Czy może być coś lepszego dla fotografa niż niezadowolony klient? Czyli jak zbudować sukces w fotografii na opiniach klientów…

Fleszem po oczach – audycja powstała jako odpowiedź na pytania odbiorców mojego newslettera dla fotografów.

Chcesz zarabiać na fotografii?

Niezadowolony klient to coś z czym możesz się spotkać kiedy zaczniesz zarabiać na zdjęciach. Nie mam tu na myśli sprzedaży zdjęć stockowych (bo tu raczej nie ma bezpośredniego kontaktu z klientem), ale właśnie pracę w charakterze fotografa ślubnego lub rodzinnego.

Więc w 8 odcinku Fleszem po oczach pomówimy jak radzić sobie z reklamacjami, dlaczego niezadowolony klient pomaga fotografowi w rozwoju, czy warto pytać klientów o opinię. Ogólnie warto słuchać nabywców zdjęć (pary młode / rodziców dzieci) bo często powiedzą wam dlaczego wybrali akurat was a nie innego fotografa.

Link do artykułu na Fotopolis.pl

Zawodowy fotograf

Temat z newslettera: przejście na zawodowstwo. Czyli jakie są plusy i minusy działania jako profesjonalny fotograf kontra praca na etacie i fotografowanie po godzinach. Wyobrażenie tego jak wygląda zawodowa praca fotografa (100% robienie zdjęć) a rzeczywistość. 10-20 % czasu na zdjęcia. Jeśli nie wierzysz statystykom to zacznij prowadzić dziennik fotografa. Notuj w nim ile czasu poświęcasz na każdą z czynności.

O fotografowaniu chrztu i komunii (dokładnie to samo podejście co na ślubie, zmienia się tylko kąt patrzenia, mniejsze napięcie rodzin) jeśli komunia to dla indywidualnego klienta, nie dla szkoły czy klasy, bo wtedy to jest jedynie rejestracja coś w rodzaju zdjęć na allegro (rejestrujemy, że coś miało miejsce, coś istniało – but czy walkman) jeśli już to właśnie dokumentowanie historii jednego dziecka i jego rodziny, tylko coś takiego ma wartość.

Jeśli już ktoś załapie się na zlecenie fotografowania komunii dla całej klasy to najlepiej prowadzić dialog z katechetką, ustalić po ile, co oferujesz, ustandaryzować, a nie że potem każdy rodzić osobno będzie zamawiał odbitki, albumy, pendrive etc. Pieniądze też najlepiej z góry wziąć bo potem ludzie nie mają do tego głowy.

Autorytety w fotografii: czy fotograf sponsorowany przez markę traci Waszym zdaniem autentyczność?

Podchodzenie do fotografów po występie, czy w trakcie dużych imprez, czy ikona to też człowiek? Nie bać się, to daje kopa. Przy okazji opowiedzieć jak piszę czasem do gwiazd fotografii i odpisują „nie dysponuję czasem” po co zajmować się fotografią / wolnym zawodem jeśli to ma powodować brak czasu. O moich marzeniach bycia super tatą, o tym, że nie pracując na etacie mam oczywiście nieco trudniej pod kątem samodyscypliny (perspektywa nicnierobienia jest kusząca), ale też o tym jak mogę iść na cały dzień lub większość dnia bawić się z dziećmi na placu zabaw, inni fotografowie mogą spacerować z pasami etc. (popatrzcie na to co się dzieje na Insta Stories fotografów – ciągle gdzieś są na świeżym powietrzu etc) – swoją drogą ja nie za często używam stories haha.

Pytania od fotografów:

Jak przełamać filtr klientów? Jak do nich dotrzeć? Masę pracy włożyłem w pozycjonowanie, dopieszczam instagrama, ale klientów nie widać. Nie tyle, żeby się utrzymać z fotografii. A to pochłania cała moja energię. Chce rzucić etat, ale dopiero jak będzie bezpiecznie. Masz jakąś radę?

Pytanie z konsultacji: reklama konsultacji / czy jest sens działać, z perspektywą, że za 10 lat klienci nie będą mas już kumać bo jesteśmy za starzy.

Hej Jacek, mam takie pytanko, a zarazem rozkminkę. Jak działać w kwestii, kiedy na przykład mamy ważne wydarzenie w naszym życiu (ktoś bliski bierze ślub itd), a my wtedy robimy na zdjęcia parze, która bardzo na nas liczy, lub np wiemy, że będzie to ślub, który koniecznie chcemy sfotografować. Miałeś taki przypadek, że musiałeś zrezygnować ze zlecenia lub szukać zastępstwa kosztem można trochę powiedzieć \”utraty zaufania\” u swoich klientów? Czy może olać bliskich i robić swoje? Zdaje sobie sprawę, że są rzeczy ważne i ważniejsze, ale pewnie są osoby, dla których trudniej jest odmówić zlecenia parze młodej, niż pójścia na wesele, na którym mamy się bawić.

Zapis odcinka:

#8 FPO REKLAMACJE PAR MŁODYCH, FOTOGRAFIA CZY ETAT, JAK FOTOGRAFOWAĆ KOMUNIE? 

Cześć, nazywam się Jacek Siwko. To jest kanał Niezłe Aparaty, audycja Fleszem Po Oczach. W tej audycji poruszam tematy związane zarówno z fotografią, jak i prowadzeniem biznesu fotografii, więc jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy przemyśl to, czy nie warto zasubskrybować tego kanału, dlatego, że dostaniesz powiadomienia o każdym kolejnym filmiku i każdym kolejnym spotkaniu na żywo. 

A w ósmym odcinku Fleszem Po Oczach pomówimy sobie o tych sprawach, o których poinformowałem Was oczywiście w temacie tego filmiku. Będzie o tym, jak sobie poradzić z niezadowolonym klientem i jak możemy wykorzystać taką sytuację, bo uważam, że – jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi – niezadowolony klient jest czasem błogosławieństwem dla biznesu fotograficznego. 

Porozmawiamy sobie też o temacie związanym z przejściem na pełen etat w fotografii, a także poruszymy temat, o który prosiliście mnie w zeszłym odcinku, czyli odcinku numer siedem Fleszem Po Oczach – żeby powiedzieć coś o fotografowaniu komunii.  

Łapki w górę – wciskamy łapki w górę i jedziemy z tematem! 

Reklamacje par młodych 

Myślę, że przejdziemy najpierw do tematu, o którym Wam wspominałem, czyli tematu związanego z reklamacjami klientów. Otóż pojawił się na Fotopolis taki kolejny artykuł… Na pewno wiecie, że w odcinku chyba szóstym mówiłem o tym, że wypowiadałem się w kwestii obiektywów do fotografii ślubnej. Teraz pojawił się na Fotopolis taki temat związany właśnie z reklamacjami, z niezadowolonymi klientami – tutaj akurat w takim ujęciu stricte ślubnym, ale ja myślę, że można to też łatwo przełożyć na fotografię rodzinną czy też ogólnie jakąkolwiek fotografię. Mamy tutaj do czynienia z usługami, czyli czymś, co jest najgorsze w ogóle, jeżeli chodzi o biznes. Tak przynajmniej twierdzi mój teść, który jest dla mnie autorytetem, jeżeli chodzi o prowadzenie firmy, więc z pierwszej ręki mam takie obserwacje na temat tego, jak robić biznes, który będzie naprawdę na wysokim poziomie.  

Pamiętam taką naszą rozmowę z teściem, który powiedział mi, że „ty działasz w usługach, więc to jest zawsze kontakt z ludźmi, zawsze jest to narażenie na to, że ludzie będą mieli jakieś uwagi, jakieś pretensje” i tak dalej. Trudno. Z tym trzeba żyć. Taka jest charakterystyka naszego biznesu i tutaj Fotopolis, jako że fotografia ślubna jest temat miesiąca, postanowił przyjrzeć się takiej sytuacji, jak poradzić sobie z niezadowolonym klientem. 

Oczywiście miałem tutaj przywilej wypowiadania się wśród innych fotografów. Część z nich to są moi znajomi, tak jak na przykład Cześć Czołem czy też Jakub Nowotyński, który gościł w podcaście Niezłe Aparaty. Nawet Jakub tutaj wspomina na wstępie o podcaście Niezłe Aparaty, co w ogóle jest dla mnie mega wielkim wyróżnieniem, że Kuba wspomniał i zareklamował podcast w takim medium, jakim jest Fotopolis. Myślę, że to jest mega fajne dla Niezłych Aparatów, że w kontekście właśnie takich artykułów podcast się pojawia. Odsyłam Was też oczywiście do podcastu z Kubą, bo Kuba nie dość, że fajnie opowiada o fotografii, to jeszcze ma takie zdrowe podejście. On opowiada o swoich klientach, że ma szczęście do trafiania na ludzi, którzy mówią tym samym językiem, co on. Nie ma tu akurat takich problemów.  

Ja oczywiście, jak mnie znacie, to lubię stosować troszeczkę taki mechanizm prowokacji. I napisałem takie zdanie, że nie ma nic lepszego niż niezadowolony klient, co automatycznie stało się też tytułem tego artykułu. 

Tutaj przy okazji tego zdania mam dla Was taką jedną uwagę. Przypomniało mi się a propos pisania – każdy z fotografów ma na pewno coś takiego w głowie, że chciałby pisać lepsze teksty, takie, które przyciągają uwagę. Jak przeczytacie to, co ja napisałem, to ja zastosowałem taki mechanizm, który jest jednym z takich dwóch podejść do pisania tekstów – do zdania otwierającego. Jak wiecie, w internecie jest bardzo mało czasu, żeby złapać czyjąś uwagę i potrzebny jest ten tak zwany hook. Coś, co przykuje uwagę.  

Jedną z taktyk, którą stosują tacy copywriterzy profesjonalni jest coś takiego, że oni piszą zdanie, z którym trudno się nie zgodzić. I wyobraźcie sobie taką sytuację, że ja piszę tekst dla fotografów i mówi, że „reklamacje albo niezadowolone pary, to jest natrudniejsza rzecz, z którą fotograf ma do czynienia w swojej pracy”. Teraz wszyscy kiwamy głowami: „tak, rzeczywiście, to jest czasami nawet trudniejsze niż robienie zdjęć”. W tym momencie Wy się zgodziliście, czyli mamy już nić porozumienia. Sympatyzujemy ze sobą. Czytacie dalej. 

Druga taktyka jest taka, że można kogoś sprowokować. Napisać zdanie, z którym za pierwszym razem się ktoś nie zgodzi. Ja tutaj użyłem tego, że „niezadowolony klient to jest najlepsze, co się może trafić fotografowi” i w dalszej części rozwijam, że dzięki takim krytycznym uwagom, firmy fotograficzne mogą się rozwijać. No bo co, jak wszyscy Was poklepują po ramieniu i mówią „super, ale zdjęcia robisz, jesteś takim profesjonalnym fotografem, że w ogóle głowa odpada”? A co innego, kiedy mamy do czynienia z taką pierwszą krytyką, ale ona oczywiście musi być konstruktywna. Ktoś powie, że na przykład mógłbyś zrobić coś lepiej. Takie uwagi są na wagę złota i ja właśnie to miałem na myśli mówiąc, że niezadowolony klient jest najlepszą rzeczą, która może nas spotkać.  

Dam Wam jeszcze taki przykład – taką poradę, którą w praktyce możecie wykorzystać. Ja tu mówię o tekstach dla fotografów, czyli dam Wam dwa przykłady. Kiedy piszecie tekst dla par młodych – dajmy na to, że jesteście fotografem ślubnym, piszecie na przykład coś takiego, że „to był najgorszy dzień w życiu Marysi i Tomka”. Wtedy panna młoda, która wchodzi na ten post jest szoku – jak fotograf może tak napisać, publikując zdjęcia ze ślubu tej Marysi i Tomka? Ale w następnym zdaniu rozwijasz taką myśl, że to na przykład to był ostatni dzień, w którym obudzili się nie jako małżeństwo, bo od tego momentu wszystko idzie lepiej i jest ciekawie, i się rozwija ta ich miłość i tak dalej. Na zasadzie takiego lekkie wstrząsu dla tej panny młodej, tego potencjalnego klienta, ona wyraziła ochotę czytać dalej. Aż ją po prostu zamurowało – „jak można tak napisać?!”. I czyta dalej. Wkręca się w to, czyli już był ten hook. Już mamy jej uwagę. Już ona jest bardziej zaangażowanym czytelnikiem niż tylko ktoś, kto scrolluje i tylko leci po tych zdjęciach i tak dalej.  

To są te dwa mechanizmy, które można stosować. Albo totalnie, że się z Tobą ktoś zgodzi – ja na przykład kiedyś pisałem taki tekst… Zależało mi na tym, żeby się znaleźć jako numer jeden na hasło „sesja narzeczeńska”. Napisałem taki tekst – nie pamiętam, dokładnie tego Wam nie przytoczę – ale zastosowałem tam taki mechanizm, w którym chciałem, żeby się czytelnik zgodził ze mną na początek, na przykład, że sesja narzeczeńska to nie jest coś, o czym w pierwszej kolejności ludzie myślą, planując ślub. Coś takiego można stosować.  

Polecałbym Wam troszeczkę się podszkolić, jeżeli chodzi o pisanie tekstów, bo gwarantuję Wam, że to jest pierwsza i podstawowa rzecz, którą można zrobić na swoim blogu, żeby łapać uwagę czytelnikó – łapać uwagę tych, którzy odwiedzają Wasze strony. 

Wrócę jeszcze na chwilę do tego tematu o niezadowolonych klientach. Wydaje mi się, że tam warto wspomnieć jeszcze o jednej takiej rzeczy. Otóż chodzi mi o to, że warto wykorzystywać taką okazję do robienia badań rynku. Jak ktoś się decyduje na Was jako fotografa, to na jakiejś podstawie taką decyzję podjął. Oczywiście wiadomo, że nie podejdziesz do klienta i nie zapytasz, co sprawiło, że akurat ja, a nie inny, ale można to w rozmowach, między słowami wyłapać. 

Ja na przykład podczas rozmowy na Skype’ie z parą młodą pytam się, kogo jeszcze rozważacie, jakiego jeszcze fotografa. Ja jestem realistą, wiem, że para młoda, żeby wybrać fotografa, musi zrobić jakiś research – ma dziesięć nazwisk, dajmy na to, do których pisze mail. Później redukuje do trzech, z którymi rozmawia lub też intensywnie koresponduje. W związku z tym, jeżeli dochodzi do spotkania, to ja wiem, że jestem jednym z dwóch, trzech fotografów, których para młoda rozważa. W związku z tym też często pytam się, kogo oni rozważają, żeby też wiedzieć, na jakim pułapie ja operuję, jeżeli chodzi o fotografię. To znaczy nawet nie tyle na jakim pułapie, bo ja znam swoje ceny, natomiast jak postrzegają mnie klienci. To jest bardzo ważne dla mnie.  

I tym artykule na Fotopolis – on jest zresztą podlinkowany w opisie tego odcinka – ja wspominam o tym, żeby wykorzystywać taką okazję rozmawiając z klientami czy już kończąc dane zlecenie, na przykład wysyłając im taką anonimową ankietę, w której oni mogą napisać swoje uwagi. I tutaj DJ Jegomość napisał, że to jest niekoniecznie dobre podejście, żeby pytać się na przykład zadowolonej pary o to, co mógłbym zrobić lepiej. Wtedy spada, jego zdaniem, satysfakcja ze współpracy z fotografem. Wydaje mi się, że to też zależy od etapu, na którym jesteście. Jeżeli dopiero zaczynacie albo dopiero rozwijacie swoje firmy, to wydaje mi się, że pytanie o opinie par – ale nie taką, że „proszę wystawić mi laurkę”, tylko niech oni się anonimowo wypowiedzą na temat tego, jak wyglądała współpraca z ich perspektywy – bardzo dużo daje fotografom. To są rzeczy, za które my fotografowie wydaje mi się, że powinniśmy płacić. Namawiam Was do tego, żeby korzystać z opinii Waszych klientów, bo oni już Was choć trochę polubili, no bo zdecydowali się, żeby współpracować z Wami, więc wydaje mi się, że jeżeli takich osób się pytacie, takich, których zależy, to nie są takie anonimowe osoby z internetu… 

Mi tam kiedyś jakiś Pan Wiesław wystawił opinię w internecie, że moje zdjęcia są do chrzanu. Ja napisałem do niego „proszę Pana, dlaczego Pan twierdzi, że to, co ja robię jest do chrzanu, skoro nawet nie mieliśmy okazji nigdy współpracować ze sobą?”. No i oczywiście nastąpiło jakieś głupie tłumaczenie.  

Takimi opiniami ja bym się nie przejmował, ale to, co mówią o Was klienci jest bardzo ważne i tak naprawdę pokazywanie tego, że Wam zależy, to jest w zasadzie podstawą sukcesu. 

Kiedy zrezygnować z etatu? 

Tutaj w zasadzie moglibyśmy przejść do drugiego takiego tematu. Chodzi mi o ten moment, kiedy warto przejść na zawodowstwo. Duża część fotografów, których ja spotykam gdzieś po drodze, rozmawiając na różnego rodzaju spotkaniach fotograficznych na przykład w kontekście takiego tematu, czy mam etat czy utrzymuję się tylko z fotografii, to wydaje mi się, że mówi tak z pewnym zażenowaniem, być może nieśmiałością, że jeszcze nie rzucili etatu. Wiadomo, że wiele osób marzy o tym, żeby mieć taką niezależność, być swoim własnym szefem, wstawać, o której się chce, pracować, do której się chce, brać takie zlecenia, na które się ma ochotę, ale to nie jest do końca tak.  

Jeżeli się rzuci już ten etat, który jest pewnego rodzaju fajnym zabezpieczeniem… Gdy na przykład pojawi się moment, że jest mniej zleceń, jest mniej zapytań, jest mniej umów, to wtedy jeszcze zostaje ten etat i nie trzeba się tak mocno stresować. W jednej dziedzinie coś Ci nie idzie, to jeszcze masz zabezpieczenie w tej drugiej.  

Namawiałbym Was do tego, żeby nie traktować tego swojego etatu jako zło ostateczne. Wydaje mi się, że to też wszystko jest zależne od tego, na jakim etapie życia jesteście. Jeżeli macie na przykład rodzinę i chcecie rzucić etat, żeby zająć się czymś takim nierealnym, jak fotografia – czy to będzie fotografia rodzinna, czy ślubna, czy jakakolwiek inna komercyjna dziedzina fotografii, to trzeba też brać pod uwagę fakt, że akurat w tych kreatywnych dziedzinach rozkręcenie się do poziomu finansowego, takiego, jak byście dostawali będąc gdzieś na etacie, trwa. To jest czasami rok, to są czasami dwa lata, a czasami trzeba naprawdę trzy, cztery lata, żeby rozpędzić taką machinę.  

Ja w newsletterze wysyłałem Wam taką historię rozmowy z gościem, który wykłada na Saint Martins – to jest taki college artystyczny w Londynie. On tam uczy – to się nazywa reportaż fotografii. Jakkolwiek to nie jest reportaż, czego on uczy, ale to już pomijam. I pamiętam, ja ten Giulio Mazzarini pyta mnie: „To co jest teraz przed Tobą? Jakie masz plany?”. Ja mu mówię, że wracam do Polski i będę prowadził swoją firmę. Gościu się złapał za głowę – gdyby on wiedział, ile to mu zajmie, żeby dojść tam, gdzie jest ze swoją fotografią, to raczej by chyba nie wchodził w to.  

Ja nie opowiadam Wam tej historii dlatego, żeby kogokolwiek zniechęcać. Musicie wiedzieć, że na mnie akurat ta historia zadziałała motywująco i mam nadzieję, że na Was też tak zadziała. Słyszycie te słowa, że jest trudno, ale da się. 

Na przykład moim powodem, dla którego ja zacząłem w ogóle pisać teksty dla fotografów, dlaczego zacząłem rozmawiać, dlaczego zacząłem nagrywać podcast, rozmawiać tutaj na YouTube’ie, jest taki, że wydawało mi się na początku mojej działalności, że jak mi się uda wejść na rynek fotograficzny – co mi się wydawało po prostu mega osiągnięciem, żeby się chociaż zaczepić, żeby mieć jakiekolwiek zlecenia – to postanowiłem sobie, że niech to będzie dowodem, że każdemu się uda. Drugiej tak niezorganizowanej osoby, jak ten Jacek, który zaczynał osiem lat temu swoją fotografię czy w ogóle nie znającej realiów biznesu, to możecie po prostu szukać ze świecą. 

Ja to mówię tutaj autentycznie z głębi serca. Otwieram się przed Wami, żebyście zrozumieli, że tak naprawdę wszystko się da i być może ja nawet za często pompuję ten balon, mówiąc ludziom, że to się uda, że każdy może zostać profesjonalnym fotografem – profesjonalnym w tym kontekście, że zarabia na fotografii. Robisz super zdjęcia i zawsze, jeżeli to słyszycie ode mnie, będą na przykład na konsultacjach czy na warsztatach, to jest to, co ja myślę. Bo jeżeli ja myślę, że ktoś robi fatalne zdjęcia lub powinien jeszcze trochę popracować, to ja to powiem. Zdarzyło mi się raz, że powiedziałem komuś, że musi jeszcze popracować i potem znalazłem opinię na swój temat, że ja się nie znam na fotografii i tak dalej. To jest taki wątek poboczny.  

Wracając do tego pompowania balona. Uważam, że przekazywanie takiego pozytywnego sygnału, że na pewno da się coś osiągnąć w fotografii, jeżeli się chce, jeżeli jest się zdeterminowanym, jest super. I wczorajszy newsletter… Ja wiem, że wiele osób było zdołowanych, że ja napisałem, że trzeba to przemyśleć, czy rzucać ten etat czy nie. To było takim kubłem zimnej wody, ale tylko po to, żeby Was troszeczkę ostudzić. Ja uwielbiam takie osoby, jak ja sam, czyli takich po prostu marzycieli, którzy nie przemyślą sobie wszystkiego, tylko zaczynają działać. I nawet na przykładzie podcastu – zobaczcie, ja nie przemyślałem sobie, jak to nagrywać, jaki sprzęt powinienem mieć. Tak samo jak z YouTubem zacząłem działać – mam kamerkę, jaką mam. Dla mnie to jest temat poboczny – ja się tym zajmę, jak to się wszystko rozkręci. Tak samo stało się z podcastem. Jak on zyskał jakąś super popularność, to wtedy dopiero zacząłem inwestować w sprzęt.  

Wydaje mi się, że z fotografią powinno być tak samo. Jak macie jakikolwiek aparat i jeden obiektyw, to wszystko da się tak na dobrą sprawę sfotografować. Ja nawet teraz robię czasem zlecenia, że forsuję siebie do tego, żeby odkrywać pewne kreatywne możliwości, jakie daje na przykład obiektyw. Wybiera sobie ogniskową 50 mm i fotografuję nią cały dzień, dlatego, żeby uruchomić procesy myślowe w moim mózgu, które pozwolą mi stworzyć coś z niczego. A takie zmienianie obiektywów, oczywiście, to jest przywilej, którym mogę się w tej chwili pochwalić, bo mam pewną gamę obiektywów, ale staram się nie iść na łatwiznę. Tak na dobrą sprawę – nawiążę tutaj do tego pompowania balona – jak macie aparat i obiektyw, to wszystko możecie nim sfotografować. Nie bójcie się. Niech ten sprzęt Was nie ogranicza.  

Myślę, że na tym skończę, bo nie chcę poświęcać zbyt wiele czasu na to, czy powinniście teraz rzucać etat czy nie. Wydaje mi się, że jak ktokolwiek o tym myśli, to jest podcast, który nagrałem z Zieniem i w tamtym podcaście on opowiada o takiej poduszce finansowej – że warto zabezpieczyć sobie taki okres, bo naprawdę nie jest łatwo. 

To, co mi powiedział ten Giulio Mazzarini wtedy w Londynie, ja sobie to wyryłem w głowie, nie na kamieniu, ale zapamiętałem sobie te słowa i one były moją przestrogą, że nie będzie łatwo. Mimo tego, że to jest super uczucie, kiedy ma się pieniądze z fotografowania i ludzie Cię poklepują po ramieniu, bo robisz super robotę, robisz super fotki, „jesteśmy z ciebie mega zadowoleni na tym ślubie” i tak dalej. Samą Twoją osobą się zachwycają ludzie i to jest naprawdę moment, kiedy serce rośnie, ale warto też jeszcze mieć w tyle głowy takie słowa, które jeden z takich fotoreporterów, których poznałem kiedyś w Poznaniu powiedział mi: „chwalą Cię – dobra, przyjmij to, ale zapomnij od razu o tym chwaleniu, bo w pewnym momencie, kiedy przyjmujesz te pochwały, one się pojawiają coraz częściej, bo twój poziom jest coraz wyższy i jest taka możliwość, że sodówa odbije ci do głowy i jest koniec fotografa”. Więc okej, chwalą Cię, mów „dobra, dzięki”, ale staraj się koncentrować na swojej robocie, a nie tylko na tym, żeby to ego rosło.  

W naszej branży tak na dobrą sprawę największym grzechem, jaki fotografowie popełniają jest to, że my mamy zbyt wielkie ego. Popatrzcie sobie na niektórych fotografów. Do nich nie podejdziesz na jakiejś konferencji czy cokolwiek innego, czy nie napiszesz nawet, bo czujesz, że to ego po prostu wychodzi z ekranu. Ja mogę Wam nawet opowiedzieć o tym jako podcaster. Jak nagrywam podcast Niezłe Aparaty to piszę do najróżniejszych fotografów, których mi przysyłacie i część z tych super gwiazd w ogóle mi nawet nie odpowiedziała. To jest tak, że ja czuję taką barierę, że to jest takie ego, że nie pozwoli sobie zniżyć się do takiego pułapu rozmawiania z jakimś no-namem z podcastu Niezłe Aparaty. Ale dla mnie to jest luz. 

Praca profesjonalnego fotografa

Najciekawsza rzecz to jest też to, jak wygląda praca profesjonalnego fotografa. Było coś, co dostałem ostatnio od jednego fotografa, który napisał mi, że „niestety nie dysponuję wolnym czasem – nie mogę z tobą rozmawiać, bo nie mam czasu”. I dla mnie osobiście takim motywem, który napędzał mnie do tego, żeby nie iść gdzieś do pracy na etat, tylko pracować jako fotograf było to, żebym ja miał więcej czasu. Nie chcę przeżyć mojego życia w ten sposób, że od 9:00 do 17:00 siedzę w biurze i klepię w klawiaturę. Nie. Ja chcę pracować wtedy, kiedy mam na to ochotę, kiedy trzeba. Ale jednocześnie chcę być ojcem, który jest z dzieciakami. 

Ja miałem takiego ojca, którego nigdy nie było w domu i sobie pomyślałem – bo jak wiecie mam trójkę dzieci w tej chwili – że ja nie chcę być nigdy takim tatą, o którym powiedział „taty nigdy nie było”. Chcę być takim tatą, który będzie wspominany tak, że „tata miał dla nas czas”, „tata brał nas na swoje wyjazdy, jeździliśmy na wycieczki, chodziliśmy na plac zabaw i zawsze mógł poświęcić uwagę nam, dzieciom”. I to jest moja motywacja do tego, żeby być fotografem, żeby uprawiać wolny zawód i żeby mieć możliwość, że ja pracuję na przykład na dużych zleceniach w wakacje, dajmy na to, cztery razy w miesiącu, czyli cztery śluby w miesiącu robię, a wakacje mam pełno czasu, który mogę spędzić też nad morzem z dziećmi. To mnie napędzało do tego, żeby szukać tego wolnego zawodu. 

Co jest w ogóle Waszym powodem? Dlaczego chcecie przejść na zawodowstwo?  

Jeżeli są takie osoby, które mają jeszcze etat, to chciałbym, żebyście napisali, bo wydaje mi się, że to jest ważne, żeby wyrzucić taki powód. Większa ilość czasu dla rodziny wydaje mi się, że to jest piękny powód, dla którego warto poświęcić to takie bezpieczeństwo finansowe i zacząć starać się bić o te laury, które związane są z byciem fotografem. Jeżeli są takie osoby, które mają jasno sprecyzowany powód, dla którego nie chcą już dłużej pracować na etacie, to dajcie znać. Nawet w komentarzach. 

Ja, jak wiecie, czytam wszystkie komentarze i staram się na nie odpisywać. Ten kanał nie jest jeszcze aż tak wielki, żeby jakieś komentarze do mnie nie docierały. Piszcie, nie bójcie się, mam nadzieję, że nie sprawiam takiego wrażenia, że jestem gdzieś tam niedostępny, tylko jestem dla Was. Staram się na wszystkie wiadomości odpowiadać, które mi wysyłacie. 

Na nie wszystkie pytania oczywiście odpowiadam i dlatego przypominam powód, dla którego się właśnie tutaj spotykamy – żeby mieć możliwość odpowiadania na Wasze pytania.  

Agata pisze, że możliwość pracy wtedy, kiedy się chce i kiedy ona chce, i podróżowania zimą.  

To jest taki duży przywilej… Zresztą nawet my byliśmy chyba w grudniu zeszłego roku na Fuercie, kiedy wszyscy tutaj w Polsce łapią doła z powodu tej pogody, która jest taka w kratkę, że ni to zima, ni to jesień… A my się tam wygrzewaliśmy na plaży z dzieciakami. To jest właśnie super przywilej. Można sobie zaplanować wakacje i wcale nie jest tak, że fotograf – nawet ślubny – kiedy jest wysoki sezon latem, nie może sobie pojechać na wakacje. Może. Tylko niech to będą wakacje na przykład nad polskim morzem albo gdzieś w Polsce, gdzie możecie zabrać laptopa i nawet stamtąd pracować, obrabiać swoje zdjęcia. My tak robimy często, że dzieciaki sobie siedzą w domku, ja tam podróżuję sobie na moje zlecenia w weekendy i jakoś to działa. Tylko po prostu trzeba chcieć, trzeba trochę pomyśleć i zaplanować sobie. 

Fotografowanie komunii – jak do tego podejść? 

Pisaliście w odcinku siódmym, żeby powiedzieć trochę o fotografowaniu komunii. Jak do tego podejść? Może nawet nie jak wyceniać, ale jak po prostu sfotografować taki temat. Idzie miesiąc komunii, ale też przy okazji wrzucam do tego samego worka chrzest. To jest taka fotografia a’la reportaż, ni to taka fotografia rodzinna, dziecięca… To jest taki miks. Jeżeli ktoś się specjalizuje w fotografowaniu dzieci, to na pewno zapytają go „ej, zrobiłbyś nam chrzest?”, „zrobiłbyś nam komunię?”.  

Na początek powiem Wam taką historię, która mi się przytrafiła. Ciekaw jestem, jak Wy zareagujecie na to, bo Kasia to mnie męczy o to cały czas. Chyba w 2011 roku, jak założyłem firmę, to nie miałem tak w ogóle prawie że zleceń, jeśli nie liczyć jakiejś tam imprezy klubowej i tak dalej. Pamiętam, że mieszkaliśmy wtedy w Sopocie. Leżymy sobie na plaży i dzwoni telefon. Pani pyta: „czy robi pan komunię?”. Taka zainteresowana pani, chciała fotografa na komunię. Jak mówię: „Komunię…? Nie, nie…”. Moja żona, wtedy moja narzeczona mówi „Co? Ty tak ją łatwo spławiłeś? Przecież to jest zlecenie”. Ja do tego podszedłem tak, że po prostu zignorowałem to, bo zawsze mi się wydawało, że komunia to jest jakaś degradacja dla fotografa, że on idzie strzelać komunię… Nie wiem, czy są tutaj osoby, które robią komunie tak rokrocznie. To też sobie zaraz powiemy o dwóch typach komun – albo masz takie grupowe, albo robisz ten reportaż dla jednej rodziny i ważne jest też to, żeby wiedzieć, w którą grupę się targetować ze swoją ofertą.  

Natomiast ja wtedy powiedziałem, że nie i to długo się za mną ciągnęło. Potem nie miałem zleceń i zawsze Kasia mi wypominała – „widzisz, odrzuciłeś zlecenie i dlatego właśnie nie masz kolejnych zleceń”. Wydaje mi się, że jak ktoś dzwoni i jest zainteresowany, żebyście zrobili taką komunię, to nie warto się kierować stereotypami. Przecież, dla przypomnienia, fotografia ślubna kilka lat temu też nie była taką hipsterską dziedziną. To było coś takiego… Kotlet jakiś…  

Zresztą wielu ludzi robiących jakąś fotografię artystyczną czy jakieś tam reportaże prasowe i tak dalej, podchodzi z takim dystansem, tak lekce sobie waży śluby. A my wszyscy, którzy żyjemy z fotografii ślubnej wiemy, że to jest super. Nie dość, że finansowo się mega opłaca, a dwa, daje nam taki przywilej też wchodzenia z butami do domów ludzi i przyglądania się takim historiom… Jak będziemy prezentować takie podejście, jak Kasia z Malachite Meadow w podcaście Niezłe Aparaty – lokowanie produktu – że się zainteresujemy tymi ludźmi, to tak naprawdę z fotografii ślubnej czy z takiej komunii, czy z takiego chrztu to nam się zrobi bardzo fajna sprawa. Po prostu dowiemy się czegoś o ludziach tych, których fotografujemy. 

Ja też wielokrotnie, chodząc na różnego rodzaju zlecenia, wiele się życiowych rzeczy dowiadywałem. Już nie wspomnę, ile cennych rad biznesowych udało mi się uzyskać będąc na zleceniach. Akurat mam taki przywilej, że moi klienci to są najczęściej jakieś osoby, które prowadzą własny biznes. Czy to będzie związane z SEO, czy to będzie jakaś inna dziedzina, zawsze staram się jak najwięcej dowiedzieć. Rozmawiamy sobie i pewnych rzeczy się dowiaduje człowiek.  

A poza tym w rodzinach są takie osoby, czyli na przykład ojciec panny młodej – wchodzisz, a on tam jest jakimś wielkim bossem. I rozmawiasz sobie z takim człowiekiem, do którego normalnie by się nie miało dostępu. Fotograf ma ten przywilej, że on wchodzi jednak w jakiejś środowisko i wtedy ludzi darzą go zaufaniem i wszystko mu powiedzą. Tak na dobrą sprawę, ja tam o jakimś handlowaniu bronią się nasłuchałem i jakieś różne historie, których Wam oczywiście tutaj nie będę opowiadał. Ale mega ciekawe rzeczy i też kilka takich fajnych rad, które sobie przełożyłem na swój własny biznes. 

Oczywiście nie handluję bronią, ale… O, taka cenna rada: żeby chodzić czasami na strzelnicę, bo to też uczy takiej koncentracji, takiego czekania na ten moment. Fotograf tak naprawdę powinien być jak dobry snajper. Jonasz, syn Piotra, czyli ten Jonas Peterson, o którym już tam w każdym podcaście było albo też we Fleszem Po Oczach mówiłem – on był kiedyś przecież snajperem. To nie jest przypadek, że on po prostu ma to oko wyćwiczone. Ma koordynację oko-palec. Spust migawki naciska we właściwym momencie, bo on ćwiczył się w tym takim czekaniu na odpowiedni moment.  

Takie niestandardowe nawet rady gdzieś się pojawiają przy okazji zleceń, dlatego nie warto ignorować żadnego zlecenia.  

Marek pisze, że „komunie są dla samobójców – stu dwudziestu roszczeniowych rodziców i każdy z inną wizją”. I dobra. To jest jedna z tych opcji, o których chciałem powiedzieć.  

Oczywiście odradzałbym podpisywanie umowy na coś takiego, że dla stu dwudziestu osób fotografujesz komunię, bo wtedy nie jesteś w stanie się zaangażować jako fotograf – jako ten, w cudzysłowie, opowiadacz historii. Ślizgasz się po tym temacie, bo jesteś z tymi ludźmi i w zasadzie pełnisz taką rolę, jak fotografowie na Allegro pełnią. Oni mają udokumentować, że coś istniało fizycznie. Nie wiem, wezmę sobie dla przykładu głośnik.  

Jest ten głośnik, no nie? Ja fotografuję, chcę go sprzedaż na Allegro, zrobię zdjęcie… Faktycznie ten głośnik istnieje, nie? I wydaje mi się, że fotografia komunijna dla tych stu dwudziestu osób, to będzie właśnie coś takiego. Taka rejestracja głośnika – że ona ma miejsce tu i teraz, że on istnieje, ale nic o tym głośniku nie opowiem. A gdybym spędził cały dzień z tym głośnikiem, czyli tutaj już taka analogia do tego, że spędzam pół dnia z takim „komunistą”, czyli tym, który idzie do komunii… I opowiadam tą jego historię, na przykład, że ten głośnik pojechał ze mną na plażę i tam mu zrobiłem zdjęcie. Ten głośnik był ze mną na Orlenie, pił kawę i też ma zdjęcie. To już jest jakaś historia. Coś już mnie z tym głośnikiem łączy. I jak spędzamy czas z tymi ludźmi w różnych miejscach w przeciągu kilku godzin, to już zgłębiamy historię. Wiadomo, że to jest jeden dzień tylko. Wybaczcie, to też jest ślizganie się po temacie, natomiast to jest na pewno lepsze niż te sto dwadzieścia osób – że mam tylko cyknąć, że on były, wzięły komunię, i git.  

W momencie takim, że ktoś Was zmusi siłą do tego, żeby zrobić komunię dla stu dwudziestu osób, to jedna taka rada. Ci ludzie, którzy są tymi klientami z tych stu dwudziestu osób czy sześćdziesięciu, dwudziestu, cokolwiek – jakakolwiek będzie to liczba – oni muszą mieć swojego rzecznika, z którym Wy negocjujecie. Niech będzie to na przykład katechetka, bo ona z reguły sprawuje władzę. Może za głębokie słowo. Ale, że tak powiem, opiekuje się tymi ludźmi. Niech ona nawet zbierze dla Was te środki, które chcecie, żeby ludzie Wam płacili za tę usługę. I niechże to będzie ustandaryzowana usługa. To znaczy, nie każdy indywidualnie będzie miał opcję do kupowania jakiś zdjęć czy jakiś albumów, czy czegokolwiek innego… Nie. Jak wchodzicie w coś takiego, to wszyscy muszą dostać to samo, zapłacić tyle samo i wtedy jedna osoba zbiera te pieniądze, wpłaca Wam i to najlepiej przed zleceniem. Zanim w ogóle się wybierzecie na takie zlecenie, to już musi być rozliczone i wtedy w ogóle nie ma żadnego problemu, bo te gotowe produkty dostarczacie do jednej osoby i wtedy ta osoba po prostu rozdystrybuuje na wszystkich klientów. Nie ma opcji, że ktoś tam ma jakieś uwagi czy ktoś chce coś negocjować po zleceniu. Wtedy się po prostu zapracowalibyście na śmierć. 

Wydaje mi się, że trzeba po prostu twarde warunki postawić. Dobrze – jeżeli jest takie zlecenie, to ja nie kręcę nosem. Przyjmę je, ale mam swoje warunki. Kiedy dochodzi do takiej możliwości negocjacji każdego klienta z Wami, to jest – mój Boże – sto dwadzieścia osób. Chcecie mieć z takim czymś do czynienia? Mam nadzieję, że nie i tego Wam nie życzę, żeby taka sytuacja kiedykolwiek nastąpiła.  

Marek pisze, że to powinna być raczej umowa z radą rodziców.  

Nie wiem, czy tam z radą rodziców… To jest temat do przemyślenia. Wydaje mi się, że po prostu niech Ci dorośli wybiorą sobie jedną osobę, która z Wami to załatwia, bo to jest nie do przejścia, żeby ogarnąć ich wszystkich.  

A propos tych produktów. Pamiętacie pewnie, jak chyba w szóstym odcinku Fleszem Po Oczach mówiłem o tym, że ja rezygnuję czy już zrezygnowałem jakiś czas temu z tych pendrive’ów. I wyobraźcie sobie taką sytuację, że też nie musicie każdemu nagrywać na płytę czy na pendrive tych zdjęć, tylko po prostu robicie jedną galerię zbiorczą albo poprzez Dropbox i te wszystkie pliki sobie ściągają, bo katechetka na przykład wysyła link tym wszystkim rodzicom. I git – i z głowy!  

Nawet jak to wycenić, że każdemu kopiujecie ten zestaw na pendrive’a? To są kolejne godziny, w których fotograf pracuje, a wydaje mi się, że większość fotografów nie bierze tego pod uwagę, wyceniając takie zlecenie. Tylko liczy na przykład „tutaj obróbka, tu jeszcze dojazd na miejsce i jeszcze tyle czasu spędzę na tym zleceniu, na tych sto dwadzieścia osób…”, a potem przecież czeka Was jeszcze nagrywanie tych wszystkich płyt, czy co tam sobie nagrywacie. Lepiej chyba przejść na nowoczesność i to wszystko przez chmurę wrzucić. 

O Dr5000 i marketingu podczas targów Film Foto Video 

Więc tak, były pytania – ostatnio też przyszły jakieś nowe. Zamiast na te pytania, odniosę się do poprzedniego odcinka. To była siódma część Fleszem Po Oczach, gdzie wspominałem o targach ślubnych. I tam Marta bodajże… Tak, Marta napisała, że jedna z firm bardzo mocno się wciskała ze swoim marketingiem przy okazji tych wykładów fotografów. Nie pamiętam kto z Was, ale ktoś jeszcze wtedy wspomniał o tym, jak Dr5000 zostało potraktowane przez organizatorów targów. To fajnie mi się splotło w jeden temat i chciałem o tym powiedzieć. 

Obejrzałem sobie i zacząłem dochodzić do tego, co się wiąże z tym Dr5000, bo ja nie znałem sprawy. Sprawdziłem na YouTube’ie, że jest filmik, w którym Rafał z Dr5000 mówi coś tam o tej sprawie z targami i link do tego wideo znajdziecie w opisie odcinka, więc nie będę Was do tego odsyłał – później sobie zobaczycie. Ale Rafał powiedział coś takiego, co później właśnie napisała też Marta, że z tych wykładów zrobiła się jakaś reklama marek. I nie wiem, czy się zgadzacie z tym czy nie.  

Napiszcie, czy się zgadzacie z tym, że fotografowie, którzy reklamują jakieś marki czy są związani z producentami sprzętu, tracą swoją wiarygodność jako autorytety tak zwane fotografii czy nie? Czy to jest dla Was okej czy nie? 

To jest też temat, myślę, do rozważenia. Może nie będę Wam opowiadał tego, co Rafał, bo bym Was zachęcał, żebyście obejrzeli ten filmik i wysłuchali tego, co on ma tam do powiedzenia. Wydaje mi się, że można też wysnuć taki wniosek, że fotograf, który reprezentuje pewną markę, nie mówi już swoich rzeczy, bo pewnych rzeczy nie może powiedzieć, tylko musi powiedzieć coś, co jest zgodne z polityką firmy producenta sprzętu czy czegokolwiek, z jaką jest związany. Nie wiem, jaki jest Wasz stosunek do fotografów, którzy swoją – powiem kolokwialnie – gębą firmują firmy? 

Dla mnie osobiście to nie jest nic strasznego. Jak ktoś ma kontrakt z takim Sony czy innym producentem sprzętu, to tylko respekt. To, że zauważa Was taka wielka firma i stara się pozyskać Was do współpracy, to jest super sprawa. Ja nie mówię, że ja zaraz bym chciał. Ale chodzi mi o to, że nie szedłbym tak daleko w takiej interpretacji, że cokolwiek, co będzie związane z tym, co mówi dany fotograf, będzie wizją firmy. To też oczywiście pewnie od kontraktu zależy – w kontrakcie się zawiera, że „nie będę krytykował za mocno Sony, bo coś tam…”. Nie wiem, czy tak wygląda. Oczywiście tak sobie teraz z głowy szyję. 

Wydaje mi się też, że to jest taki zarzut, że każdy jakąś tam markę reprezentuje. Jak widzicie ja reprezentuję markę Niezłych Aparatów, ale myślę, że nikt nie może mi zarzucić, że się sprzedałem, dlatego, że markę Niezłych Aparatów rozkręcam ja sam – czy też z Kasią – od samego początku. Nawet, jeżeli to będzie marka, które będzie warta milion czy też będzie generowała milion dochodu, to występując gdzieś na jakiejkolwiek konferencji czy targach Film Foto Video w Łodzi jako reprezentant Niezłych Aparatów, nie będę mógł dostać takiej opinii, że ja się sprzedałem albo to, co ja mówię nie jest koniecznie moim poglądem. Reprezentuję własną markę i ja jestem jej właścicielem, więc myślę, że tutaj jest pełna dowolność. 

Ale właśnie jak postrzegacie takich fotografów, którzy są zapraszani na takie eventy i mówią coś, ale są kojarzeni z pewną marką sprzętu? Czy to jest dla Was problem czy właściwie jest wszystko okej?  

Ja uważam, że nie wszyscy fotografowie, którzy reprezentują pewną markę zatracili ten swój głos. Nawet więcej powiem: większość tych, którzy reklamują jakieś tam marki czy sprzęt, to są ludzie, którzy mówią swoje rzeczy. Nie zauważyłem takiego czegoś, żeby ktoś powiedział… I to też nawet nie jest uwaga do Rafała z Dr5000, bo my się nawet nie znamy i ja nie chcę tu nikogo krytykować, tylko wydaje mi się, że takie mówienie o wszystkich, generalizowanie to jest też na wyrost. Ja rozumiem taką frustrację dotyczącą tej danej konkretnej sprawy – zresztą zobaczycie ten filmik, to zrozumiecie, ale nie szedłbym tak daleko.  

Marek już tutaj chyba jest dzisiaj najczęściej cytowanym czatowiczem przeze mnie, ale tutaj wspomina o wykładach Macieja i Ma-Me. Każde z nich, mimo że byli sponsorowani, mówili o produktach obiektywnie.  

To mam właśnie na myśli. Tutaj można, a właściwie nawet trzeba… Wydaje mi się, że w XXI wieku, jak chcesz nawet reklamować jakąś markę, to trzeba powiedzieć obiektywnie.  

Michał Warda, też niby jego wykład był sponsorowany przez Leica Camera i on powiedział, że Leica M9 to jest, kurczę, mega ciężki aparat do użytkowania – że się zacina i coś tam się z nim jeszcze dzieje i tak dalej. Wydaje mi się, że to nie jest stricte marketing, taka sprzedażowość. Myślę, że to była opinia obiektywna, co zresztą potwierdził mi pan Tomasz Tomaszewski, który powiedział mi, że jego najlepsze zdjęcie życia stracił, bo miał aparat Leica M9, która zamarzła czy coś tam się z nią stało, przestała działać. Tak że takie Wam tutaj smaczki może sprzedam. 

Michał: „u niektórych da się wyczuć, że słodzą, ale Malachite-Meadow czy Maciej Suwałowski, czy White Smoke kompletnie nie wyczułem takiego słodzenia markom”. 

Łukasz Brożek też… O, Łukasz akurat tak, jak Rafał z Dr5000, że jakiś fotograf za bardzo się tutaj podniecał aparatami Sony.  

Oczywiście. Ja mówię swoją opinię, ale też nie byłem na wszystkich wykładach, więc nie jest mi łatwo wyrazić taką opinię generalizując. Tylko właśnie przestrzegałbym przed wrzucaniem wszystkich do jednego wora, bo kilku fotografów, którzy mieli tam swoje prelekcje na targach Foto Video znam, widziałem nie jeden raz i wiem, że reprezentują pewne marki, ale to kompletnie nie ma nic wspólnego z tym, że jakoś tam mega słodzą. 

Michał pisze, że wydaje mu się, że fotograf nie traci wiarygodności w takiej sytuacji, że mu się odmawia. 

Tak, tak, ja wiem – ta sprawa Dr5000 to jest faktycznie dziwna. Jak ktoś chce zapłacić za możliwość zrobienia wykładu, to odmówienie mu na tej podstawie, że on nie ma stoiska, jest trochę dziwne. Więc albo DR-om radziłbym, żeby zrobili sobie dla beki jakieś takie stoisko za rok albo zrobili tak, jak kiedyś już robili, czyli wynajęcie tej sali naprzeciwko. To są dwa wyjścia. Absolutnie każdy jest panem w swoim domu – ktoś organizuje targi, może coś takiego zarządzić. Jednak faktycznie takie podejście do tego, że część edukacyjna, która wydaje mi się takim najmocniejszym elementem targów Film Foto Video, dużo traci, jeżeli się nie przyjmuje speakerów, którzy mogliby coś wnieść. Niekoniecznie reklamy sprzętu, ale mamy taką filozofię, że „tylko sprzęt może tutaj załatwić miejsce” i tak dalej w sali wykładowej, to jest też słabe.  

Wydaje mi się, że targi powinny się zastanowić i przemyśleć na przyszły rok, żeby też tacy niezależni speakerzy mogli się pojawiać. Tym bardziej, że to wiadomo, że oni nie będą w jakiś sposób krytykować producentów sprzętu, bo wszyscy od nich zależymy.  

Wasze pytania 

Jest pytanie: „Jak przełamać filtr klientów. Jak do nich dotrzeć? Masę pracy włożyłem w pozycjonowanie, dopieszczanie Instagrama, ale klientów nie widać. Nie ma ich tyle, żeby się utrzymać z fotografii, a to pochłania całą moją energię. Chcę rzucić etat, ale dopiero, jak będzie bezpiecznie. Czy masz jakąś radę?”. 

Czyli znowu wracamy do tego tematu, który się pojawił na początku tej audycji, czyli tej pracy na cały etat. Szczerze powiedziawszy, ja też nie mam pełnej wiedzy, jeżeli chodzi o Twoją sytuację, bo te pytania, które wysyłacie mi jako odbiorcy newslettera – czyli tam jest na końcu taki link do formularza z pytaniami – robicie to anonimowo. Ja też nie mam możliwości wejścia na stronę akurat tego fotografa, który przysłał mi to pytanie, żeby sobie zanalizować, przeczytać teksty, zobaczyć, jakie zdjęcia na tym Instagramie. Bo łatwo napisać „dopieszczam Instagram”, ale na przykład robię to raz w miesiącu. Nie jestem aktywny, nie komentuję innych profili i tak dalej. Albo na przykład raz na rok wrzucam coś na Fejsa i uważam, że jest to bardzo dużo pracy, albo na przykład mam jakiś tekst na stronie, ale one są na przykład nieczytelne, nie angażują, nie łapią tej uwagi, czyli nie mają takiego wstępu, o którym mówiłem Wam na początku tej audycji. Ciężko mi jest teoretyzować. 

W związku z tym dla takich osób, którym nie mogę pomóc tak przez internet, zapraszam – jest opcja na stronie NiezleAparaty.pl – można kliknąć sobie w taką zakładkę Konsultacje albo po prostu wejść na sklep.niezleaparaty.pl i tam jest taka opcja konsultacji. To są godzinne rozmowy, które przeprowadzam z fotografami. Jak szukacie opinii akurat na temat tych konsultacji, to znajdziecie je na Facebookowym koncie Niezłych Aparatów. Tam jest kilka opinii osób, które już były na takich konsultacjach godzinnych.  

Tak na dobrą sprawę wydaje się, że w godzinę nie można poruszyć wielu rzeczy. Ale godzina to jest mnóstwo czasu, żebym mógł Wam dać takie konkretne uwagi, które będą dostosowane tylko do Was – do Waszej strony, do tego, jak układacie zdjęcia na blogu, do tego, jak piszecie na tym swoim blogu czy do tych wszystkich sekcji, które macie na stronie.  

Czasami jest tak, że może nawet strona jest w miarę okej, ale ona nie konwertuje, bo coś tam. Jest jakiś powód, dla którego klienci nie zgłaszają się do Was w takiej ilości, jak byście chcieli. Wydaje mi się, że akurat odnośnie tego konkretnego pytania musiałbym zerknąć na Waszą stronę czy prześledzić całą Waszą, czy Twoją – tego fotografa, który pisze – obecność online, żeby po prostu zobaczyć, co tu nie gra, co możesz usprawnić, żeby ten UX, czyli ten user experience, był lepszy. Żeby on sprawiał, że ludzie piszą do tego fotografa. Tak że od tego pytania się uchylam. Zapraszam tylko na konsultacje dlatego, że to wymaga chyba większej analizy.  

Oczywiście wiadomo, że to wszystko robisz dobrze, czyli dbasz o pozycjonowanie… Oczywiście też musiałbym wiedzieć, z jakim efektem – jaki jest to ruch, ile unikalnych odsłon masz w miesiącu, na jakie hasła Cię znajdują? Sam fakt, że ktoś Cię znajduje to jeszcze nie znaczy, że to jest akurat klient, który szuka. Być może znajdują Twoją stronę fotografowie. W moim przypadku, jak zacząłem się bawić w pozycjonowanie, to zacząłem zauważać, że moją stronę raczej łatwiej znaleźć na takie zapytania, które interesują fotografów niż takie, które faktycznie wpisują pary młode. To też trzeba by przeanalizować. I nie jestem w stanie w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie, więc przejdę do kolejnego pytania od Was.  

Takie dziwne by się wydawało pytanie: „Czy jest sens działać z perspektywą, że za dziesięć lat nasi klienci nie będą nas rozumieć, bo będziemy za starzy?”. I to jest pytanie, które budzi we mnie oczywiście wielką sympatię, bo akurat tutaj wiem, kto pytał i bardzo lubię tę osobę. 

Szczerze powiedziawszy, odpowiadam tak: to wszystko zależy, na ile lat się czujemy. Teraz, zauważcie, że wszyscy łącznie z naszymi rodzicami czy dziadkami cofnęli się w tym takim procesie starzenia o dziesięć lat wstecz. Kto by powiedział, że mój dziadek będzie miał jakiegoś, powiedzmy, tableta albo że będzie do mnie dzwonił na WhatsAppie przez swój smartfon? To jest dla mnie szok. Albo, że mnie doda do znajomych na Facebooku…  

Wyobraźcie sobie, jak wyglądał na przykład ojciec Waszego dziadka będąc w tym samym wieku. To po prostu jest niebo a ziemia. Ja patrzę na moją mamę, która chodzi na siłownię, biega, zajmuje się różnymi rzeczami. Też ostatnio rozkminiała jakiś nowy telefon. Jak ja sobie przypomnę, jak pamiętam moją babcię w tym samym wieku, to już mi się wydawało, że to już jest taka starsza osoba, która już nie za bardzo jest sprawna i tak dalej. Wydaje mi się, że z nami wszystkimi się tak dzieje.  

Jeżeli jesteście teraz koło trzydziestki albo koło czterdziestki, to tak jakbyście mieli odpowiednio dwadzieścia albo trzydzieści lat tak na dobrą sprawę, bo tak się zachowujecie. Wasi rodzice w tym samym wieku byli już o wiele bardziej poważni i tak dalej. A my wszyscy siedzimy w tym necie, robimy jakieś różne dziwne rzeczy, gadamy do ludzi przez YouTube. Ja jestem na przykład sam w tym biurze i gadam do jakiejś kamerki – kurczę, historia nie z tej ziemi. Gdyby mój ojciec na przykład przeniósł się w czasie w przyszłość i by tutaj sobie siadł na krzesełku, i patrzył tu na mnie… „Co ten mój syn w ogóle gada do jakiś ludzie? Tam są jacyś ludzie? Zostawiają jakieś łapki w górę? To jest jakiś szok”.  

Nawet zaraz zerknę, bo pewnie zostawiacie jakieś łapki w górę. Wydaje mi się, że część osób polubiła tę transmisję, więc mam nadzieję, że jakieś łapki w górę będą.  

„Hej Jacek! Mam takie pytanko a zarazem rozkminkę – jak działać w kwestii, kiedy na przykład mamy ważne wydarzenie w naszym życiu, ktoś bliski bierze ślub i tak dalej, a my wtedy robimy zdjęcia parze, która bardzo na nas liczy lub nie wiemy, że będzie to ślub, który koniecznie chcemy sfotografować. Czy miałeś taki przypadek, że musiałeś zrezygnować ze swoich klientów czy może olać bliskich i robić swoje? Zdaję sobie sprawę, że są tu sprawy ważne i ważniejsze, ale pewnie są osoby, dla których trudniej jest odmówić zlecenia parze młodej niż pójścia na wesela, na którym mamy się bawić”.  

Dobra, to pytanie to bym chyba rozbił na części. Ustalmy sobie, że jestem fotografem i wszyscy w mojej rodzinie oczywiście wiedzą, że jestem fotografem. Jeżeli zależy nam na tym, żeby ktokolwiek w świecie wiedział, że ja jestem fotografem – że ktoś mnie wynajmuje na ślub, to zaczynamy od rodziny. Mówimy: „Hej, zobaczcie – moja stronka. Zobaczcie, zostałem fotografem”. I po miesiącu gwarantuję Wam, że już wszyscy w Waszej rodzinie będą wiedzieli, że jesteście fotografami. Jeżeli ślubnymi, to ślubnymi, a jeżeli jakimś innym fotografem z Allegro, to będę wiedzieli, że jesteście z Allegro.  

W każdym razie chodzi mi o to, że w mojej rodzinie wszyscy wiedzieli od dawna, że ja robię zdjęcia na ślubach, w związku z tym mam pozajmowane terminy te typowo ślubne i jak ktoś planował swój ślub, swoje wesele, to on z reguły zaczynał od telefonu do mnie: „Słuchaj, czy masz wolny termin, bo byśmy chcieli…” – czy tam znajomi na przykład – „…byśmy chcieli nie tyle, żebyś ty nam zrobił zdjęcia, ale żebyś był. Powiedz, czy masz taką a taką datę wolną?”. I jeżeli miałem wolną, to mówiłem, że jest wolna i wtedy zapisywałem jako zajętą dla klientów. Jeżeli mamy taką sytuację, jak ta z tego pytania, że jest już umowa i zgłasza się, powiedzmy, kuzyn czy ktokolwiek inny z rodziny i mówi „słuchaj, w tym terminie organizuję wesele”, to ja bym powiedział: „Nie no, skandal, tak nie może być – ja chcę być na twoim ślubie, ale mam już zajętą datę. Może ustalmy jakąś inną datę dla tego wesela?”.  

Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, w której ja mam umowę, a ktoś z najbliższych się zgłasza i mówi „słuchaj, ja tutaj organizuję wesele, chciałbym, żebyś był” i ja zrezygnuję ze zlecenia, które już mam podpisane. Nie wiem, czy coś takiego Wam się zdarzyło, ale ja sobie osobiście nie wyobrażam takiej sytuacji, że zrywam umowę z kimś z takiego powodu, że ktoś tam ma wesele. Nie, nie… Jeżeli już w kontrakcie jest napisana data, po prostu sztywno, jak w marmurze wyryta, to ja to właśnie tak traktuję. Ta umowa jest dla mnie wiążąca. Nic nie jestem w stanie poradzić i nawet, jeżeli ktoś z mojej rodziny powiedziałby „nie, niestety nie możemy, bo też już mamy datę zaklepaną”, to bym się prędzej obraził na tę osobę z mojej rodziny niż zerwał kontrakt z moim klientem. Dla mnie to jest święte słowo. Wydaje mi się, że jeżeli fotograf zrywa umowę z jakiegokolwiek powodu tego kalibru, to jest już jego koniec. Nie wróżę tej osobie dużo, tym bardziej, jeżeli wybiera zabawę nad takie obowiązki już wcześniej zaklepane w kontrakcie.  

Nie wiem, czy Wam się zdarzyło mieć takiego typu dylemat wcześniej? Uczulałbym Was do tego, że jeżeli zobowiązujecie się do tego, że „obiecuję, będę w tym dniu”, to przecież częściowym składnikiem wysokiej ceny za zdjęcia ślubne jest właśnie to, że my właśnie zobowiązujemy się, że w tym danym konkretnym dniu, nawet jakby się waliło, paliło, to nie ma opcji, ja muszę tam być. 

Są wypadki losowe, typu ktoś trafi do szpitala, ale o tym nie mówimy, bo to jest naturalne. Wiadomo, że fajnie jest budować też sobie taką sieć kontaktów wśród fotografów, żeby wiedzieć, do kogo zadzwonić, gdy w ostatniej chwili coś tam się dzieje. 

W zeszłym roku był taki przypadek… Jedna z pań fotograf ze Śląska – nie będę wymieniał po imieniu – ale taka moja dobra znajoma, miała taki przypadek, że po prostu coś tam jej ze zdrowiem zaszwankowało i fotografowie jedni drugich powiadomili i ktoś pojechał za nią na to wesele. To jest zarąbiste. Na nas ciąży bardzo duża odpowiedzialność. Wyobraźcie sobie, ktoś planuje ślub i nagle puff – nie ma fotografa, gdzie już jest umowa i wszystko załatwione.  

To są takie sytuacje typu właśnie ślub czy coś, czy komuś tam się dziecko rodzi i musi jechać do szpitala z żoną. To są sytuacje, w których, okej, każdy zrozumie, ale pewnego rodzaju obowiązek znalezienia zastępstwa jest po stronie fotografa. Ale jeżeli mamy taką sytuację, że ktoś po prostu dostaje zaproszenie od znajomego na wesele, to sorry. W tym momencie to już jest przegięcie. Jakby ktoś wybrał ślub znajomego nad umowę, którą ma podpisaną… Nie wyobrażam sobie szczerze mówiąc. 

Matiz pisze, że „bardzo motywujące to, co mówisz – miło posłuchać”. I dzięki. O to chodzi. Wydaje mi się, że to jest też część filozofii tego kanału, żeby to było motywujące. Jak ktoś potrzebuje właśnie takiej motywacji, to niech da suba i będzie dostawał takie informacje.  

Przemek pisze, że klonowanie pomaga. Czyli można się sklonować… W pewien sposób można, bo jeżeli na przykład macie kogoś – już działacie na rynku jakiś czas i macie kogoś, kogo chcecie wyszkolić, żeby fotografował dokładnie w tym samym stylu, w tej samej estetyce, co Wy, to wydaje mi się, że to będzie pewnego rodzaju klonowanie. Ale niechże to będzie też w umowach, które podpisuje Wasza firma z klientami wyszczególnione, że na przykład będzie jeden z fotografów z danego studia albo że to będzie konkretna osoba, ale nie Wy. Jeżeli jesteście jednoosobową firmą, czyli jednoosobową działalnością gospodarczą i ktoś z Tobą konkretnie podpisuje umowę, to nie ma opcji, żeby wysłać jakiegoś Ździsia na swoje miejsce. No nie ma! Przykro mi. Takie coś by spowodowało, że ci niezadowoleni klienci, o których ja mówiłem na początku tego naszego spotkania mieliby absolutną rację i mogliby Cię pogrążyć, jeżeli wybierzesz właśnie taką opcję, że „idę się bawić” zamiast zrobić zlecenie. (Podobnie jak zaniedbanie firmy fotograficznej z innego powodu)

Paulina pisze, że „gorzej, jak proszą cię o bycie fotografem i zapraszają twoją żoną, i liczą na to, że zgodzisz się robić zdjęcia i jednocześnie będziesz się bawił”. Wow. Paulina, właśnie przypomniałaś mi – miałem o tym powiedzieć. Miałem to nawet zapisane, ale te spotkania na żywo sprawiają, że mam nieogar w głowie lekki albo jakiś tam słowotok i to mnie myślami gdzieś odciąga. 

Miałem właśnie wspomnieć o tym, że mamy czasem do czynienia z takimi zapytaniami, że „hej, to przyjdziesz, a będziesz mieć aparat?”. Na coś takiego, to ja bym się nie pisał. No chyba, że ktoś jest na takim etapie, że dopiero buduje portfolio i potrzebuje zrobić taką historię, ale wtedy niech się nie nastawia, że się bardzo jakoś wielce pobawi. Chyba, że ma taką opcję, że umówi się, że „dobra, ja wam zrobię zdjęcie od przygotowań do pierwszego tańca, ale potem już luz” i jest jakaś tam sztosik zabawa zamiast fotografowania. Jeżeli ktoś się nastawia na to, że będzie robił zdjęcia i będzie się bawił, to to jest niemożliwe. Absolutnie wykluczone. 

Ja miałem nawet taką historię, że pojechaliśmy… Mieliśmy wtedy dwójkę dzieci. Pojechaliśmy z Kasią do znajomych na wesele i wziąłem sobie aparat, ale z taką myślą, że zrobię tylko moim dziewczynom. Poszliśmy sobie na spacer, zrobiłem im zdjęcie i tak dalej, jak tańczyły na parkiecie. Czułem, że jakbym zaraz się wkręcił, to bym mógł całe wesele im sfotografować. Więc tutaj też Was uczulam, że pod takim pozorem „o, tylko sobie wezmę zdjęcia porobię dzieciom” to lepiej właśnie wziąć jakiś mniejszy aparat. Ja wtedy akurat wziąłem lustrzankę, nie miałem nic mniejszego. I miałem właśnie tak, że „to może zrobię jeszcze dekoracje” i tak dalej… Ale nie! Na szczęście sam siebie upilnowałem. Ale takich deali ze znajomymi bym nie robił. Tak jak Paulina pisze – to nie działa. 

Tutaj jeszcze Paulina pisze, że „po odmówieniu zlecenia tacy znajomi czasem nagle zapominają o twoim istnieniu i nawet jako gość już nie jesteś uwzględniony”. No i dobrze… To tak, jak z niektórymi klientami. Okazuje się, że ktoś tam mówi, że „coś nie pasuje mi twojej ofercie” i tak dalej, „może byś obniżył ceny?”. To nie są nasi klienci. Tak samo, jak ktoś liczy na to, że im za darmo zrobimy jakieś zdjęcia, bo jesteśmy ich znajomymi, a potem po odmowie okazuje się, że nie jesteśmy ich znajomymi, to tak naprawdę świadczy tylko o tym, że tak na dobrą sprawę nigdy nie byliśmy znajomymi. Tak że nie liczyłbym na tego typu znajomości, że one będą trwać dlatego, że zrobicie im zdjęcia. 

Moi drodzy, to chyba wszystko, co chciałem Wam dzisiaj powiedzieć. Dzięki serdeczne! Widzimy się oczywiście za tydzień. Nie powiem Wam, o której konkretnie godzinie i w który konkretnie dzień, dlatego warto subskrybować i wtedy dostaniecie powiadomienie o takim kolejnym spotkaniu. 

Dzięki serdeczne za uwagę. Trzymajcie się. Hej! 

Leave A

Comment