest pewnego rodzaju taką terapią dla tych par. Wiadomo, że w takiej teorii związków są te ups and downs, czyli te górki i doły, podczas których – wiadomo, są różne etapy związku: są motyle w brzuchu, potem przychodzi ta normalność, potem znowu jest taki fajny moment nad kreską. Wydaje mi się, że fotografia czy spotkanie fotografa z parą może być taką super okazją, żeby wrócić do tych momentów, które są nad kreską. Czyli dać parze możliwość tego, żeby ona współpracowała z Wami na takiej zasadzie, że oni tam są ze sobą, a my jesteśmy przy okazji. My jesteśmy takim moderatorem tej rozmowy i oni ze sobą rozmawiają.

Ja Wam to chcę wszystko pokazać. Teraz nie będę opowiadał tego szczegółowo. To trzeba oczywiście na przykładzie zobaczyć te mechanizmy, które Wam zademonstruję podczas sesji. Oczywiście poza tymi rzeczami typu pogadanka, będzie też czas na praktykę. Zrozumienie nie jest trudne tego mechanizmu. Potem nawet nie będziecie musieli używać tych samych technik, które ja używam, czyli tych samych słów, ale możecie oczywiście. Natomiast będziecie w stanie stworzyć sobie nowe swoje polecenia – tak to nazwijmy w cudzysłowie oczywiście – dla par podczas sesji. To też oczywiście będzie.

Oczywiście pogadamy sobie troszeczkę o SEO, o tym, jak prowadzić bloga, żeby on się dał znaleźć w internecie. O SEO to tam oczywiście kiedyś przygotuję cały osobny kurs, ale chcę Wam dać takie podstawy, pokazać, że SEO, w ogóle samo SEO nie jest niczym trudnym. To jest banalnie proste. Kiedyś się śmiałem, że SEO jest tak proste, jak matematyka, ale nie wszyscy zdawali maturę z matmy, tak jak ja, więc nie wszyscy się zgadzają z tym sformułowaniem, że matma jest prosta. Natomiast o SEO właśnie tak Wam powiem, żebyście skumali ten temat. Myślę, że to jest piękna sprawa. To jest coś, co działa rewelacyjnie.

Wiecie, ja staram się wprowadzać w mojej firmie wyłącznie strategie, które są długofalowe – które nie polegają na tym, że cisnę na Facebooku, a jak przestanę to leci na łeb na szyję. Raczej staram się skupiać na SEO, dlatego, że kiedy nawet zrobię sobie przerwę miesiąc, dwa, trzy… Czasami przy niektórych stronach robię nawet rok przerwy – nic nie robię w sprawie SEO, a to dalej sobie funkcjonuje na zasadzie takiego rozpędu. SEO jest taką inwestycję długoterminową, dlatego warto przykładać szczególną uwagę do SEO, ponieważ SEO jest bardzo mocnym kanałem poleceń. To znaczy, ono jest prawie tak samo mocne, jak polecenie znajomego. Na takiej zasadzie, że ja Wam powiem, że „ten fotograf X super robi warsztaty – idźcie do niego”. I Wy powiecie „dobra, znamy się już z Jackiem, on nas przekonał, w związku z tym możemy iść do tego fotografa”. A jeżeli szukamy czegoś w sieci, to zastanówcie się, ile razy potrzebny był Wam jakiś sprzęt czy cokolwiek innego i znaleźliście jakiś sklep czy jakąś stronę, która tym handluje w sieci i nie pomyśleliście sobie „nie, to musi być porządna firma, skoro Google twierdzi, że to jest TOP3 albo TOP10 przynajmniej”.

Wydaje mi się, że stawiając na SEO zdobędziecie też bardzo dużo zleceń. Ja powiem, że dla mnie SEO to jest kanał, który ciągnie mnie przez te siedem, osiem lat cały czas. Są klienci, wypełniają formularz na mojej stronie i praktycznie 50% zapytań jest z wyszukiwarki. Wszystkie inne sumują się na drugie 50%. SEO to jest absolutny mus. Nie można tego ignorować. O tym też opowiem Wam.

I oczywiście zrobimy sobie taki przegląd Waszego portfolio – Waszych stron internetowych, tego, co pokazujecie w sieci. Podpowiem Wam szczegółowo też, kierując się do danej osoby, co trzeba zrobić po powrocie z Niezłych Aparatów, dlatego, że wydaje mi się, że sensem uczestnictwa w warsztatach jest to, co się zrobi zaraz po spotkaniu. Dlatego dostaniecie takie też przykazanie, co należy szybko wprowadzić w życie.

I oczywiście ta reszta rzeczy, które będzie trzeba przemielić, ale wydaje mi się, że wyniesiecie z tego sporo. Bardzo Was oczywiście przepraszam, że jest tylko jedna edycja – no ale zrozumcie moją sytuację rodzinną. I tak myślę, że spoko, jeżeli chodzi o samo to spotkanie, dlatego że praktycznie miało nie być tej wiosny.

Przejdę teraz do takich rzeczy związanych też z kursami, dlatego że pamiętam, kiedy parę lat temu pojechałem na Central Saint Martins College w Londynie na takie warsztaty, które sią nazywały „The Art of Snapshots”, czyli sztuka takiego zdjęcia takiego pykniętego – nie wiem, jak to dokładnie przetłumaczyć. Po prostu podczas takich rozmów z gościem, który prowadził to szkolenie, pojawiła się taka kwestia: co sprawia, że naciskamy migawkę?

To oczywiście są takie rzeczy, które też u mnie będą – porozmawiamy sobie o takich rzeczach, które rozbudzają ten ogień. Nie będzie tylko wzbudzanie ognia u par, ale wydaje mi się, że czasem potrzebne jest też rozpalenie ognia u fotografów: „Puf! Pasja, fotografia, chcę dalej to robić! Chcę się rozwijać!”. Takie rzeczy też będą.

Jeszcze Karolina Piotrowska napisała, że kiepski pomysł, bo 99% ludzi nie lubi, kiedy zagląda im się do portfela. To odnośnie tej reorganizacji budżetu. Karolino, moja droga, kochana, odniosę się do tego, co piszesz, ponieważ to nie jest nawet zaglądanie do portfela. Oczywiście ja nie piszę tym parom czy nie mówię „słuchaj, a ile Ty zarabiasz miesięcznie?”, bo mnie to nie interesuje. On może zarabiać nawet przez dwa miesiące to, co ja chcę od niego za zlecenie. To nie ma żadnego znaczenia. Tutaj ważna jest taka kwestia, że ludzie mają pieniądze na to, na co chcą mieć pieniądze i to niezależnie od tego, ile zarabiają.

Zobacz: ludzie jeżdżą jakimiś samochodami, jakimiś Maserati się rozbijają, jakieś Audi nie wiadomo jakie drogie, a ile osób tak faktycznie stać na to? Ile osób poszło do takiego salonu i wydało hajs, i po prostu kupiło to, bo ich stać? Bardzo mało. Ludzie się zadłużają, bo oni chcą się pokazać, oni chcą nabyć produkt, który da im wrażenie, że są trochę lepsi czy tam super, że ich stać, choć mimo wszystko nie stać.

To nie jest takie zaglądanie do portfela, że ja powiem „a przeorganizujcie sobie budżet”. To jest tylko taka przyjacielska rada. Tak naprawdę fotograf ślubny powinien być też pewnego rodzaju doradcą tak naprawdę. My pracujemy na weselach przez długi czas i różne doświadczenia zbieramy. Ja akurat wykorzystuję to, że moja żona prowadzi blog ślubny SweetWedding.pl i jak na przykład para pisze, że „jeszcze szukamy pomysłu na motyw przewodni” czy coś, to ja zawsze mówię „sprawdźcie tutaj blog mojej żony – tam jest masa pomysłów”. I to jest mój argument dodatkowy. Ja się staram być takim ekspertem fotografii ślubnej, tej kierowanej do klientów, nie na takiej zasadzie, że „ja wam będą zaglądać, czy was stać, czy nie stać, do portfela”, tylko po prostu na takiej zasadzie, że ja uważam, że można lepiej zainwestować pewną część budżetu. I czasami się okazuje, że oni właśnie zrezygnują z tej fontanny czekolady, której nikt nie je albo znajdzie się dodatkowy inwestor typu rodzice.

Wielokrotnie było tak, że ktoś już pisał mi „no niestety, ten budżet, który mamy jest za niski na to, co wysłałeś, na twoją ofertę”, a po dwóch tygodniach czy miesiącu wracają i „przepraszamy, chcielibyśmy zapytać jeszcze nieśmiało, czy ten termin jest jeszcze wolny?”. I co? To jest też wtedy wtrącanie się w czyjeś finanse? Nie. To jest wyłącznie porada. Nie na takiej zasadzie, żeby kogoś obrazić, bo też wszystko zależy od tego, jakim tonem się to powie czy jakim tonem się to napisze. To już tylko taka moja odpowiedź do Karoliny.

Chociaż rzeczywiście ludzie woleliby, czuliby, że sami decydują. My po prostu dajemy taką radę, ale zero presji na tych ludziach. Ja na przykład, jak prowadzę taki spotkania z parami, powiedzmy, oko w oko, przed podpisaniem umowy – tu jeszcze wrócę do warsztatów, bo to też będzie przy okazji warsztatów, będę opowiadał, jak prowadzę rozmowę – to też nie stawiam takiej presji sprzedażowej, że musicie podpisać teraz umowę. Mój styl rozmowy z parami polega na tym, że mam opracowany plan, jak ta rozmowa będzie wyglądała – co po kolei będziemy poruszać.

Często początkujący fotografowie mają coś takiego, że okej, spotykamy się z parami, no fajnie, gadka-szmatka, „co tam słychać?”, piętnaście minut jeszcze się wszystko klei i potem jest takie „kurczę, co teraz?!”. I taka głupia cisza. Oni nie wiedzą, co powiedzieć, bo są pierwszy raz na takiej rozmowie albo drugi, trzeci, bo organizując to wesele już się spotkali z innymi fotografami i u nich też była ta martwa cisza na spotkaniu. A ja tutaj Wam pokażę mój plan rozmowy krok po kroku. Dostaniecie to oczywiście i tam nie ma ciszy. Tam jest pięć części, które trzeba odbyć podczas tej rozmowy. Oczywiście zaczynając od tej takiej części, która będzie pewnego rodzaju wprowadzeniem w temat, czyli ten moment zainteresowania się parą. Chodzi o to, żeby właśnie nie sprzedać, ale żeby pokazać swoje zainteresowanie.

Tylko ja Was błagam, jeżeli dostaniecie ten program, to trzeba się autentycznie zainteresować tymi ludźmi, bo jeżeli ktoś będzie chciał to markować, to nie przejdzie. Po prostu nie da rady. To tak nie działa, że „o, mamy plany od Jacka Siwko i każda umowa nasza”. Nie. Jeśli zastosujecie się do tego, co ja mówię i do tego, w jaki sposób ja to wszystko ogarniam w sensie takiego autentycznego zainteresowania się tymi ludźmi, to to zadziała. Powiem Wam, że jakkolwiek będzie brzmiało to jako przechwalanie, ale mam bardzo wysoki stopień zamykania transakcji – tak nazwijmy te rozmowy z parami – kiedy już do nich dochodzi. Oczywiście sporo osób odrzuca moją ofertę dlatego, że ona jest za wysoka, ale jak ktoś zdecyduje „dobra, to chcemy się z Tobą spotkać na Skypie”, to wtedy jest już konkret, to jest 99,9% zamykanych transakcji.

Ja to wszystko chcę Wam przekazać, żeby Wam ułatwić podpisywanie umów, ale też ja nie jestem sprzedawcą, który naciska – ciśnie te pary i pyta, to co „podpisujecie czy mam iść do domu?”. Nie staram się na parach wywierać takiej presji. Też słyszałem takie różne techniki sprzedażowe, że fotograf, dajmy na to, wydrukował ileś tam zdjęć. Zaprasza parę już po weselu czy tam po sesji rodzinnej i pyta ich „chcecie dokupić tę odbitkę?”. Oni mówią: „nie, tej nie chcemy”. Fotograf bierze i, drzyt, przedziera to zdjęcie i do kosza. Następne pokazuje, para już trochę przerażona, „chcecie tę odbitkę?”. Oni „nie…”, trochę już z oporem i fotograf bez żadnych oporów drze. I pokazuje im trzecią, „a to chcecie?”. Oni już po prostu nie mają siły, żeby powiedzieć nie i „dobra, kupujemy od ciebie wszystko!”.

To jest takie właśnie chamskie, sprzedażowe podejście. Ja tego nie popieram. Pokażę Wam, jak to można zrobić po prostu mega po przyjacielsku.

Co sprawia, że fotograf naciska migawkę?

Wrócę jeszcze teraz do tego pytania, które zadałem, czyli tego, co sprawia, że fotograf naciska migawkę? Jeżeli oglądacie to w powtórce, to oprócz tego, że łapka w górę, to jeszcze napiszcie, co sprawia, że naciskacie spust migawki. Zobaczymy!

Artur… o, mój kolega z Łodzi. Pozdrawiam Cię Artur! Fajnie udało się poznać na spotkaniu w Łodzi u Zienia i wcześniej oczywiście na targach.

Artur pisze, że przemijające miejsce, sytuacje niepowtarzalne, w kadrze zatrzymujemy czas, żeby nam nic nie umknęło albo żebyśmy mogli do tego czasu wrócić. To jest oczywiście fajna taka definicja. Natomiast ja w tym pytaniu też chciałem, żebyście jeszcze się troszeczkę zastanowili, co wpływa na to, że rzeczywiście muszę zrobić zdjęcie w tym momencie. Że mam takie nieodparte poczucie, że jak nie nacisnę, to będzie jakaś lipa.

I wrócę do tego doświadczenia mojego z Saint Martins, kiedy na pierwszych zajęciach… Ja oczywiście tego nie robię, nie chciałbym kopiować, tylko chcę Wam opowiedzieć o tym doświadczeniu. Na pierwszych takich zajęciach z tym gościem, Karl Grupe on się nazywa, kazał nam zasłonić oczy. Podzielił grupę na dwa zespoły. Jedni mieli zamknięte oczy, a drudzy byli takimi przewodnikami. Chodziliśmy po Saint Martins, tak są takie schody – żeby się nikt nie połamał, to ktoś musiał trzymać drugą osobę. I ten przewodnik miał mu mówić, że na przykład „uwaga, jakiś stopień czy uwaga schody”, ale na tej zasadzie, że on tylko ostrzegał, a fotograf, czyli ten, który miał zawiązane oczy, on miał aparat i on musiał robić zdjęcie.

W tym momencie masz wyłączony wzrok. Wydaje nam się, że jako fotografowie robimy zdjęcia dlatego, że coś nas zaciekawiło wzrokowo, nie? Że coś było po prostu fajne, był kolor, było światło, były jakieś tam emocje, które widzieliśmy. A tak na dobrą sprawę, jak zrobicie sobie takie doświadczenie… Może to będzie głupie, tak powiedzieć „mamo, weź mnie poprowadź, bo ja muszę szalikiem sobie obwiązać oczy, bo Jacek Siwko mówił na kanale, że fotograf nie robi zdjęć dlatego, że coś widzi, tylko dlatego, że coś czuje”. To może ktoś powie „wiesz co, ten Jacek Siwko to on prawdopodobnie nadaje z zakładu dla umysłowo chorych w Tworkach albo z jakiejś innej instytucji i udaje, że robi to ze swojego biura – to jest jakiś świr, nie rób tego”. Ale przemyślcie to sobie.

Ja, kiedy wykonywałem zdjęcia, to właśnie posługiwałem się słuchem albo dotykiem i czułem, że tam jest jakaś fajna materia czy faktura na czymś i to wydawało mi się ciekawe. To mi dało dużo do myślenia do tego, że my często mylimy w fotografii jedną rzecz – że tylko wzrok decyduje. A tak naprawdę może decydować zapach, słuch, wszystkie inne zmysły, którymi dysponujemy.

Myślę, że takie doświadczenie mogłoby być też bardzo odświeżające dla wielu fotografów, dlatego, że to rozwija naszą wrażliwość i o kwestii rozwijania wrażliwości oczywiście też będziemy mówić na warsztatach.

Ale już koniec reklam – już nie będę Was zanudzał! Przemyślcie sobie to ćwiczenie z Saint Martins.

Łukasz napisał… Łukasza też poznałem w Łodzi. „Ja uwielbiam dźwięk migawki, przez nią zacząłem fotografować, a teraz to głównie chęć stworzenia czegoś swojego, kontakt z ludźmi, próby uwiecznienia ich emocji, to chyba najprzyjemniejsze”.

To jest coś niesamowitego, jak się otwiera gotowe pliki… To znaczy te RAW-y w komputerze i patrzysz: „kurde, co ja tam napociłem na ostatnim zleceniu?”. I patrzysz, a tam wow, jedna klatka, druga klatka… I to jest coś co sprawia, że mamy dreszcze na rękach. Nie wiem, czy Wy też odczuwacie aż tak mocno emocjonalnie, ale wydaje mi się, że każdy fotograf w pewien sposób przeżywa te swoje zdjęcia i to jest coś, co jest motorem napędowym tych naszych zmagań z fotografią.

Dołki w pracy fotografa a praca w parze

Zanim przejdę do Waszych pytań – tych, które odbiorcy newslettera wysyłają, to chciałbym jeszcze o jednej rzeczy napisać… powiedzieć oczywiście! Ciągle mi się myli, że ja tutaj coś piszę dla Was.

W każdym razie chodzi mi o kwestię pracy w parze. Nie wiem, czy byliście ostatnio na profilu Niezłych Aparatów, w sensie na tym fanpage’u, który jest na Facebooku – fanpage Niezłych Aparatów. Przysłała mi właśnie jedna koleżanka screen z OLX-a, gdzie tam jedna osoba narzeka, fotograf, że żona go skrytykowała o to, że on chce kupić drogi aparat. I tak sobie pomyślałem, że to fajnie mi się wiąże z takim tematem takiego doła, którego łapią fotografowie i rozmawiałem ostatnio z moją żoną właśnie o tym. Już któraś tam osoba napisała publicznie o tym, że miała doła, ale pojawił się nowy odcinek podcastu…

A propos właśnie tego odcinka podcastu dostałem taki komentarz, że ktoś dostał doła, z tego tytułu, że już myślał, że dalej nie będzie jechał z tym wózkiem z napisem „fotografia” i tak dalej. I stwierdziliśmy z Kasią, że najczęściej tak się dzieje niestety, że doła łapią osoby, które są z tym całym bagienkiem same. Nie fotografują w parze, czyli na przykład to nie jest tak, że to żona i mąż czy narzeczony i dziewczyna razem budują jedną firmę czy markę fotograficzną. Albo na przykład nie macie kogoś takiego w zespole, że są dwie osoby, tylko jesteście takim działaczem solo, dajmy na to, fotografem. I często właśnie takie osoby łapią doła z tego tytułu, że „nie chce mi się, bo cośtam…” albo „coś mi nie wyszło”. Nie ma tej drugiej osoby, która powie: „Ty, muchę ci sprzedam za takie głupie gadanie – weź się w garść, będzie dobrze. Pamiętam, niedawno mówiłeś to samo, ale jakoś się udało znowu na prostą naprowadzić naszą firmę”. I wydaje mi się, że mając taką osobę w zespole, czyli działając w parze, jesteśmy mniej narażeni na te momenty, kiedy wchodzi na chandra.

Fajnie, że podcast stał się tego rodzaju przyjacielem, tego rodzaju – nie wiem – mężem, żoną, która pociesza w takich trudnych momentach. Niektóre historie, które opowiadają fotografowie w tej audycji są rzeczywiście budujące. To się wydaje, że ktoś zaczął, wow, kurczę, nie wiadomo od jakiego pułapu i osiągnął wszystko to, co chciał. A tak na dobrą sprawę to nie jest tak, jak się wydaje z zewnątrz. My, znając naszą sytuację w firmie, wiemy, że na przykład nie jest kolorowo w danym momencie, ale też wiemy, że było podobnie na przykład dwa lata temu, ale nam się udało to przetrwać, dlatego, że z uporem, z konsekwencją robiliśmy pewne rzeczy, które wzniosły naszą firmą. I my tego nie widzimy u innych. Widzimy tylko ten efekt, ten rezultat. I mając podcast możemy zapoznać się z takimi, kurczę, czasem naprawdę bebechami biznesu fotograficznego. Tutaj Marta opowiedziała o swojej sytuacji, o tym, jak nie jest łatwo… Zauważcie, że powiedziałem, że „nie jest łatwo”, a nie że „jest ciężko”. To jest też taka moja skłonność do przedstawiania optymistycznie pewnych rzeczy.

Marta powiedziała, że nie jest tak łatwo działać jako mama dwójki dzieci, samej mając dom na głowie, ale poprzez to, że ona się podzieilła takimi swoimi przemyśleniami, to wiele dziewczyn, które są w podobnej sytuacji – no bo umówmy się, że najczęściej właśnie kobiety są skazane na to, że muszą się jeszcze dodatkowo zająć domem. Facet, typu Jacek Siwko, idzie do pracy, spotyka się z Wami na YouTube’ie, a jego żona zostaje z trójką dzieci w domu. Nie ma takiej sytuacji, że ja jeszcze muszę mieć na kolanach te dzieciaki i do Was mówić. Wydaje mi się, że to byłoby niemożliwe, ale większość pań, która jednak jest w domu – też podkreślam to słowo, że nie „siedzi” w domu, tylko „pracuje” w domu – myślę, że może skonfrontować swoje przemyślenia z tym, co powiedziała Marta. Jeżeli jesteście jeszcze z tych osób, które nie słuchały tego odcinka podcastu, zapraszam. Oczywiście link też jest w opisie audycji.

Jaka jest magia w krótkich ogniskowych?

Żeby Wam tutaj nie zajmować dużo czasu dzisiaj, bo już prawie godzinę gadam, nawet się nie spodziewałem, że tak będę nawijał, ale było dużo do gadania. A obiecałem, że ta audycja będzie odpowiedzią na pytania dla odbiorców newslettera, to tak też musi się stać. Jest kilka pytań. Nie wiem, czy dzisiaj wszystkie zmieścimy, bo myślę, że maksymalnie jeszcze z dziesięć minut potrwa to nasze spotkanie. Nie chcę Was też za długo przytrzymywać. Macie też jakieś swoje obowiązki z firmach, więc postaram się to na szybko omówić.

Ktoś tutaj zapytał… „Ktoś”, bo ja oczywiście kopiuję Wasze wiadomości mailowe, które do mnie przychodzą na jacek@niezleaparaty.pl, natomiast nie kopiuję ich tutaj razem z autorem, za co oczywiście przepraszam, ale staram się, żeby to było tak na szybko ogarnięte.

Ktoś się pyta o krótkie ogniskowe. Jaka jest w nich magia i dlaczego akurat tymi ogniskowymi ja lubię fotografować?

Powiem Wam, że długo się wzbraniałem, żeby wziąć do ręki coś szerszego niż pięćdziesiątka, bo wydaje mi się, że ta pięćdziesiątka jest taka najbardziej grzeczna, najfajniej się nią pracuje, najładniej oddaje czyjąś urodę. Natomiast kiedy dostałem w swoje ręce obiektyw 35 mm, to zadziało się coś niesamowitego, dlatego, że skrócił się dystans pomiędzy mną, a fotografowanymi osobami. W przypadku zdjęć ślubnych czy fotografii rodzinnych jest ważne, żeby być blisko tych ludzi – żeby ta opowieść była opowieścią kogoś bliskiego, kogoś zaufanego. I wydaje mi się, że odległość, w jakiej się ustawiacie w stosunku do swoich par też ma bardzo duże znaczenie, dlatego, że długoogniskowe obiektywy tworzą taką barierę, przez którą my się musimy przebić. To oczywiście widać na zdjęciach.

Kiedyś był taki Piotrek, znany jako Egon, na moich takich pierwszych warsztatach, na które poszedłem do studia Moon w Poznaniu – nie wiem, czy oni jeszcze prowadzą… To był taki kurs dla studentów. To się koncentrowało na ciemni. Ale pamiętam, że z Egonem podczas takich długich jesiennych wieczorów, po zajęciach, w pewnych sprzyjających okolicznościach przyrody rozmawialiśmy o tym, że to się da wyczuć, jak macie zdjęcie zrobione długą lufą, a zdjęcie zrobione obiektywem 35 mm albo 28 mm. Widać pewnego rodzaju barierę, która się tworzy pomiędzy ludźmi a fotografem.

I wydaje mi się, że warto popraktykować sobie używanie krótkich obiektów, bo kiedy się już przesiądzie z 28-ki albo 35-ki z powrotem na 50-tkę, to to się czuje wtedy człowiek, jakby miał jakiś mega długi zoom. Po prostu tak przybliżasz, że to jest szok. Wydaje mi się, że głównym takim oporem, który ludzie mają jako fotografowie jest ten strach przed podejściem bliżej. My bierzemy aparat dlatego, żeby siebie zasłonić, dlatego, że często jesteśmy introwertykami, boimy się takiego kontaktu, powiedzmy, bezpośredniego, więc ten aparat jest pewnego rodzaju przepustką dla nas. I tego rodzaju zabieg, czyli skrócenie ogniskowej sprawia, że „okej, no to musimy podejść, bo tak trochę głupio z 28-ką tak daleko robić”. I jak nauczycie się podchodzić do ludzi to zobaczycie, że to jest fajne, że nawiązują się fajne rozmowy i fajne rzeczy się wydarzają, więc polecałbym. I właśnie to, co mówiłem na temat powrotu do 50-tki, że 50-tka wtedy już wyda Wam się naprawdę łatwym obiektywem, bo już – w cudzysłowie – z daleka będziecie mogli robić zdjęcie. Jak się człowiek trzyma tylko 50-tki i to jest najszersze, co się używa, to jest ten strach, to jest ten dystans. Te dwa metry czy nawet niektórzy więcej mają – z 50-tką nie podejdą. A używając 35-tki nauczycie się łamać taką barierę.

Jak nabrać pewności siebie?

Wydaje mi się, że warto też poruszyć na tym kanale taki temat „jak przełamać nieśmiałość”, bo to też akurat jest kolejne pytanie. Ja sobie je tak grupuję troszeczkę tematycznie te Wasze pytania. I tu przyszło takie pytanie o pewność siebie. Jak to zrobić, żeby przekonać ludzi, że ja jestem profesjonalistą, mimo tego, że mam tylko dwa lata doświadczenia albo dopiero zaczynam… Moim zdaniem – tutaj przejdę płynnie do tej pewności siebie – jest bardzo ważne, żeby właśnie przy okazji zdjęć nabierać tej pewności siebie. Że nie długa lufa da nam pewność siebie czy wielki aparat, tylko to, że my będziemy w stanie podejść do tych ludzi. Trudno. Jak nas ktoś ugryzie to trudno. Ale wydaje mi się, że ludzie nie gryzą. Co najwyżej jakbyście psom robili zdjęcia, to może podejdzie i ugryzie Cię jakiś burek. A jeżeli robicie zdjęcia ludziom, to starajcie się podchodzić bliżej. Zobaczycie, że to będzie budować taką pewność siebie.

I też w nawiązaniu do tego pytania o pewność siebie powiem coś takiego: nie warto ściemniać. Jak ktoś dopiero zaczyna, to niech nie ogłasza w internecie, że nie wiadomo, co to ja jestem, nie wiadomo, jaki jestem mucho-macho – wszystko już widziałem na tych ślubach czy wszystkie już typy sesji rodzinnych mam opanowane. Nie. Jeżeli zaczynasz to mów śmiało o tym.

Marta Woźna wspomniała o tym w podcaście, że planuje przenieść się z tej fotografii rodzinnej w stylu lifestyle w stronę fotografii ślubnej i ona mówi wprost, że nie ma dużego doświadczenia w fotografii ślubnej, dopiero chce się tym tematem zająć i jasno stawia sprawę. W związku z tym klienci też nie mają takich oczekiwań, czy wobec niej, czy wobec fotografa, który jasno deklaruje, gdzie jest na tej ścieżce rozwoju swojego. W związku z tym, skoro nie ma takich mocnych oczekiwań, że to będzie takie super stricte profesjonalnie, to nie ma na Was takiej presji, że „jak dostałem to zlecenie, to już musi mi to wyjść albo będę musiał zakopać swój aparat”. Wydaje mi się, że szczerość jest takim krokiem w stronę tej pewności siebie.

Czasem też niektórzy eksperci od tych różnych marketingów czy rozwojów osobistych, których słucham w internecie, mówią o czymś – to chyba na TED była taka mowa – że fake it ‘til you become it. Czyli, że możesz udać pewność siebie, czyli stanąć, powiedzmy, w rozkroku i jasno prezentować, że „taki jestem pewny siebie przekozak”. I jeśli będziesz to dalej powtarzać przez dłuższy okres, to w końcu staniesz się taką osobą pewną siebie.

To jest jakaś tam metoda. Oczywiście to wiąże się z tym, żeby konsekwentnie robić pewne rzeczy w tym stylu. Idę na zlecenie i przekonuję sam siebie albo przypominam sobie taki fakt, że „kurczę, przecież ci ludzie wynajęli mnie, zapłacili mi pieniądze, w związku z tym oni uwierzyli we mnie, więc czemu ja nie wierzę w siebie jako fotograf? Nie, muszę zmienić to podejście!”. I radziłbym Wam właśnie pomyśleć o tym. Jeżeli macie jakiekolwiek takie opory typu „ja idę na sesję, ale się stresuję” albo „idę na ślub, ale się stresuję”. Stres jest fajny, bo on motywuje, żeby zrobić jeszcze lepsze zdjęcia, ale zbyt duży poziom stresu na zleceniu to jest coś, co będzie Was blokowało, dlatego przypomnijcie sobie właśnie ten fakt, że nawet jeżeli ktoś Was wynajął za niższą stawkę, ale Wam zapłacił, to znaczy, że on uwierzył w Was. To wydaje mi się, że trzeba docenić. Tu będzie ten pierwszy krok do walki o pewność siebie.

Pytania z czatu i od patronów

Joł! Przenieśmy się teraz na czat. Zobaczmy co się tam wyprawia. Mariusz Kolęda poleca „Zarządzanie czasem” Briana Tracy. Powiem szczerze Mariusz, że nie czytałem tego, ale dodam sobie na listę lektur, z którymi będę się planował zapoznać. Teraz jeszcze kończę „Ziemię obiecaną”, bo jak się wybierałem do Łodzi to musiałem sobie odświeżyć Reymonta, więc jak skończę to sobie dodam do listy tego Briana Tracy.

„A może przy najbliższym czasie kilka porad o fotografowaniu komunii?”. Aaa… To jest temat – komunie! To może umówmy się, że za jakiś czas się do tego odniosę, bo dzisiaj chciałbym Wam tylko przy okazji opowiedzieć taką historię, która się nie tak dawno temu wydarzyła. Fotografowałem chrzest i myślę, że o chrzcinach czy fotografowaniu chrztów też mógłbym Wam opowiedzieć, ale to też umówmy się, że nie dzisiaj, bo i tak już przegiąłem z tym czasem.

Opowiem tylko taką historię, że był chrzest i wiadomo, robi się te wszystkie standardowe zdjęcia. I pewnym momencie ksiądz mówi, że jest taka para – dziadkowie – że mają 50-cio lecie ślubu. I fotograf ślubny na chrzcie… Więc para przychodzi i od razu zdjęcia ślubne. Oczywiście ja tam na środek lecę, robię im te zdjęcia i tak sobie pomyślałem potem, że kurde, śmiesznie się zachowałem. Poczułem taki zew, że jestem tam i muszę zrobić zdjęcie. Nie wiem, czy ci ludzie to zdjęcie dostaną, bo nie miałem czasu złapać kontaktu do nich, do tych dziadków, żeby im tam przesłać, bo podejrzewam, że też maila nie mieli. Ale to było w takiej małej miejscowości na Mazurach. Inne zlecenia niż śluby robię sobie tak tylko lokalnie, więc myślę, że ta nasza klientka czy moja klientka będzie miała jakiś kontakt do tych dziadków. I tak sobie myślę, że „kurczę, ciekawe, co pomyśli ona, że gość tutaj jest wynajęty na nasz chrzest, a jacyś dziadkowie mają 50-cio lecie i on idzie, i zdjęcie robi”.

Potem sobie pomyślałem tak: to jest oznaka też takiej pasji, że czuję pewnego rodzaju odpowiedzialność. Że jestem w danym miejscu, ale nie tylko to zlecenie, które mam do zrobienia, tylko to wszystko, co się działo wokół mnie. No oczywiście niektórzy robią te detale, typu jakieś ornamenty, zdobienia, krajobraz i tak dalej, zdjęcia krzaczków – jak to niektórzy się śmieją na blogach. Tak czasami jest na blogach, że zanim się zacznie ten post ze zdjęciami ludzi, to jest pełno zdjęć krzaczków. Ale właśnie takie rzeczy, które dokoła się dzieją. Potem Kasia, moja żona, sprawdza Instagram i mówi, że „o, napisała ta Kasia” – tak się nazywała – i napisała mi, że ona jest ciekawa tych zdjęć, oczywiście z chrztu i z imprezy, ale też ciekawią ją te zdjęcia, które zrobiłem tej parze, która miała 50-cio lecie ślubu. Czyli ona była zadowolona z tego, jaka była moja reakcja. A ja się tak zastanawiałem nad tym, bo w sumie to jest no okej, przy okazji tak robię, ale wydaje mi się, że jest to też inspirujące dla tych klientów – zobaczyć fotografa, który faktycznie ma zajawkę. Nie tylko, że przychodzi „dobra, zrobię wam zdjęcia” – pstryk, pstryk, pstryk… Nie tylko te, które klient oczekuje, ale dać im coś jeszcze. Zaskoczycie ich, pokażecie, że jesteście zwariowani w temacie fotografii. Tak że to Wam polecam, żeby przy takich okazjach też łapać takie rzeczy.

Dobra, jeszcze trzy pytania i kończymy. Jest taka sprawa, że na Facebooku przychodzą wiadomości – pewnie wiecie, jeśli macie profil na Facebooku. I ja jakoś chyba wczoraj… czy to było przedwczoraj… dostałem powiadomienie, że na profil Jacek Siwko przyszła wiadomość. Zaglądam do skrzynki – nie ma. Szukam: odebrane, gotowe… Patrzę – SPAM. Kliknąłem tę zakładkę SPAM, a tam cała lista wiadomości od osób, które widocznie pisały na inne też profile tą samą wiadomość, kopiuj-wklej. Algorytm Facebooka zablokował i wrzucił te wszystkie wiadomości do tej zakładki SPAM, o której ja nawet nie miałem pojęcia, że istnieje. I tam są zapytania na śluby z 2017 roku – jakiś kompletny dramat.

Głupio mi się zrobiło. Nie w tym sensie, że straciłem jakieś potencjalne zlecenia, ale tam było ze trzydzieści zapytań, więc tak naprawdę dobry sezon mógłbym z tego poskładać, gdyby to wszystko weszło. Natomiast głupio mi się zrobiło, że nie odpowiedziałem. To jest najgorsza rzecz, którą może fotograf zrobić i wymyśliłem, że nie będę pisał, że „hej, no tak, mam wolny termin”, tylko że to było rok temu… Napisałem, że „hej, odkryłem właśnie taką i taką zakładkę SPAM. Sory, ale nie wiedziałem, że to istnieje. Że głupio i wypada tylko przeprosić”. I myślałem, że ludzie to sobie oleją. A to była taka moja taktyka odzyskania dobrego imienia, bo kurczę, napisali do fotografa, fotograf ich olał, nie odpisał. No ale po roku odzywa się i mówi właśnie, że była taka sytuacja. Ale ludzie, wyobraźcie sobie, że pisali mi, że „nic nie szkodzi, innym osobom też to wpadło do SPAM-u, nie obrażamy się na ciebie, było minęło, cośtam cośtam…”. Fajne, śmieszne rozmowy się tworzyły z tymi ludźmi.

I wydaje mi się, że to jest też to, co ja mówię zawsze – strategia długofalowa. Okej, dobra, coś skasztaniliśmy, ale mamy okazję to naprawić i warto, dlatego, że może te osoby będą miały jakiś tam chrzest albo jakieś tam inne zlecenie albo też innych ludzi, którzy też biorą ślub i na przykład sobie przypomną teraz o Was, że „w sumie to jest taki tam Jacek Siwko, wysłałem wiadomość, a jaka historia – dopiero po roku mi odpisał, więc lepiej nie pisz do niego na Facebooku, tylko pisz do niego bezpośrednio na z formularza”.

Tak że wydaje mi się, że warto z każdej takiej mikro-porażki, bo nazwijmy to, że to była porażka, bo nie zauważyłem, że to wpadło do SPAM-u, to spróbować coś ugrać, a jeżeli nie ugrać, to przynajmniej zadbać o to, żeby Wasze dobre imię było odzyskane. To jest taka uwaga na marginesie.

Przyszło takie jedno pytanie też o patronów. Staram się też te pytania wpleść w nasze spotkania YouTube’owe o tym, że padła karta i co robić – jak zabezpieczyć się przed utratą danych? Nie wiem, jakie Wy macie pomysły. Dajcie znać na czacie.

To jest temat w ogóle hardkorowy. Wydaje mi się, że ten temat kart, w ogóle tego, jaka jest ich żywotność, to jest coś, co fotografów zawsze rozpala, podnosi ciśnienie, że „o, kupiłem karty, a one nie działają tak, jak powinny”. Najlepszym oczywiście rozwiązaniem jest wybór aparatu, który będzie miał dwa wejścia na karty. Ja słyszałem o takim rozwiązaniu, w którym fotograf wkładał – żeby Wam nie skłamać – 248 GB… jest taka karta? Jeśli jest, to taką właśnie największą na maksa wkłada w dwa sloty kart i podczas zlecenia nie wyjmuje ani razu. Ten moment, kiedy wkładamy kartę – może nastąpić tu jakieś spięcie, zwarcie, czy jakkolwiek to się nazywa i w tym momencie się karta może popsuć. A na zleceniu w różnych warunkach się to wykonuje. To nie jest taki sterylne, jak w biurze czy takie sterylne, jak macie w domu, więc może coś się stać. Gdzieś możecie położyć nie tam, gdzie trzeba. Wejdzie jakaś wilgoć i tak dalej, więc to rozwiązanie z dwoma kartami na maksa dużymi jest dobre, bo nawet jak padnie jedna, to wszystkie zdjęcia są – też oczywiście w postaci RAW-ów, na takiej drugiej karcie. To jest jedno rozwiązanie.

Drugim rozwiązaniem jest oczywiście jedna karta taka backupowa większa, a druga jak najmniejsza, czyli 4 GB na przykład. I cały czas się wymienia: cyk, cyk, cyk. Ja wiem, że o tym wymienianiu mówiłem, że to jest złe, że coś się może przytrafić. Natomiast, jak się ma te mało pojemnościowo karty, to nawet jak się jedna skiełbasi, to pozostaje wiele innych i nie jest tak, że jakaś cała część zlecenia poszła… się przejść na spacer. No nie wiem, jakiegoś głupiego określenia szukałem i nie mogłem znaleźć… Chodzi mi o to, że jak ma się mniejsze karty, to jest też mniejsza strata, jak cokolwiek się zepsuje.

Wiadomo, że to takie żonglowanie kartami nie zawsze jest fajne, nie zawsze jest wygodne, a tak na dobrą sprawę nie zawsze jest wykonalne, kiedy się idzie na sesję rodzinną, gdzie podejrzewam, że wystarczy karta 8 GB i już masz całe zlecenie pyknięte. Sesje zawsze można powtórzyć. Bardziej bym się koncentrował na tym, co się może stać i jak się zabezpieczyć przed utratą zdjęć z wesela czy ze ślubu, bo tego się nie da niestety poprawić.

Jeżeli macie tak, że macie jakiś sprzęcior, który jest taki oldschoolowy, jak ten na przykład (widoczny na nagraniu). Zaraz włączę Wam widok pełni sceny, żebyście zobaczyli kwiata. To jak ten sprzęt jest taki oldschoolowy, że ma miejsce tylko na jedną kartę, no to co – to jest dramat. Dobrze wtedy mieć dwa aparaty, które mają po jednym wejściu na kartę i rejestrować trochę na jednym aparacie, trochę na drugim i jest wtedy taki backup, że używacie dwóch kart, bo to są dwa aparaty.

Nie zawsze jest taka opcja, więc jeżeli ktoś ma tylko jedno wejście, to polecam wtedy też tę opcję z jedną kartą, ale małą objętościowo czy tam pojemnościowo, nawet 4 GB. Czy jak ktoś jest hardkorowy i lubi tak mieszać, to 2 GB. A to jest dobre też dlatego, że jak się ma małą kartę, to nie ma takiej pokusy, żeby walić seriami. Bardziej się ten kadr wyważy, zastanowi się nad tym zdjęciem i tak dalej.

Zaraz tu sobie zerknę, co Wy tu macie za sprawy. „Czy dać oferty specjalne?”. Przychodzi czasem takie zapytanie, które być może sprawi to, że Wasz blog po prostu eksploduje. Wszyscy się zachwycą „wow, jakie zlecenie, po prostu szok”. A często jest tak, że te najfajniejsze zlecenia, które się ogląda gdzieś w sieci, które stają się nawet viralami… Parę lat temu była ta sprawa, wydaje mi się, że Anity Oblickiej, z takimi dziadkami. Ślub dziadków 80-cio czy iluśtam letnich. I wszystkim wydawało się, że „wow, jakie fajne zlecenie”, a to Anita z dobrego serca wykonała i powiedziała „dobra, to się dzieje w święta” – to była chyba Wielkanoc, już nie pamiętam – „ja w święta nie pracuję, w związku z tym nie mogę wziąć za to pieniędzy, ale pójdę i zrobię tam kilka zdjęć”. I zobaczcie, jaki to w ogóle był mega-wow, jeżeli chodzi o viral.

Zysk z takiego zlecenia był następujący: poszła reklama, która po prostu nie kosztowała ani grosza, bo to podchwyciły różne portale, ludzie się tym dzielili na Facebooku i to szło siłą takiego dużego rażenia. Czasami są taki zlecenia czy takie zapytania, które wydaje się, że będą takie Pinterestowe czy Instagramowe. Takie super dopieszczone i tak dalej. Wtedy można przedstawić jakąś swoją ofertę, która będzie troszeczkę inna – nie będzie standardową ofertą, którą zazwyczaj tam kasujecie.

Też oczywiście zależy, na jakim etapie kariery jesteście jako fotografowie. W wypadku ludzi, którzy mają bardzo duże doświadczenie, to wydaje mi się, że branie takich zleceń, jakkolwiek kusząco by one nie wyglądały, mija się trochę z celem. Już macie portfolio. Już nie potrzebujecie takiego czegoś, żeby robić coś tylko i wyłącznie do portfolio. Ale osoby, które chciałyby na takim sposobie ze swoim portfolio pojechać troszkę wyżej i złapać trochę rozpoznawalności w sieci… Też chyba Rafał Bojar swego czasu kilka takich zleceń wykonał, żeby były jakieś śluby typu w rozwalonej kamienicy i on to zrobił za mniejsze pieniądze, ale to mu dało pewien boost w tych social media – mediach społecznościowych – i oczywiście to ma znaczenie dla nas jako fotografów, dla naszej marki, że to gdzieś idzie dalej, ma większy zasięg i tak dalej. Ale wydaje mi się, że to jest rzecz bardzo zbliżona do tego, co się określa jako wyjazdy zagraniczne, czyli destination weddings. Do pewnego momentu możesz to robić. W sensie – za niskie stawki czy za zwrot kosztów, ale w pewnym momencie musi przyjść taki moment otrzeźwienia, takiego uderzenia po twarzy, że po prostu „ja się muszę ogarnąć, przecież to jest mój biznes, ja nie mogę wiecznie polepszać swojego portfolio”.

Portfolio się polepszy, uwierzcie mi. Pod wpływem różnych zleceń, które może nawet nie będą tak Instagramowe czy Pinterestowo ładne, ono się polepszy. Nawet im trudniejsze wizualnie zlecenie, tym większe możliwości fotografa, jeżeli chodzi o złapanie takich momentów czy rzeźbienie klatki, jak to mówił w podcaście z LM Foto Szymon Nykiel. On na przykład, jak idzie na zlecenie i no nie są to dekoracje z Pinteresta, to on wtedy ma takie większe ciśnienie, że musi po prostu strzelić klatkę – taką zarąbistą, wyrzeźbioną klatkę. Powiedziałem, jak jakiś rzeźnik… Ale właśnie o to mi chodziło, żeby starać się łapać takie momenty i nawet myśleć sobie „no dobra, skoro jestem na takim zleceniu, które może nie jest najpiękniejsze, to muszę właśnie wbrew temu zrobić zdjęcie, które będzie po prostu petardą”. Nawet niech to będzie jedno zdjęcie, ale ono pokazane w sliderze, w jakimś portfolio czy coś, ono będzie robiło wrażenie. Tak naprawdę oczywiście nie każdy ślub się będzie nadawał na publikację w całości, ale zawsze jest ta szansa na tę jedną mega petardę.

Owszem, można pomyśleć nad jakąś specjalną ofertą dla ludzi, którzy Was przekonają, że to będzie zlecenie, które da Wam mega dużo innych zleceń, bo zachwyci się wszystkich. Swego czasu właśnie Bajkowe Śluby miały taki ślub czy ceremonię w lesie i pamiętam, że wtedy blogi dostały po prostu takiego kręćka, że „wow, tego nie było w Polsce – musimy to pokazać”. I zobaczcie – też reklama za darmo. I w pewnym momencie, jak śledzi się różne kariery fotografów ślubnych czy rodzinnych, czy w innej dziedzinie, to zauważycie, że są pewne zlecenia, które dają taki wzrost w jednym momencie. Totalną taką windę do góry. I czasem można przemyśleć, czy to jest właśnie takie zlecenie. Tak jak mówię, jeżeli macie już w portfolio to bym stronił od tych ofert specjalnych. Uważałbym na coś takiego.

I to by było tyle.

Jeszcze sobie tylko zerknę na czat. „24-ka” – pisze Łukasz. Ale to chyba chodziło o ten temat jeszcze z ogniskową. Inżynier Malinowski, czyli Przemysław proponuje podcast z komunistami i to jest, mam wrażenie, takie bezpośrednie zawołanie odnośnie fotografów fotografujących komunie, a nie takich, którzy jakąś tam ideologię popierają, bo to nie jest też audycja polityczna, więc wolałbym, żeby nie było takich tematów.

Okej, czyli chrzest – to Łukasz Pęksyk – o chrzcie mam pogadać więcej… Dobra, to na następną audycję postaram się przygotować kilka jakiś tam uwag o chrzcie. Opowiem Wam może o mojej komunii – jak miałem komunię… Nie, może nie… Ale opowiem Wam śmieszną historię odnośnie komunii. To obiecuję. Jakbym zapomniał, to mi przypomnijcie wtedy na czacie, że miało być coś śmiesznego, bo też audycja ma delikatnie w formę wesołą uderzać.

Okej, okej. Mariusz Kolęda widzę, że też miał problem z tymi wiadomościami w zakładce SPAM na Facebooku. Jakby ktoś dopiero teraz zaczął oglądać, to mówiłem o tym przy temacie fanpage’a. Jak sobie przewiniecie, to będziecie widzieli, o co kaman.

Widzę, że jest Ania z Mrągowa. Poleca mi, że „zamiast czytać Reymonta wdrażaj się w RODO”. I co z tym RODO? Co z tym RODO? Mówiłem ostatnio, żeby się tym nie przejmować. Ludzie niektórzy nie posłuchali, poszli na jakiś wykład przy okazji targów, o których mówiłem na początku tego spotkania, o RODO. Na przykład Darek Sobieski. I on mówił, że to był jakiś jeden wielki dramat, nic dokładnie nie było wytłumaczone, nic z tym RODO nie wiadomo, a może to, a może śmo. Myślę, że wszyscy za bardzo panikujemy w tym temacie RODO. Ja Wam polecam, żeby po prostu zadbać o to, żeby to, co do Was przychodzi, gdzieś po prostu było katalogowane w jednym folderze czy umowy trzymać… To chodzi głównie o to, że ktoś przejmie Wasze czy nawet nie Wasze, ale będące w Waszym posiadaniu dane osobowe i nie wiadomo, co z nimi zrobi. Na księżyc je wyśle albo coś. Nie przejmujcie się tym RODO.

Jeszcze Inżynier Malinowski: „Jak masz z tego korzyść i wiesz, że Cię kopie w górę, to czemu nie”. To a propos tych zleceń, które są wizualnie fajne.

To przemyślcie sobie te rzeczy, które były powiedziane w tym spotkaniu. Przypominam, że mówiliśmy o targach Foto Video Film, o warsztatach i wielu innych rzeczach. O tym, że Zieniu się myli. Myślę, że nie było aż tak źle. Przepraszam Was, że tak długo, ale mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu, jak się spotkamy, to trochę się mniej rozgadam. Będzie trochę zwięźlej na temat.

Dzięki oczywiście za Waszą uwagę. Zachęcam Was do subskrybowania tego kanału i do łapkowania w górę. Dzięki serdeczne!

Leave A

Comment