Czy strategia follow – unfollow lub korzystanie z usług botów to jedyna metoda na to by zdobyć dużą liczbę fanów na swoim fotograficznym koncie na Instagramie? Czy można zdobyć pierwszy tysiąc fanów na Insta nie śledząc nikogo? O tym dziś w audycji Fleszem po oczach.

Na kanale Niezłe Aparaty pojawiają się tematy związane z marketingiem dla fotografów, biznesem fotograficznym w fotografii ślubnej i rodzinnej.

Cześć nazywam się Jacek Siwko. A w dzisiejszym odcinku porozmawiam sobie z wami o tym:

Jak zdobyć więcej komentarzy na instagramie, hasztagi związane z blogerkami modowymi, czyli o spamie na insta. Czy to coś da? Algorytm czyta że to spam.

Czy warto kupić używany aparat lub obiektyw?

W nawiązaniu do waszych komentarzy z odcinka 11 Fleszem po oczach:

Lukasz W.​W jakich miesiącach dostajecie najwięcej zapytań od par? To znaczy, które miesiące są “najlepsze”

Piotr: ​co robisz gdy np zachorujesz w dniu zlecenia?

Pewność siebie, jest taki sklep komputerowy do którego chodzę i tam zawsze się boją powiedzieć cenę i polecają najtańsze rzeczy nawet jak się klient wacha,

W odcinku 11 powiedziałem o tym, żeby czekać z wysyłaniem zdjęć gotowych do klientów i pojawił się taki głos żeby nie publikować takich treści bo panny młode się dowiedzą i co wtedy. Odpowiem cytatem bo panny młode (nie związane z podcastem i tak go słuchają:

Nowy podcast z Grześkiem Płaczkiem: Grzegorz Moment Płaczek

Najlepsze zdjęcia z Instagrama: KWIECIEŃ 2018 • NAJLEPSZE ZDJĘCIA Z #NIEZLEAPARATY

Fleszem po oczach – audycja powstała jako odpowiedź na pytania odbiorców mojego newslettera dla fotografów https://niezleaparaty.pl/newsletter/

Zapis odcinka:

#12 FPO STRATEGIA INSTAGRAMOWA FOTOGRAFÓW

Cześć! Pewnie zastanawiacie się nad tym, jak pozyskać fanów przez Instagram, bo to jest jedno z tych źródeł, które fotografowie najczęściej podają jako źródło potencjalnych zapytań. Wzrasta ilość umów z fotografami podpisywana przez pary właśnie dzięki Instagramowi. Dzisiaj o tym pogadamy. Pogadamy o tym, czy ta tzw. strategia follow-unfollow jeszcze działa i czy zostawianie komentarzy spamerskich i klikanie serduszek pod zdjęciami to jest droga, która zaprowadzi Was do budowy wielkiego audytorium na Instagramie.

Pogadamy też na tematy związane z używanym sprzętem – czy warto kupić taki aparat i obiektyw? I pewnie, jeżeli się zastanawiacie nad tym, czy istnieje coś takiego, jak sezon zapytań o ofertę ślubną – przechodząc do tego naszego dzisiejszego tematu – o Instagram chciałbym zahaczyć.

Strategia budowania społeczności na Instagramie

Jest to temat rzeka, o którym można by mega długo opowiadać, natomiast mało kto mówi otwarcie o tym, w jaki sposób buduje się większość społeczności na Instagramie. Jedną z takich spamerskich metod jest tak zwana metoda follow-unfollow, czyli fotografowie, którzy śledzą – mówiąc kolokwialnie – na przypał pewne osoby. Dajmy na to, wchodząc sobie na pewne konto Instagramowe bloga ślubnego albo jakiegoś innego fotografa i znajdując tam ludzi, którzy już śledzą te profile, klikają w „follow” czy tam „śledź” daną osobę. Wtedy ta osoba albo odśledzi Ciebie albo nie. Ten fotograf po kilku dniach usuwa te osoby, które już go śledzą albo nawet nie śledzą i ta procedura się powtarza od początku.

Wiem, że na początku, jak Instagram stawał się coraz bardziej popularny w Polsce, to taka metoda działała. Abstrahując od tego, czy to nadal działa czy nie, uważam, że jest to trochę budowanie społeczności na ślepo. Nigdy nie będzie to społeczność, która będzie w jakiś sposób zaangażowana.

Jest to moja prywatna opinia i być może niektórzy się ze mną nie zgodzą, ale też wiem, że przy okazji takiego śledzenia na ślepo niektórzy nie chcą tego robić własnoręcznie, więc zlecają to komuś albo korzystają z usług tak zwanych botów. I te boty na chybił trafił zaczynają śledzić, a potem odlajkowywać inne profile. I tak się ten interes kręci.

Ja wiem, że jest coś takiego, jak ten social proof, czyli takie potwierdzenie, że jak para znajduje Twój profil fotograficzny, patrzy – wow, pięć tysięcy fanów Cię śledzi. A potem wchodzi na jakiegoś innego fotografa i tam jest na przykład dwadzieścia tysięcy. To myśli sobie „kurczę, ten co ma pięć to ma słabo – ten co ma dwadzieścia to jest dopiero znany”. To może też działać tak, że wszyscy, którzy mają dużo fanów, to może to o nich świadczyć, że są dobrzy. To jest taka pierwsza myśl, która przychodzi do głowy, jeżeli chodzi o wybór fotografa na Instagramie.

Wydaje mi się, że to jest droga donikąd. Ślepa pogoń za liczbą lajków i fanów. Dlatego, że wyobraźcie sobie, że macie trzydzieści tysięcy followersów tak zwanych i każdy z nich jest biedny, jak mysz kościelna. Czy w tym momencie ta liczba zrobi Wam różnicę? No nie. Żaden z tych trzydziestu tysięcy nie kupi Waszych usług, bo go nie stać na to. Raczej szedłbym właśnie w stronę jakości, a nie ilości.

Chciałbym też podrzucić taki mini wątek do zastanowienia się, czy można pierwszy tysiąc fanów na Instagramie zdobyć tylko i wyłącznie dodając zdjęcia. Nikogo nie śledząc, nikomu nie lajkując zdjęć. Czy wyobrażacie sobie taką możliwość?

Wydaje mi się, że to jest droga trochę w opozycji do tego, co się na Instagramie dzieje. Tak na dobrą sprawę, jak się wejdzie na swoje konto na Insta… Jak ja na przykład wchodzę na swoje, to widzę, że codziennie jest iluś tam nowych fanów. Potem ci fajni znikają. Są pewne profile, które wystawiają mi jakiś tam komentarz w stylu „wow, super zdjęcie”. Potem zaglądam na profil znajomego fotografa i tam jest dokładnie ten sam komentarz zostawiony przez ten sam profil.

Nie będę teraz robił nikomu reklamy, bo jest taka firma, która zajmuje się organizacją ślubów i oni bardzo mocno cisną na Instagramie właśnie ciągle ten sam komentarz – na przykład „to zdjęcie jest spektakularne!” albo „to zdjęcie jest super!”, „brak słów!”, „świetne zdjęcie!”. Jak widzicie taki komentarz, to jest to na 99% SPAM.

Z tym spamowaniem też trzeba uważać, bo algorytmy Instagrama stają się coraz bardziej inteligentne i bronią się przed takimi spamerami. Być może te techniki działały, jak ten pociąg ruszał, jak się rozpędzał w Polsce, ale teraz wskoczyć na ten pociąg zwany Instagramem jest coraz ciężej. Rozumiem, że niektórzy są zdeterminowani, żeby pozyskać w krótkim czasie dużą liczbę fanów, ale tak na dobrą sprawę, ja bym wolał mieć na przykład czterech nowych fanów miesięcznie, z czego trzech zostawałoby moimi klientami. To jest o wiele ważniejsze dla mnie niż sto pięćdziesiąt nowych fanów każdego dnia. Warto to przemyśleć.

Poza tym trzeba też mieć taką świadomość, że życie jest gdzieś indziej. Spędzanie na jakiejś głupiej aplikacji… Przepraszam, że tak kolokwialnie się tutaj wyrażam o Instagramie, być może to jest inteligentna aplikacja, ale spędzanie życia na Instagramie w ogóle mija się z celem. Wydaje mi się, że o wiele bardziej opłacalne jest inwestowanie w SEO, ponieważ SEO to jest coś, co pracuje na Ciebie nawet, jak Ty śpisz. A taki Instagram czy Facebook, czyli te sieci społecznościowe, to są rzeczy, na których musisz codziennie być i cisnąć. Wchodzić w te interakcje, komentować, lajkować, udostępniać różne pierdoły. To jest coś, co zabiera dużo czasu.

Ja jakiś czas temu bardzo dużo wysiłku włożyłem w to, żeby moja strona pojawiała się na hasła, które mnie interesowały. Kilka miesięcy później odpuściłem sobie takie regularne prace nad tym tematem, a wyniki pozostały praktycznie takie same. Kiedy wracam do tego i znowu przez kilka tygodni pracuję nad tym, to wiem, że znowu będzie jakiś wzrost, ale kiedy przestanę to nie będzie tak, że to nagle zostanie ucięte – że to się urwie. Wydaje mi się, że to jest coś dla tych fotografów, którzy szukają strategii długofalowej. A Instagramy i Facebooki to jest rzecz, która wymaga ciągłej obecności i tak naprawdę jest mega dużym pożeraczem czasu.

Jeżeli to działa w Waszym przypadku to okej, to się nie czepiam. Tylko rzucam pod rozwagę to spamiarstwo. To, że wiele kont zostało tak zbudowany, że follow-unfollow, to nie ulega wątpliwości. Tylko mało osób o tym mówi.

Ja, szczerze powiedziawszy, przez jakiś czas widziałem, że dana osoba zaczęła mnie śledzić. Potem za tydzień znowu zaczęła mnie śledzić i dla mnie to był taki jasny, czytelny sygnał. Nie wiedziałem, czy to zrobił bot czy to zrobił asystent tej osoby, czy ta osoba własnoręcznie to zrobiła, czy w jakiś inny sposób się to stało, ale wiedziałem, że jest to po prostu tylko wynik tej metody follow-unfollow. Myślę, że to powinno odejść do lamusa, bo – tak jak mówiłem – wybieranie sobie na chybił trafił tych osób nie zawsze będzie skutkowało tym, że te osoby zostaną Waszymi Klientami.

Chyba, że chodzi Wam – czyli tym osobom, które akurat reprezentują ten styl, to podejście na Insta – o ten social proof, czyli budowanie takiego wrażenia, że jestem znanym fotografem. Ja, szczerze mówiąc, nie praktykuję tego, więc też Wam to odradzam.

Czy warto kupować używany sprzęt?

Jednym z takich tematów, o które pytaliście na czacie w zeszłym odcinku… To chyba Jarek zadał takie pytanie. Podał konkretny model aparatu i napisał, czy kupić go używanego czy jakiś inny model kupić nowy? Ja postanowiłem rozszerzyć troszkę to pytanie i uogólnić, i dać Wam pod rozwagę takie pytanie, czy warto w ogóle zainteresować się sprzętem z drugiej ręki?

Tak na dobrą sprawę, my jako fotografowie, mamy zawsze takie ciśnienie na coraz to nowy sprzęt i coraz to lepsze lustrzanki. Wiadomo, każdy chce mieć pełną klatkę, a nie każdego stać tak na dobrą sprawę. To jest też w ogóle temat inwestowania w sprzęt czy inwestowania w firmę. Ja bardzo polecam przeznaczanie części dochodów, które generujecie na fotografii po to tylko, żeby zainwestować w sprzęt, bo wiadomo, że firma, która jest niedoinwestowana nie może w długiej perspektywie konkurować z innymi firmami fotograficznymi.

Tu jest jeden kierunek, w którym warto iść. Ale groźne jest też – i chyba nawet o tym mówiłem w dziewiątym odcinku Fleszem Po Oczach – że bardzo groźnym czynnikiem jest przeinwestowanie. Czyli nie zarobiliście jeszcze tyle forsy, żeby zainwestować w jakiś sprzęt z wyższej półki, a już chcecie wszystko mieć i przeznaczacie wszystkie środki na sprzęt, niekoniecznie zostawiając sobie na życie. To jest też moim zdaniem zły kierunek.

Natomiast, jeżeli chodzi o sprzęt używany, to ja bym się aż tak bardzo mocno nie bał tego. Zobaczcie: kupimy sobie sprzęt, powiedzmy, jakiś używany obiektyw, to oczywiście istnieje szansa, że będzie popsuty. Ale tutaj chciałbym podsunąć Wam taki mini pomysł – może nie jest to żaden mini pomysł, tylko po prostu pomysł – żeby patrzeć na źródło, z którego się kupuje.

Ufałbym takim miejscom, jak profesjonalnie prowadzone komisy. Na przykład na Allegro jest kilka takich miejsc, które zajmują się dystrybucją sprzętu używanego. Te miejsca dysponują swoim własnym zapleczem technicznym. Te sprzęty są sprawdzane. Obiektywy są czyszczone, aparaty mają odświeżane korpusy. Z takich miejsc nie bałbym się kupować, dlatego że najczęściej wiąże się to z tym, że takie miejsce daje Wam gwarancję od dwóch do sześciu miesięcy, więc ryzyko, że ten sprzęt będzie do bani jest praktycznie znikome.

Natomiast nie ryzykowałbym czy może zastanawiałbym się dłużej nad tym, czy kupić sprzęt od drugiego fotografa ślubnego. Aparat w rękach fotografa ślubnego… Ja akurat nie mam żadnego sprzętu do sprzedania, więc też nie robię sobie jakiejś antyreklamy, ale aparat w ręku fotografa ślubnego to jest coś, co jest po prostu tak zużyte, jak taksówka czy samochód, który jeździ jako taksówka. To jest przebieg nieziemski.

Z drugiej strony wymiana lustra w korpusie też nie jest jakimś wielkim wydatkiem, a kupując lustrzankę z drugiej ręki można bardzo często super cenę uzyskać. Trzeba tylko mieć taką świadomość, że jak się idzie na zlecenie, to nie warto polegać tylko i wyłącznie na tym używanym aparacie. Trzeba zawsze mieć jakiś backup. Zresztą obojętnie, czy macie z salonu czy używany sprzęt – zawsze ten backup jest potrzebny.

Spotkałem kiedyś takiego fotografa chyba w Poznaniu – taka miejscówka Bazar Poznański. Ja tam fotografowałem wesele. Był taki koleś, który przez Bazar był zatrudniony, żeby sfotografować detale. On powiedział, że kupił sobie dwa dni przed tym zleceniem Canona Mark II z drugiej ręki i lustro mu padło… zaraz po dziesięciu ujęciach wykonanych, więc koleś był załamany. To jest koszt kilku stów taka naprawa, natomiast gorzej, jeżeli nie masz jakiegoś backupu, a musisz te zdjęcia zrobić. Jest to więc też kwestia, którą warto przemyśleć.

Tysiąc followersów na Instagramie, nie śledząc nikogo

A właśnie! Jak ostatnio prowadzę profil Niezłych Aparatów na Instagramie – może jeszcze pociągnę ten wątek… Postanowiłem sobie, że nikomu nie polajkuję zdjęcia jako Niezłe Aparaty. Nie będę też śledził żadnego profilu i jestem konsekwentny w tym wyborze. Jak wejdziecie na Instagram i znajdziecie profil Niezłe Aparaty, to ten profil nie śledzi nikogo, nawet ja siebie samego nie śledzę, bo stwierdziłem, że jeżeli mam nikogo nie śledzić, to siebie tym bardziej nie mogę śledzić. W związku z tym byłem ciekaw, jak długo zajmie mi zbudowanie takiej społeczności na Instagramie, która będzie przekraczać tysiąc. Tysiąc to jest taka magiczna liczba. Uważam, że już to jest jakiś profil większy. Takie do tysiąca to są takie, które się dopiero rozpędzają.

No i powiem Wam, że bardzo szybko udało się ten tysiąc pierwszy zgromadzić. Wiem, co napiszecie zaraz na czasie – że to jest wynik tego, że ja już mam jakieś inne kanały i mówiłem o tym w podcaście, sygnalizowałem, że jest coś takiego, jak profil Niezłe Aparaty na Instagramie. I owszem, tu się zgodzę. Może właśnie to jest jakaś wskazówka, żeby łapać fanów na Instagramie, używając kanałów, które już Wam jakoś funkcjonują. Na przykład macie newsletter, macie Facebook, to od czasu do czasu można dawać informację o tym, że „hej, tutaj jeszcze jestem na Instagramie”, ale wyłącznie pod warunkiem, że na Insta jest coś innego – są inne treści niż to, co się dzieje na Fejsie. Wspominałem też już we Fleszem Po Oczach, że podzieliłem sobie Facebook. Zostawiłem treści dla fotografów, a na Instagramie daje dla par młodych.

Chociaż ostatnio robię sobie mały detoks od Instagrama, dlatego że stwierdziłem, że jestem uzależniony od Instagrama. To było tak, że wstawałem i nawet nie szedłem, powiedzmy, ubierać się, tylko najpierw komórka, sprawdzanie ilości wiadomości na Instagramie, ilości polubień i tak dalej. Moim zdaniem to były pierwsze objawy choroby, uzależnienia, a nie chcę być uzależniony od jakiejś aplikacji, więc postanowiłem sobie odstawić. Zauważam, że troszeczkę na przykład lepiej mi idzie praca, którą mam wykonać, bo mam mniej problemów z koncentracją. Wydaje mi się, że media społecznościowe wpływają na to, że my, jako ludzie czy jako fotografowie – czyli w sumie też ludzie – mamy problem z koncentracją. To nas rozprasza, bo cały czas jest ta świadomość, że może coś tam się stało na tym Instagramie albo na Facebooku. Tak że robię sobie mały detoks.

Nie oznacza to, że nie będę dodawać jeszcze jakiś zdjęć na Insta. Będę, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu, żeby jeszcze się trochę podleczyć z instagramowania. W zasadzie to raz dziennie tam zaglądam, żeby coś dodać na profil Niezłych Aparatów. To jest coś, co praktykuję.

Kiedy kupić sprzęt używany, a kiedy nowy aparat?

Tom pisze, że mam nie gadać. Sprzedał Marka IV Canona z przebiegiem dwadzieścia dwa tysiące. Ja Cię tutaj traktuję w trochę innej kategorii niż takich typowych ślubniaków, którzy nic nie robię, tylko właśnie focą po cztery, pięć tysięcy zdjęć na każdym weselu.

Michał, stały nasz uczestnik wszystkich spotkań. Pisze, że 85-tka 1,2 – super obiektyw canonowski, który Wam polecam, jeżeli macie trochę wolnych środków i szukacie czegoś, co niekoniecznie ma szybki autofocus, ale za to niesamowity bokeh. Kosztuje 8 tysięcy, a używany 4-5 tysięcy.

To jest prawda. I jeżeli się kupuje tak, jak powiedziałem, z takiego miejsca, gdzie jakieś naprawy zostały poczynione czy został ten obiektyw wyczyszczony, to jest spoko. Jeżeli kupujecie od jakiegoś kolegi po fachu czy koleżanki, to musicie się liczyć z tym, że takie czyszczenie obiektywu też będzie kosztowało z 5-6 stów. To należy doliczyć do ceny takiego aparatu.

A swoją drogą, Tomek, czemu sprzedałeś Canona IV? Powiedz, wytłumacz się, bo jestem w sumie ciekaw. Mi się akurat ten aparat podobał swego czasu i rozważałem, czy kupić Canona IV czy Leicę Q. Akurat poszło w stronę tej miniaturyzacji sprzętu. Ale to jest obszerny temat na inne spotkanie.

Aha, „system Sony poszedł”. To widzę, że coraz bardziej popularna jest ta decyzja, czyli przejście na Sony. Ja to rozumiem, bo noszenie tych wielkich cegieł canonowskich to jednak nadwyręża plecy.

Przypomniała mi się taka rada dla początkujących fotografów, żeby pomyśleli nad tym, żeby wypróbować sobie używany sprzęt, dlatego że, jak zaczynasz pracę jako fotograf, to też nie masz pewności, że zrobisz dobry hajs na tym. Ja też od kiedy fotografuję, praktykuję taką zasadę, że najpierw zarób, a potem wydawaj. Czyli takie marzycielstwo w stylu, że „na pewno mi się uda, na pewno zarobię” i tak dalej, to ja bym odłożył sobie na półkę i rzeczywiście dopiero odkładając 10-20% z tych przychodów, które uzyskujecie z fotografii, bym przeznaczył na ten fundusz sprzętowy. Wtedy dopiero po jakimś czasie można pomyśleć nad tym, czy kupić sobie jakiś nowy aparat.

Znam też takie historie, że ludzie po prostu zaczęli myśleć serio o tym, żeby zacząć pracę jako fotograf i potem się okazywało, że to nie było do końca „to”, ale czuli się zobowiązani, bo zainwestowali 20-30 tysięcy w sprzęt i głupio im było się wycofać.

Michał poleca Joe Buissink. Okej, to jest na pewno źródło, które ja też polecam. Joe Buissink to jest taki fotograf, który robi chyba trzy śluby rocznie. On robi takim celebrytom, jak J. Lo i tam inni. Na pewno są to budżety, które każdy chciałby mieć.

Przede wszystkim podoba mi się podejście tego Joe Buissinka – kiedyś mówił w którymś z kursów, tutoriali czy spotkań na YouTube’ie – że on fotografuje tylko do pierwszego tańca, a potem kończy i resztę robi za niego asystent. Wydaje mi się, że to fajne podejście. Jakby ktoś szukał takiej opcji na to, jak przekroczyć pewną granicę wieku w tym zawodzie. To jest jakiś kierunek, w którym można by było pójść.

Czy po czterdziestce można zostać fotografem?

Aha, tu Sebastian pisze: „38 czy 40 lat to nie za późno na zostanie fotografem? Mam już pewne doświadczenie, 3-5 ślubów za sobą i wiele innego fotografowania”.

Sebastian, super pytanie. Widzę, że fajnie tutaj Michał polecił Ci właśnie Joe Buissinka, bo zdaje się, że on zaczął po czterdziestce fotografować śluby. Myślę, że to jest taka rzecz warta rozwagi. Zawsze jest ten czas, żeby coś zmienić w swoim życiu.

Tak z biznesowej strony, z tego, co pamiętam, to twórca Walmarta też chyba założył go w wieku trzydziestu pięciu lat. Wiek tu nie jest granicą. Ważne są chęci. Ważne jest pewnego rodzaju zaangażowanie, które włożysz w ten biznes. Wydaje mi się, że niezależnie od wieku można wszystko osiągnąć, tym bardziej, że żyjemy w niesamowicie ciekawych czasach, dlatego, że wszyscy się odmłodziliśmy o dziesięć lat w stosunku do tego, co mieli w głowach czy jak się zachowywali nasi rodzice w tym samym wieku.

Zobaczcie. Mój dziadek ma iPada. On ma 85 lat i obsługuje iPada. Wątpię, żeby jego ojciec w tym samym wieku obsługiwał iPada.

Swoją drogą, jego dziadek, czyli dziadek mojego dziadka, miał jeszcze dzieciaki po sześćdziesiątce. Można powiedzieć, że był aktywny, ale nie miał iPada… Mój dziadek jest bardziej nowoczesny niż jego własny dziadek.

Tak że Sebastian, głowa do góry. Myślę, że to jest świetny wiek – czterdziecha. Zależy też, w jakiej jesteś kondycji fizycznej. Jeśli na przykład miałeś pracę siedzącą i dużo siedziałeś przy kompie, i jeszcze zażywałeś rozkoszy jedzeniowych, to radzę Ci, zanim zaczniesz tak na full time, to zacznij biegać czy chodzić na siłkę, żeby jeszcze się fizycznie wzmocnić, bo jednak śluby w Polsce to nie jest hopsia hopsia. To jest jeden wielki hardkor fizyczny. Trzeba mocno działać, żeby udokumentować ten cały dzień.

Ja zawsze mierzę sobie taką aplikacją – to się na iPhonie nazywa Zdrowie – ile przeszedłem w danym dniu. To jest taki mój też wyznacznik, czy się zaangażowałem dobrze w ten ślub i czy wychodziłem sobie te zdjęcia. To mi też pokazuje, że to jest jednak maraton. Jednodniowy mega duży wysiłek. Radziłbym Ci, żebyś się przygotował fizycznie. To nawet nie jest kwestia wieku, bo myślę, że czasem nawet dwudziestolatkowie sapkę mają na weselach. Jest to coś, co trzeba brać pod uwagę, jeżeli ktoś się zastanawia nad karierą fotografa.

Ale widzę, że Seba pisze, że jest byłym piłkarzem. No to masz dużo kilometrów w nogach, więc myślę, że dasz radę – spoko.

Daniel pisze, że wyszła nowa edycja książki. Generalnie zostało sporo z poprzedniej i dodał kilka nowych, ale jedyna słuszna opcja, jeżeli chodzi o rynek ślubny.

Nie wiedziałem akurat tej ciekawostki. Fajnie Danielu, że się podzieliłeś.

Marek pyta, czy miałem tę książkę. Miałem oczywiście książkę Grześka. Nawet gdzieś tam nadal mam. Czytaliśmy sobie z Kasią czasami… ale to jest taka ciekawostka – nie mówcie nikomu. Czytaliśmy sobie czasem z Kasią, jak jeździliśmy na zlecenia ślubne, jak na przykład nie mieliśmy już siły na dłuższej trasie. Kasia jakieś tam anegdotki czytała z tej książki i tam była taka ożywiona dyskusja w aucie, czyli mieliśmy temat do rozmów czy do różnych wesołych debat.

I na tym ucinam. Stawiam kropkę. Jak ktoś chce usłyszeć więcej, to myślę, że może kiedyś opowiem, żeby Was nie zanudzić.

Sezon zapytań o ofertę fotografii ślubnej

Okej, z takich tematów, które jeszcze sobie przygotowałem, to jest ten sezon zapytań o ofertę fotografii ślubnej.

Nie wiem, czy kiedyś zastanawialiście się nad tym, ale ja się kiedyś bardzo długo nad tym głowiłem, gdy chciałem rozpocząć firmę. I wydawało mi się, że kurczę, to jeszcze wszystko zależne od tego, czy ja zacznę w dobrym momencie roku czy nie. Czy uda mi się jeszcze ten sezon zapełnić.

Czy Wy macie coś takiego, jak sezon zapytań, kiedy ludzie najczęściej pytają Was o ofertę? Dajcie znać na czacie – jestem ciekaw.

Michał pisze, że od stycznia do marca, kwietnia. Ja Wam powiem, że to jest właśnie dobra odpowiedź. Też mam właśnie w tym okresie najwięcej zapytań.

Jeszcze jest tutaj – wynotowałem sobie zresztą, bo prowadzę jeden z nielicznych exceli i tam sobie zapisuję, gdy są zapytania. I powiem Wam, że taki boom to jest wrzesień, październik i do połowy listopada. Jeszcze zanim wszyscy narzeczeni złapią doła w tym listopadzie. A tak serio mówiąc, to w listopadzie już się zaczyna ten szał z prezentami na Boże Narodzenie i już nikt nie ma głowy do szukania fotografa, więc wtedy jest taka przerwa.

Pamiętam, że chyba w drugim roku sezonie miałem te zapytania do połowy listopada i potem była mega cisza aż do Bożego Narodzenia. I wtedy takiego doła złapałem. Po raz pierwszy pomyślałem sobie, że być może moja firma już nie ma racji bytu. Już nikt nie przyjdzie i nikt nie zapyta o ofertę. A to jest stała rzecz, która się powtarza z każdym rokiem.

Jeżeli macie taki czas, że nie było żadnego zapytania, to warto właśnie zacząć prowadzić statystyki, dokumentować, kiedy jest zapytanie. I jak przychodzi taki okres, że nie ma zapytań, to cyk, otwieram sobie tego Excela, patrzę sobie i „aha, czyli w tym roku było mniej więcej podobnie” – nie było zapytań w tym okresie, to jest taka martwa cisza i dopiero po świętach Bożego Narodzenia znowu się zaczyna. Wtedy jest ten ostatni tydzień grudnia, styczeń, luty, marzec, kwiecień – to jest takie coś, co jeszcze wpada na ten sezon, który jest. Potem już od końcówki sierpnia jest coraz więcej tych zapytań o przyszły sezon.

Wiadomo, że są ludzie, którzy szukają na dwa lata przed ślubem, ale ja powiem Wam szczerze, że nie jestem zainteresowany podpisywaniem umów na tak długi okres, dlatego, że nie wiem, jaka będzie oferta. Może mi coś strzeli do głowy i podniosę sobie cenę ze dwa razy albo wydarzy się coś, co zmusi mnie do tego, czyli będą jakieś nowe przepisy gospodarcze, które podniosą koszty stałe prowadzenia firmy. I wiecie, jeżeli zabookujecie się na dwa, trzy lata do przodu, to nie bardzo jest perspektywa wzrostu.

Tu bym polecał taką cierpliwość i to, żeby sobie troszeczkę sondować. Jeżeli myślicie nad podwyższeniem ceny, to jeżeli przychodzi takie pytanie na długi, długi okres przed – zostało dużo, dużo czasu, to można eksperymentalnie podwyższyć sobie cenę, wysłać ofertę i sprawdzić czy chwyci. To będzie taki jasny sygnał, że aha, chwyciło, czyli to jest racjonalne, co myślę o swojej ofercie, że ona może być wyższa. A jeżeli nie chwyci, to trudno – jest jeszcze widocznie nie tak pora, że moje zdjęcia, mój branding czy moja obecność w sieci nie są jeszcze na takim poziomie, który uprawniałby mnie do oferowania swoich zdjęć za takie pieniądze i muszę jeszcze nad tym popracować. Ale jeszcze jest tak dużo czasu, że na pewno się ktoś – jakaś inna para – skusi i zapyta o ofertę.

Nie polecałbym panikować. Wysyłanie tej samej oferty na dwa lata do przodu byle mieć tylko taką pewność, że będę miał jakieś umowy, to jest moim zdaniem troszeczkę za bardzo panikowanie. No chyba, że ktoś jest takim mega początkującym fotografem i zależy mu na tym, żeby mieć po prostu to bezpieczeństwo czy jakieś fundusze z zadatków na to, żeby sobie zainwestować w sprzęt czy cokolwiek innego w tej firmie zrobić.

Rozliczenia z urzędem skarbowym

Seba pyta – jakieś takie pytanie pomocnicze – „jak najlepiej rozliczać się z urzędem skarbowym przy usłudze wykonywania usług foto w nowootwartym biznesie?”.

Tutaj nie ma jakiegoś złotego środka. Jeżeli na przykład zaczynacie dopiero, to warto o tej umowie o dzieło pomyśleć. Oczywiście są plusy i minusy. Do takich minusów zaliczyłbym to, że nie można nic wrzucić w koszty, czyli płaci się podatek tak naprawdę od przychodu, a nie od dochodu i w związku z tym nie jest to wtedy te 18% czy 19%, tylko znacznie większy procent. Tak na dobrą sprawę, nawet paliwo, które zainwestowaliście w to, żeby dojechać na miejsce też nie obniży Wam tego podatku.

Znam fotografów, którzy przez kilka lat tak cisnęli. Nie wiem, co prawda, z jakiego powodu. Być może to była kwestia taka, że to są artyści i im się nie chciało. Dobrze im było tak się po prostu rozliczać normalnie.

Jeżeli chcecie bardziej realistycznie do tego podchodzić, bo oczywiście chyba wszystkim nam zależy, żeby jak najwięcej zostawało nam w kieszeniach, to polecam zarejestrować firmę. Tym bardziej, że pierwsze dwa lata to jest niski ZUS i można zarobić te kilka stów na ZUS, ale mieć też tę opcję, że coś się wrzuca w koszty. Wiadomo, że zawsze pojawiają się koszty. Serwisowanie sprzętu czy zakup nowych obiektywów… Wszystko, co tylko w tej firmie jest potrzebne. Nawet papier do drukarki, żeby umowy drukować – to jest wszystko koszt.

Na początku, jak będziesz podpisywał te umowy o dzieło, to co – jak będziesz odprowadzał od tego podatek, księgowa Ci tam wyliczy – to nie ma tak, że jacyś życzliwi doniosą na Ciebie do urzędu, bo działasz w obrębie prawa. Jeżeli nie robisz nic złego, to możesz tak sobie działać. Niekoniecznie musisz od razu mieć firmę.

Poza tym, część osób, fotografów, nawet na kanale wśród tych, którzy oglądają Fleszem Po Oczach, mają jakieś swoje prace, czyli są gdzieś na etacie i kiedy otwiera się dodatkową działalność swoją, to wtedy się tylko chyba zdrowotną składkę odkłada. Płaci się tylko zdrowotną składkę w ZUS-ie i to są chyba tylko dwie czy trzy stówy.

W każdym razie to jest śmieszne, bo… Tak może odejdę od tematu, ale w tej pracy etatowej macie wtedy składkę zdrowotną i prowadząc swoją firmę też macie zdrowotną, ale jak pójdziecie do szpitala to nie przysługują Wam łóżka, a dwie składki się płaci. Dla mnie przynajmniej to jest na logikę niezrozumiałe.

Tak że myślę, że na to, o co pytałeś Sebastian, to odpowiedziałem.

Co robić, gdy zachorujesz w dniu zlecenia fotograficznego?

Jest takie pytanie od Piotrka: „co robisz, gdy na przykład zachorujesz w dniu zlecenia?”.

No to jeszcze mi się nie zdarzyło. Być może byłem na jakiś takich zleceniach, gdzie byłem lekko podziębiony, ale uważam, że to nie jest powód, żeby się kłaść do łóżka i szczerze powiedziawszy tutaj jako odpowiedź bym dał networking. Czyli po prostu poznawanie innych fotografów z naszej branży czy z najbliższego otoczenia, bo tylko coś takiego może Was zabezpieczyć przed tym, co powoduje jakaś choroba. Jak na przykład chwyci Was niemoc, to zawsze można poprosić fotografa, z którym się trzymacie, z którym przybijasz sobie piątkę i znasz się na takiej stopie przyjacielskiej. Polecam po prostu poznawanie się nawzajem. To jest jedyna metoda.

Wyobraźcie sobie – jak ktoś złamie nogę, to co, nie pójdzie na wesele. A wesela nie przesuną, bo fotograf sobie coś zrobił w nogę. To jest jedyna opcja, która może Was zabezpieczyć. A tak, jak mówiłem, lekkie przeziębienie to nie jest coś, z czym fotografowie, którzy mają już kilka lat przechodzone, jeżeli chodzi o śluby nie mieli nigdy do czynienia. Jest to normalka.

Często mi się zdarzało spotykać z fotografami, którzy opowiadali, że „słuchaj, czułem się po prostu fatalnie, ale poszedłem, no bo co miałem zrobić?”. No i co zrobisz? Nic nie zrobisz. Musisz iść na to zlecenia i nie ma opcji. Jeżeli faktycznie zaniemożesz… Tak chyba było w przypadku jednej fotograf, którą ja znam osobiście. W zeszłym roku trafiła do szpitala, to od razu na jednej z grup pojawiło się ogłoszenie, że „słuchajcie, dziewczyna trafiła do szpitala. Jest mega dramat, bo trzeba lecieć na zlecenie”. Ludzie się po prostu skrzyknęli, jakiś fotograf inny za nią pojechał i git. Wszystko da się załatwić, jeśli ma się jakieś kontakty w tej branży.

Uczulam Was na to, żeby odezwać się do tych fotografów, którzy są w Waszej najbliższej okolicy.

Pewność siebie i swojej oferty

Jest jeszcze taki temat, który sobie wcześniej wypisałem, że poruszę z Wami – o pewności siebie. Nie wiem, czy o tym już mówiłem. Być może opowiadałem taką historię, jak byłem bardzo niepewny siebie, niepewny swojej oferty i ludzie, którzy zapytali mnie o ofertę tak jakby usłyszeli tę moją niepewność w głosie, kiedy im mówiłem, że moje zdjęcia kosztują tyle i tyle. Ja nad tą pewnością siebie jakiś czas musiałem popracować. Tak coachingowo może będzie to brzmiało, że sobie przed lustrem mówiłem tę cenę, ale nie też nie jestem jakimś fanem coachingu i tych innych rzeczy, tylko chciałbym do tej pewności siebie podejść trochę z innej strony.

Mnie ostatnio uderzyła jedna rzecz. Poszedłem do sklepu komputerowego, który się znajduje niedaleko mojego biura i tam Ci ludzie, którzy to prowadzą mają taki problem z tą pewnością. Na przykład chciałem kupić klawiaturę do drugiego kompa – do tego, którego używam do streamingu i byłem zdecydowany. Mówię „dobra, to kupię najdroższą”. I mówię „jaką pan tutaj rekomenduję?”. A on mówi, że „tu jest taka za 20 zł” i tak drżał, że być może kupię za 20 zł. A ja mówię – „a jakiejś droższej nie ma”? Moim zdaniem już powinien wyczuć, że to jest klient, który wyda więcej niż te dwie dychy na klawiaturę, a on tak „no nie, no jest taka, ale tutaj ta za 20 zł to jest lepsza”.

No kurde! Jak się ma jakiś sklep czy jakiekolwiek usługi inne i sprzedaje się rzeczy… Ja też nie mam takiego ciśnienia, żeby od razu jakąś najdroższą ofertę pchać albo jakieś najdroższe pakiety, ale też trzeba mieć taką świadomość, że z czegoś trzeba żyć. Jeżeli jest klient, który od razu na wejściu sygnalizuje, że ma jakiś większy budżet, to trochę tej pewności siebie w głosie… Potem poszedłem jeszcze raz kupić coś tam innego, czego nie było na stanie w tym sklepie komputerowym. I koleś tak właśnie drżącym głosem znowu mówi, że to wyjdzie tyle stów… I tak sobie pomyślałem, że kurde, czego ten człowiek się boi. Wyjdzie tyle, to mówisz cenę. Wydaje mi się, że część fotografów może mieć podobnie – takie obawy przed tym, czy powiedzieć temu klientowi czy nie powiedzieć, ile te zdjęcia kosztują.

Jeżeli jesteście pewni, że robicie dobrą robotę, to postarałbym się na Waszym miejscu poćwiczyć mówienie – nie wiem – przed Waszymi znajomymi, że „moje zdjęcia kosztują tyle i tyle”. Prędzej czy później zobaczycie, że klienci wyczuwają tę niepewność. Jeżeli fotograf nawet nie jest pewny, że jego zdjęcia są warte tyle, to jak klient ma być pewny? Nie ma opcji, żeby klient był pewny, że coś jest tyle warte, jeśli nawet fotograf nie wierzy w to, że jego zdjęcia są tyle warte.

Czekać z wysyłaniem zdjęć do klientów?

Dobra, na sam koniec – przed tym albo już po tym, jak kliknęliście łapki w górę – to jeszcze mała cięta riposta, bo to chyba najbardziej ludzie lubią: cięte riposty. No może nie będzie taka cięta, ale w odcinku numer jedenaście powiedziałem o tym, żeby czekać z wysyłaniem zdjęć gotowych do klientów, bo chodziło mi o to, że nawet jak fotograf ma w umowie, że po dwóch tygodniach oddaje zdjęcia, a obrobi je na przykład dwa dni po weselu, to żeby czekać. Żeby nie wysyłać dwa dni po weselu, tylko żeby czekać te dwa tygodnie czy nawet, powiedzmy, dziesięć dni, żeby być przed terminem, ale żeby nie wysyłać tego tak natychmiast – żeby nie stwarzać wrażenia, że to jest takie łatwe.

I pojawił się taki głos w komentarzu, że być może nie powinienem publikować takich treści w formie otwartej. Oczywiście pozdrawiam i dzięki za wszystkie komentarze, które zostawiacie, jeżeli nie oglądacie tego na żywo. I pojawił się właśnie taki głos, żeby uważał z takimi informacjami podawanymi w formie otwartej, czyli na tym kanale. Tak ja przynajmniej zinterpretowałem, że to powinna być treść, która powinna się znaleźć w takim zamkniętym kursie, że tylko fotografowie wykupują wstęp.

Jasne, mógłbym się zgodzić z tym podejście, ale wydaje mi się, żeby nie panikować. Jeżeli nawet oglądają ten kanał panny młode, to one, dowiadując się takiej informacji, że fotograf obrobił w dwa dni, a wysłał po dwóch tygodniach, to nie będzie nic takiego strasznego. Wiadomo, że fotograf nie siedzi dwa tygodnie non-stop, jeden dzień po drugim. Te dwa czy trzy tygodnie, czy nawet trzy miesiące, jak fotograf obrabia zdjęcia… Słuchajcie, nie ściemniajcie tych swoich klientów, że Wy przez trzy miesiące rzeźbicie te zdjęcia. Ja nawet nie będą fotografem bym w to nie uwierzył, że fotograf na przykład pół roku pracowałem nad materiałem.

Wiadomo, że wtedy się po prostu odkłada obróbkę czy siedzenie nad jakimś materiał na dany, konkretny termin, i się obrabia. To nie jest nic strasznego, że ja mówię, żeby poczekać. To jest taka rada dla fotografów, żeby też trochę dbać o ten swój PR. To nie jest taka łatwa praca.

Wiadomo, że jak ktoś jest fotografem na pełen etat, to ma czas, żeby obrobić te zdjęcia czy zrobić selekcję i obrobić w dwa dni po weselu. Wtedy ten materiał czeka na publikację. Nie panikowałbym.

Jako takie potwierdzenie powiem, że moi klienci wiedzą to. Oni też oglądają. Pozdrawiam ich oczywiście serdecznie. Oglądają te moje rzeczy na YouTube’ie, słuchają podcastu i jeszcze nigdy nie miałem z tym żadnych problemów, że „a ty powiedziałeś, że obrobisz zdjęcia w dwa tygodnie po weselu, a faktycznie obrobiłeś dwa dni po weselu i nam dopiero potem wysłałeś”.

Ja, jak rzeczywiście się zabieram za zdjęcia jakiś czas przed terminem, w którym zobowiązałem się oddać zdjęcia, to wybieram sobie kilka takich zapowiedziowych, wysyłam moim klientom i mówię „słuchajcie, pracuję już nad waszymi zdjęciami”, więc oni wiedzą, że obrabiam. Dzięki temu mają też już zdjęcia, którymi się mogą cieszyć – te kilka, które podgrzewają atmosferę. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił, że pracuję po cichu, w sekrecie i nawet się z nimi nie podzielę kilkoma fotografiami.

Tak że luz – więcej luzu! Nie bójcie się, bo panny młode to są bardzo wyrozumiałe osoby i nawet, jak się dowiedzą takiej strasznej prawdy o fotografach, to myślę, że nie będzie z tego powodu jakiejś mega dużej lipy.

Dzięki serdecznie za dzisiejsze spotkanie. Widzę, że wyszło troszeczkę krócej, ale może następne będzie dłuższe. Przesyłajcie swoje pytania albo nawet zostawiajcie w komentarzach, to wtedy dodam te rzeczy do kolejnych naszych spotkań.

Dzięki serdeczne za uwagę i widzimy się, tak jak wspominałem – za tydzień. Dzięki serdeczne i dzięki za wszystkie lajki, łapki w górę i subskrypcje tego kanału.

Leave A

Comment