Podobno musisz odpisać niemal natychmiast, gdy klient wyśle Ci zapytanie o ofertę? Wszystko po to by sprawić jak najlepsze wrażenie… Jednak czy myślałeś o tym ile czasu zajmuje podjęcie decyzji o wyborze fotografa? O tym dziś w audycji Fleszem po oczach.

Fleszem po oczach – audycja powstała jako odpowiedź na pytania odbiorców newslettera dla fotografów.

Stan fotografii ślubnej w 2018, jest wyrównany poziom, spadły średnie stawki za dobre zdjęcia. Ogólnie ceny podskoczyły ale średnio za zdjęcia dobrej jakości płaci się dziś taniej.

Zapis odcinka:

Podatki fotografów

Aparat dla fotografa ślubnego. Lustrzanka czy bezlusterkowiec? Plusy lustrzanki dla mnie (idealna na sesję, wolno się nią pracuje, ale ma bokeh jak trzeba).

O czym rozmawiać z parą na sesji? Czy modele się nudzą? Jak rozbić ich niepewność, ankieta przed sesją, chodzi o to by poznać tych ludzi przed sesją, ze znajomymi wiadomo o czym rozmawiać, z przypadkowymi ludźmi nie bardzo, szerzej o tym jak to działa na warsztatach.

O fotografowaniu chrztu zapomniałem powiedzieć ostatnio. Temat w zasadzie jest drugorzędny, trzeba mieć takie samo nastawienie do wszelkiego rodzaju zdjęć – rozbudzić w sobie pasję odkrywcy, tego który chce się czegoś przez fotografię dowiedzieć, o tyle to jest lepsze niż fotografia prasowa (która z góry ma udowadniać wcześniej założoną tezę)

Fomo – jak działa w moim przypadku, sprawdzam pocztę dwadzieścia razy i nikomu nie odpisuję, tworzą się zaległości, jak mam dwa sloty czasowe, że się loguję to muszę ogarnąć wszystko co tam jest, mam większą motywację do tego by to zrobić bo ten temat nie męczy mnie w ciągu dnia, jak klient nie dostanie odpowiedzi natychmiast to nic mu się nie stanie.

Pytania od odbiorców newslettera:

Jak znalazłeś swoje pierwsze wesele? Jak zdobyć pracę jak się nie ma portfolio? 

Kurs liturgiczny – czy robiłeś, czy miałeś kiedyś sprawdzaną odznakę?

Pytanie do fotografów ślubnych – jakie macie spostrzeżenia odnośnie ilości wejść na wasze strony www? Więcej jest z komórek czy komputerów?

– Marka własna czy osobna nazwa dla firmy fotograficznej, co lepsze?

Marka własna a nazwy typu xyPhoto zalety i wady. Łatwiej kojarzymy twarz niż logo czy nazwę. Poza tym jak mam zapamiętać nazwę własną firmy fotograficznej i do tego imię i nazwisko fotografa to już mi się robi sporo rzeczy do spamiętania. Marka osobista jest inwestycją długoterminową, bo potem niezależnie od tego czym się zajmiesz w życiu to masz już swoje nazwisko, które idzie tam razem z tobą. Jeśli jednak ma to być firma większa, zatrudniająca inne osoby, fotografów etc to lepiej pojechać z czymś co będzie wychodziło poza skojarzenie z pojedynczą osobą.

– Na jakich portalach się reklamować?

#9 FOTOGRAFIA ŚLUBNA 2018, PODATKI, LUSTRZANKA CZY BEZLUSTERKOWIEC? 

Cześć! Podobno kiedy rośnie poziom zdjęć, które robisz, możesz uzyskać wyższe stawki za swoje usługi. Czy zawsze tak jest? Między innymi o tym dziś w audycji Fleszem Po Oczach. 

Jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy, przemyśl sobie czy nie warto zasubskrybować tego kanału, dlatego że treści, które tutaj poruszam są związane z fotografią i z takim biznesowym aspektem bycia fotografem. 

Ponadto dzisiaj w audycji pomówimy też o takim syndromie, który przeszkadza fotografom w pracy. Pomówimy trochę o podatkach, które fotograf musi płacić – o ile musi. Odpowiem też na Wasze pytania odnośnie ostatnich moich newsletterów. 

Przypominam, że ta audycja powstała niejako w nawiązaniu do pytań, które wysyłacie mi jako odpowiedzi na mojego newslettera Fleszem Po Oczach, więc do tego też się nie odniosę. Ale najpierw pozwólcie, że zajmę się takim tematem, który jest związany z natychmiastowymi odpowiedziami. 

Czy fotograf musi natychmiast odpowiadać klientom? 

Podobno jest tak, że jeżeli klient do Was pisze o ofertę, to musicie od razu mu odpowiedzieć. Czy tak jest? To musicie zastanowić się nad tym, ile czasu klient poświęca na to, żeby wybrać fotografa na swój ślub czy wybrać fotografa na swoją sesję. To jest proces, który trwa jakiś czas i niewątpliwie to nie jest tak, że jakiś klient, który napisze do danego fotografa oczekuje tej odpowiedzi natychmiast. A często jest tak – ja to mówiłem już chyba w szóstym odcinku Fleszem Po Oczach – że nam się wydaje, że musimy od razu po prostu biec, rzucać wszystko to, co robimy, czyli porzucić moment obróbki i zająć się po prostu odpisywaniem na te wiadomości.  

Wydaje mi się, że jak będziecie chcieli prowadzić taki biznes, który rzeczywiście będzie szanowany przez klientów… Ten temat szacunku do fotografii jeszcze powróci w dzisiejszej audycji. Jeżeli chcecie żeby klienci zyskali taki właśnie szacun dla Was jako fotografów, to takie podejście, że sprawdzam maila dwa razy dziennie, jest super.  

Powiem Wam, że od jakiegoś czasu właśnie zacząłem to stosować, że tylko i wyłącznie pozwalam sobie zalogować się na pocztę dwa razy dziennie i przez to na przykład mam czystą głowę przez cały dzień. Nie chodzę, nie sprawdzam na telefonie, czy jest jakiś mail, bo być może będę musiał za chwilę odpisać. Po prostu rano loguję się na skrzynkę pocztową. Sprawdzam wszystkie maile. Odpisuję. I to samo robię wieczorem, czyli mam takie dwie rundy.  

Jak chodziłem i sprawdzałem w ciągu dnia na komórce moje maile, to było tak, że „aha, dobra, ktoś napisał”, to pyk i na później sobie odkładałem. I przez kilka dni czasami zdarzało się, że nie odpisywałem. Założyłem, że jest większa samodyscyplina, kiedy siadasz na krześle przed komputerem, patrzysz – okej, jest dziesięć maili czy dwadzieścia do odpisania, muszę to wszystko zrobić. Cyk, wyłączam pocztę, bo wiem, że już nie będę się logował. A taka perspektywa sprawdzania cały czas tych wiadomości, które przychodzą od klientów, to jest takie coś, że „dobra, to odpiszę za chwilę, odpiszę o trzeciej, o piątej…” i tak dalej. Przesuwa się to i nigdy nie dochodzi do tego… To znaczy nie nigdy, ale większość tych maili zostaje odłożona na późniejszy termin.  

Wiem, że są sprawy ważne i są sprawy takie, które wymagają odpowiedzi natychmiast, to wtedy się człowiek mobilizuje, ale wierzcie mi, że złapanie takiego dystansu od tego uzależnienia od skrzynki pocztowej pozwoli Wam na to, że też klienci będą z respektem patrzyli na to. 

Nawet na przykładzie produktu – fotograf jest produktem. Wiem, że nie jest, bo jest usługodawcą, ale wyobraźmy sobie, że jest produktem. I mamy taką zasadę, że produkty, które są niedostępne lub trudniej dostępne są bardziej pożądane przez klientów. Wydaje mi się, że tworzenie takiej atmosfery wokół tego, że jesteś poważnym fotografem i odpisujesz tylko w danych godzinach jest sprawianiem tego, że klienci zaczynają myśleć „kurczę, no to jest poważna firma”.  

Nie chodzi mi tutaj o to, żeby napisać na swojej stronie FAQ, że odpowiadam tylko w tych godzinach, ale żeby po prostu to robić, bez żadnego informowania. Nie chodzi o to, żeby jakoś przeciągać ten proces odpisywania, tylko żeby klienci zobaczyli, że napisali do Was i odpowiedź jest w ciągu dwudziestu czterech godzin na ich skrzynce. Natomiast nie jest to tak, że natychmiast.  

Czasem klienci mają też coś takiego, że wyczuwają w pewien sposób determinację usługodawców, którzy chcą bardzo zdobyć to zlecenie i odpisują zaraz, za trzy sekundy. To też jest podejrzane. Wtedy klient sobie myśli „kurczę, to ten fotograf ma jakąś robotę czy nie ma roboty, że tak się rzuca, jak pies na mięso na to zlecenie?”. Możecie sobie to przemyśleć. 

Rozmowa z księdzem o podcaście 

W ogóle to tak sobie pomyślałem, że podzielę się z Wami pewną refleksją, dlatego, że rozmawiałem ostatnio z księdzem z naszej parafii i on powiedział, że podobno za smutny jestem, jak prowadzę te audycje. Jakoś tak mu się zdarzyło, że oglądał Fleszem Po Oczach. No i postanowiłem się trochę więcej uśmiechać. 

Ale w tej rozmowie nie było najśmieszniejsze to, że on powiedział, że ja się nie uśmiecham, natomiast to, co on użył wobec Was – powiedział „o, ty masz tylu fanów w internecie”. A ja powiedziałem, że właśnie nie traktuję ten naszej społeczności mikro na tym kanale jako gospodarz, wielka gwiazda i fani. Uważam, że to jest spotkanie ze znajomymi i super widzieć Wasze twarze. Oczywiście to są tylko nicki w internecie, ale te osoby, które już spotkałem w świecie rzeczywistym to te sobie wyobrażam, że tutaj siedzicie i do Was gadam.  

Uważam, że na przykład teraz jest długi weekend – powinni wszyscy odpoczywać albo robić zlecenia związane ze ślubami czy też z sesjami. A ja tutaj przychodzę specjalnie do biura na to spotkanie i moja żona mówiła, że „powinieneś zrobić sobie wolne”. Ja stwierdziłem, że nie, bo obiecałem Wam, że będzie spotkanie co tydzień i wobec tego po prostu nie mogę zawieść znajomych, więc here I am. Spotykamy się tutaj.  

Stan fotografii ślubnej w 2018 roku 

No dobra, to przejdźmy do tych wszystkich tematów, które zaplanowałem. Tak jak mówiłem, pomówimy teraz o stanie fotografii ślubnej w 2018 roku. Zauważyłem pewną tendencję. Nie wiem, czy ona jest niepokojąca, natomiast jest ciekawa. Warto się nad tym zastanowić.  

Poprzez dostępność warsztatów i konferencji dla fotografów, wydaje mi się, że ten poziom zdjęć, który oferują fotografowie ślubni w ostatnich latach bardzo się podniósł. Ale tak, jak było mówione na wstępie, że im wyższy poziom ktoś reprezentuje, tym wyższe stawki może sobie zażyczyć za swoje usługi, tak ze wzrostem poziomu zdjęć stało się coś takiego, że obniżyła się średnia cena za zdjęcia, które są akceptowalne – które są na bardzo dobrym poziomie technicznym. 

Zauważyłem, że kiedyś, gdy ja zaczynałem, to takie zdjęcia, które teraz można normalnie sobie zamówić za 3000 zł, to kiedyś poniżej 5000 zł nie mogłeś znaleźć takiego fotografa, który oferuje coś takiego. Stała się rzecz bardzo dziwna. Poziom poszedł do góry, a średnie stawki spadły. Widać to nawet na przykładzie różnych fotografów, którzy kiedyś mieli bardzo wysokie stawki, a teraz oscylują o 1000-2000 zł niżej. Nie wiem, czy to będzie postępować czy to jest takie wahnięcie tymczasowe. Nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, ale wydaje mi się, że dla klientów, którzy szukają fotografa ślubnej to, okej, nazwisko się liczy. Też liczy się ta renoma, którą ma dany fotograf, ale klienci sprawdzając zdjęcia, które w internecie wyglądają podobnie – wszyscy mamy strony ogarnięte podobnie, ten branding jest mniej więcej zbliżony… I kiedy klient widzi ofertę za 3000 zł, a ofertę za 6000 zł, dla niego nie jest łatwo rozstrzygnąć, czy fotograf droższy jest rzeczywiście wart tej ceny i w konsekwencji większość par decyduje się na tych fotografów za 3000 zł. To jest coś, co się dzieje w 2018 roku.  

Mam wrażenie, że to się zaczęło jeszcze troszeczkę wcześniej, ale jest teraz bardziej widoczne. Nie wiem, czy Wy też dostrzegacie to w zapytaniach klientów? 

Nie wiem, na jakich półkach cenowych w tej chwili siedzicie. Jeżeli ktoś jest odważny, chce się podzielić tym wokół jakiej mniej więcej kwoty oscyluje za reportaż ślubny, to możecie napisać na czacie. To nie chodzi o to, żeby oceniać siebie nawzajem, że ktoś bierze 2500 zł, a ktoś bierze 4000 zł i słucha tej audycji. Ja bym bardzo chciał, żeby wszyscy, którzy tutaj się zgromadzili przy tych radioodbiornikach czy odbiornikach internetowych mieli w głowie taki cel, że my się chcemy wszyscy rozwijać. Czyli chcemy dążyć do tego, żeby wejść na wyższą półkę. Już Wam mówię dlaczego. 

Kiedy zaczynałem i przechodziłem takie różne półki cenowe, to zauważyłem, że tak naprawdę najtrudniej jest rywalizować na tych niższych pułapach, dlatego, że usługodawców, którzy dostarczają zdjęcia na tym pułapie 2000 zł… Powiedzmy od 1500 do 3000 zł jest po prostu cała masa. Potem im wyżej jesteście w hierarchii, czyli im wyższe macie stawki, tym konkurencja się trochę zmniejsza. Oczywiście wszystko to jest też związane z tymi klientami, których chcecie upolować, tak w cudzysłowie mówiąc. Natomiast wydaje mi się, że łatwiej jest podpisywać umowy właśnie przekraczając jakąś półkę cenową. I jeżeli ktoś z Was już skoczył z jednej półki cenowej do drugiej, to jestem bardzo ciekaw takich opinii, czy jest łatwiej czy jest trudniej. Wydaje mi się, że przynajmniej mi najtrudniej było podpisać umowę między 2000 zł a 3500 zł za reportaż ślubny. Tam po prostu było tak dużo firm nagromadzonych w tym segmencie rynku, że klient sobie po prostu kręcił nosem, wybierał nie wiadomo co, cuda na kiju i tym klientom było też trochę bardziej obojętnie kogo biorą. Ważna była ta cena, ewentualnie jeszcze nawet rabat i w tym przedziale oscylowały te pary.  

W związku z tym, kiedy przekroczyłem te 3500 zł, stwierdziłem, że „wow, ale ekstra”. Tam klienci są troszkę bardziej wymagający – oczywiście. Te zdjęcia muszą też być troszeczkę lepsze. Wiadomo, że ten produkt całościowy musi być lepszy i to całe doświadczenie, które jest związane z Waszymi zdjęciami i z przebywaniem z Wami jako z fotografami musi być o wiele korzystniejsze dla takich par. Ale wydaje mi się, że łatwiej mi się porozumiewać z tymi ludźmi, którzy biorą właśnie te droższe oferty.  

Nie wiem, jak Wasze doświadczenia, ale ja rekomenduję tutaj, żeby się rozwijać, żeby starać się wejść na wyższe półki. 

Pewien syndrom możecie też zaobserwować w Waszej firmie. Jeżeli jesteście na jakimś przedziale cenowym i tych zleceń jest tak dużo, że się nie wyrabiacie albo uważacie, że powinno być ich troszeczkę mniej, to znaczy, że jesteście za tani. I to jest na pewno słowo, które powoduje w ludziach takie uczucie, że: „Co ten typ z internetu w ogóle gada? Co on sobie wyobraża? Jak może mówić, że ja jestem za tani?”. No ale jeżeli przekraczasz trzydzieści wesel w roku, to znaczy, że masz za tanio.  

Spróbuj sobie takiej taktyki, którą ja rekomenduję, czyli co kilka umów podnieść sobie nawet o 100 zł. Jak jesteś chicken, to sobie podpisz trzy umowy i następną, czwartą, zaproponuj o stówę wyżej. Zobaczysz, że Twoja oferta pójdzie naprawdę do góry w szybkim czasie, jeżeli będziesz tak konsekwentnie podchodzić do tematu. 

Zaplanowałem sobie chyba takie cztery tematy. Ten pierwszy właśnie o stanie fotografii ślubnej, to może się zgadzacie, a może nie, ale jest taki trend, że fotografowie obniżają troszeczkę ceny, dlatego, że ten poziom jest wyrównany i te zdjęcia dobre można w tej chwili bardzo tanio nabyć.  

Podatki w biznesie fotograficznym 

Drugi z takich tematów, które sobie zapisałem, żeby z Wami poruszyć, jest temat podatków. Nudy kompletne. Teraz widzę, że oglądalność pikuje i wszyscy wyłączają, bo będzie o podatkach. Postaram się szybko i w miarę prosto. 

To oczywiście dotyczy tej sytuacji, którą mamy w Polsce. Niekoniecznie w Anglii. Wiem, że są osoby z Anglii, na przykład Konrad, oglądające Fleszem Po Oczach. Natomiast w Polsce mamy taką dziwną sytuację, że musimy prowadzić jednoosobowe działalności gospodarcze. No niektórzy fotografowie stosują tę kartę podatkową, co też jest jakąś tam, powiedzmy, kombinacją alpejską. Ja do tej pory nie rozgryzłem tego. Nie interesowałem się nawet w sumie tym tematem. 

Jak chodzi o działalności gospodarcze, to tam pojawia się taki temat jak ZUS. I wiele osób to boli. Nie mówię o tym, że to jest temat, który wykańcza firmy. Oczywiście są takie firmy, które potrzebują troszeczkę więcej czasu na taki rozruch, żeby urosnąć i zgromadzić te środki, żeby było ich stać, żeby ten 1000 zł miesięcznie odprowadzać na jakąś piramidę finansową. 

I są na przykład w internecie takie opinie, że jak biznes Ci się nie kalkuluje na tyle, że nie możesz odłożyć tego tysiąca na ZUS, to w ogóle, co to jest za biznes. A ja się oczywiście z tym nie zgadzam dlatego, że fotograf, jak mało który zawód, wymaga ciągłego inwestowania w sprzęt, w oprogramowanie, komputer się cały czas psuje i tak dalej. Tego typu inwestycje są związane też z monitorami i tak dalej. To nie jest tak, że biznes się nie kalkuluje, tylko Ty te pieniądze, te 12000 zł czy 14000 zł rocznie mógłbyś czy mogłabyś zainwestować w nowy obiektyw, nowy aparat i tego typu sprawy, a nie odprowadzać je na jakąś instytucję, która sama z siebie nie ma pieniędzy. I wiem, że się zaraz głosy podniosą, że musimy płacić, bo emeryci by nie mieli z czego żyć. Ale słuchajcie, to jest jedna wielka ściema, że nam mówią, że my odkładamy na swoją emeryturę. My nie odkładamy na żadną swoją emeryturę, tylko my odkładamy na to, co jest w tej chwili. Czyli gdyby nie było tych wszystkich urzędników, to moglibyśmy płacić na tych starszych ludzi i zaoszczędzone pieniądze moglibyśmy inwestować w swoje rzeczy, w swoją własną przyszłość.  

Jeżeli macie coś takiego, jak ja… Jak urodziła się moja druga córka pomyślałem sobie, że dobra, nie będę frajerem, muszę się zainteresować, jak obronić moje podatki czy moje własne fundusze przed tym, że mnie państwo ograbia tylko z tego powodu, że ja chcę prowadzić tutaj firmę. I postanowiłem prowadzić spółkę z o.o. I w spółkach z o.o. jest taka opcja, jak macie wspólnika, że nie trzeba płacić ZUS-u. Owszem, można, jeżeli ktoś chce mieć ubezpieczenie, ale można się na przykład właśnie umówić ze wspólnikami czy z jednym wspólnikiem z tytułu, że ktoś jest na przykład prezesem, pobiera wynagrodzenia i to się nazywa mianowaniem. I jest decyzja ZUS-u, chyba z 2014 roku, że mianowanie nie jest stosunkiem pracy, w związku z tym nie trzeba płacić od tego wynagrodzenia ZUS-u. Jest tylko podatek dochodowy i tylko to spółka płaci.  

Ja wszystkim rekomenduję przejście na spółki z o.o., jeżeli chcecie zabezpieczyć troszeczkę Waszą sytuację finansową. Nie tylko z powodu ZUS-u, ale też z takiego powodu, że się ludzie trochę boją, że na przykład „para pozwie, bo nie zrobiłem zdjęcia pierwszego pocałunku, to jestem bankrut”, bo w tych jednoosobowych działalnościach gospodarczych jest tak, że jak ktoś Was pozwie, to odpowiadacie całym swoim majątkiem. A tutaj w spółkach z o.o. jest rozdzielenie majątku firmowego od tego osobistego. Jeżeli ktoś Was pozywa to nie Ciebie jako osobę, jako fotografa, tylko firmę. I firma ma swoje środki, i ona w ramach tych środków odpowiada. To jest też fajne zabezpieczenie. 

Jeżeli chodzi o spółki to tam jest bardzo dużo takich myków, które może fotograf sobie wykorzystać do tego, żeby optymalizować swoje podatki. Wiem, że to jest takie słowo kombinatorstwo, ale żyjemy w takim kraju jakim żyjemy i ten system jest tak złożony, żebyście nic nie zrozumieli z tego, po prostu założyli swoją firmę i dali się grabić. Jak ktoś się zainteresuje, jak ktoś ma samozaparcie – tak jak ja w pewnym momencie życia zrozumiałem, że jak ja sam się tym nie zainteresuję, jak sam się o to nie zatroszczę, to po prostu to będzie droga donikąd. I w tym momencie odkryłem, że zawsze jest podatek dochodowy te 19%, a jeżeli wynajmujecie swój sprzęt spółce, czyli jesteście właścicielami aparatu i podpisujecie umowę ze spółką na wynajem, to wtedy przysługuje Wam taka opcja, że to można na ryczałt 8,5%. 

Suma sumarum, jak sobie pokalkulujecie, to naprawdę wychodzi troszeczkę mniej, jeżeli chodzi o podatki, ale oczywiście podatki trzeba płacić. Państwo musi mieć z czegoś jakieś profity i środki na życie, natomiast daje nam takie możliwości, jakie możemy wykorzystać jako przedsiębiorcy.  

Do tego bym Was zachęcał, żeby zatroszczyć się troszeczkę o grę w obronie, bo tak na dobrą sprawę nigdy nie wiadomo, kiedy nam się zepsuje aparat, kiedy będziemy musieli wymienić obiektyw właśnie, dokupić nowe programy… A jeżeli te pieniądze ciągle gdzieś uciekają i nie macie takiej kontroli, na co to wszystko idzie, to nie będziecie gromadzić takiej poduchy bezpieczeństwa, która jest potrzebna. Nawet w tej chwili, kiedy idzie lato, będą żniwa, jak to u rolników – fotograf idzie na śluby i ma pełno super dochodu, ale nie zadba o to, żeby pewne środki odłożyć na później, na zimę, na wypadek różnych inwestycji, których się nie spodziewamy, to wtedy bardzo łatwo o bankructwo. Nie chciałbym, żeby ktoś, kto jest w tej społeczności Fleszem Po Oczach miał właśnie problemy z tego tytułu, że wypadł z rynku, bo się nie zabezpieczył finansowo na ten gorszy okres. Tak że tu Was bym uczulał.  

Jeżeli ktoś będzie zainteresowany tematem spółek to Was odsyłam do podcastu z panem Tomaszem Łuczakiem. Za ten podcast największe gromy spadły na mnie. Dostałem takie petardy na klatę za to, że namawiam do kombinatorstwa. Ja nikogo nie namawiam do kombinatorstwa. Ja namawiam do tego, żeby zainteresować się jakie są opcje w Polsce, jeżeli chodzi o prowadzenie działalności i korzystać z tego mądrze. Po prostu zobaczyć, jaki styl prowadzenia firmy pasuje do tego, co oferuje spółka z o.o. albo inna firma, a niekoniecznie robić tylko coś, jak konie, które idą z klapkami na oczach, że „wszyscy mają działalność gospodarczą, to ja też muszę” i bawić się w takie ciułanie. Tu Was bym zachęcał.  

Jeżeli spada oglądalność to trudno, ale ja to musiałem powiedzieć, dlatego że mi to leży głęboko na sercu, żeby Wam się lepiej działo.  

Dobra, ten temat myślę, że zostawię jeszcze do rozwinięcia, jeżeli by się jeszcze pojawiły jakieś kwestie z tym związane. 

Lustrzanka czy bezlusterkowiec? 

Pozwólcie, żeby szybko przejdę do takiego tematu o lustrzance i bezlusterkowcu. Ostatnio właśnie oglądałem różnego rodzaju filmiki, porównania, jak to wychodzi fotografowanie bezlusterkowcem. 

Ja przyznam się szczerze, że nie próbowałem nigdy ani Fuji, ani Sony. Zwróciłem tylko uwagę na jedną rzecz, że bezlusterkowce reklamowane są na takiej zasadzie, że to jest małe. To można wszędzie zabrać, to nie waży dużo, z tym fajnie się kamuflujesz na reportażu. A na przykład niektóre obiektywy do tych bezlusterkowców powodują, że ten sprzęt nie za bardzo ma tę cechę związaną z małym rozmiarem. To już się robi naprawdę ciężki sprzęcior i wydaje mi się, że ten temat też jest wart przemyślenia. Jeżeli głównym powodem tego, że chcecie kupić bezlusterkowca jest to, żeby się przemieszczać wszędzie, czy żeby się łatwiej transportował, to przemyślcie inwestycje w ten sprzęt i dokupowanie do tego wielkich obiektywów. To się wtedy mija z celem.  

Ja mogę powiedzieć tylko i wyłącznie na swoim przykładzie, jak to jest. Ja używam akurat bezlusterkowca Leica Q i używam go do takich celów związanych z reportażem. Na przykład jak jest akcja, która się szybko dzieje, to wyciągam ten mały aparat, robię nim zdjęcia dlatego, że on ma ultra szybki autofocus. Jego celność jest rewelacyjna. On ma touch screen, czyli po prostu idę sobie i dotykam ten ekran z tyłu i te zdjęcia są po prostu mega celne. Tam gdzie chcemy mieć ostre, tam jest. A w Canonie moim – akurat mam 5D Mark III – jest tak, że okej, ustawię sobie ten punkt ostrości, ale nie zawsze jest ta celność. Mnie to szalenie irytowało w tej części takiej reportażowej, kiedy wszystko się szybko zmienia, szybka akcja i tak dalej. I postanowiłem właśnie zainwestować w bezlusterkowca, który jest oczywiście pełną klatką, ale jak nie chcecie dużo kasy wydawać, to możecie sobie tego cropa kupić na sam początek. 

Powiem Wam szczerze, że próbowałem nawet tym bezlusterkowcem robić sesje takie, że się umawiasz z parą i gdzieś idziesz sobie, ale on się nie do końca sprawdzał. Nie podoba mi się to, że nie ma akurat tego bokeh, które chcą mieć wszystkie moje panny młode czy wszystkie moje klientki – tego rozmycia. I stwierdziłem, że okej, można mieć dwa różne systemy i dwa różne aparaty, ale to trzeba sobie po prostu rozdzielić, co do czego się używa. Nie na takiej zasadzie, że jeden aparat jest do wszystkiego, bo czegoś takiego chyba nie ma w przyrodzie. Nie wiem, ja przynajmniej nie spotkałem się z czymś takim, żeby jakiś aparat był pod wszystkie jakieś możliwe moje cele.  

I w tej chwili mam taki podział, że jak się dzieje akcja, coś szybkiego się wyrabia na tym moim zleceniu, to biorę sobie ten aparat Q i robię nim zdjęcia. A jeżeli jest troszeczkę coś wolniej, na przykład jakieś przygotowania czy sesja w plenerze, to nie ma opcji, żeby Leicą to robić, tylko robię to wszystko Canonem. Przede wszystkim dlatego, że mam całą szklarnię, czyli obiektywy, które dają fajny efekt rozmydlenia i tak dalej. One są oczywiście bardzo wolne w porównaniu do tego, co oferuje Leica, ale mi to też pasuje, jeżeli chodzi sesje na przykład. Mogę się bardziej skupić na tym, co robię.  

Ja mam też tak – i chyba moja żona tak samo – że my dużo gadamy na przykład z tymi parami na sesji. I ruszamy się bardzo dużo. Te zdjęcia byłyby jakieś mega poruszone, gdybyśmy nie mieli tej świadomości w głowie, że okej, to jest Canon i z tym trzeba jak z dzieckiem, czyli na spokojnie. To nas tutaj trzyma w ryzach i nie mamy wszystkich zdjęć jakiś nieostrych. To nam daje takie poczucie, że musimy się bardziej skupić na tym, co robimy, bo jesteśmy użytkownikami Canona. 

To pewnie brzmi głupio, ale jakoś logiczniej tego nie potrafię opowiedzieć czy uzasadnić. Możecie się śmiać ze mnie, że po prostu nie umiem się wysłowić, ale tak to jest. Po prostu ja wszystko to, co robię, robię na czuja, robię na takiej zasadzie, że nie mam jakiegoś wielkiego biznesplanu, tylko patrzę, co działa, co nie działa. Tak samo mam z wysławianiem się. Też tak mam, że jeżeli coś uważam, coś mam na serca dnie – o, tak powiem poetycko – to po prostu wywalam z siebie. I tak to jest. 

Więc te plusy lustrzanki, paradoksalnie ta „wolność” lustrzanki, ale nie w tym sensie, że „wolny”, jak „człowiek wolny”, tylko „wolność” jako „nie szybkość” w działaniu. To mi pasuje akurat na sesji i dlatego używam właśnie lustrzanek na zlecenia typu sesja czy coś takiego, czy nawet zdjęcia wewnątrz. Dlatego, że ten szum, który mam w bezlusterkowcu nie jest taki fajny, jeżeli chciałbym mieć zdjęcia w kolorze. Czarno-białe – petarda. Po prostu zarąbiste jest to w tej Leice, że piksele są takie okrągłe, czyli mam wrażenie, że mam plik analogowy, a nie cyfrówka. To nie jest ten taki piksel zbliżony do kwadratu, tylko on jest zbliżony do kuleczki. Na czarno-białych to wygląda po prostu rewelacyjnie. Ale jeżeli czasami chcę mieć zdjęcia wewnątrz kolorowe, najczęściej, to wtedy muszę tą lustrzanką.  

Jeszcze jeden taki plus bezlusterkowców, który chciałem wymienić to to, że można w takim trybie incognito troszeczkę działać. Jak ja się przełączam w ciągu dnia na właśnie bezlusterkowca, co mi się zdarzyło w zeszłym roku, gdy zacząłem to robić, zauważyłem, że ludzie w ogóle nie postrzegają mnie jako fotografa. Mam wrażenie, że oni mnie traktują – o, to jakiś kuzyn czy jakiś wujek, nie wiadomo, kto to jest – on tak chodzi, dotyka ten ekran, pstryka, jak iPhonem robi, tak ciach ciach i wszystko git. To mi daje taką możliwość wejścia w ten świat jeszcze troszeczkę bliżej. Nie ma czegoś takiego, jak pojawienie się lustrzanki, która paraliżuje i ludzie się dziwnie zachowują – „o, fotograf” i tak stoją sztywno… Tutaj jest jakiś ziomek, który ma jakiś śmieszny aparat, jest mały, ludzie nie wiedzą, co to za firma, nigdy nie wiedzieli i myślą sobie, że to może jakiś na klisze jeszcze. I to mi daje naprawdę dużą możliwość złapania takich intymnych momentów. Troszeczkę wejścia w ten świat. 

On zobligował mnie do tego, żeby mieć takie myślenie trochę bardziej reporterskie. Jest akcja, coś się dzieje, zauważenie tego ruchu. W przypadku Canona to zawsze było coś takiego, że fajnie, coś się dzieje, a autofocus „brzrz, brzrz” i nie ma zdjęcia, przepadło. Ten moment poszedł w siną dal. I wydaje mi się, że dzięki temu, że się przełączyłem na bezlusterkowca udało mi się więcej takich momentów złapać.  

Jak stworzyć dobrą atmosferę na sesji? 

W zeszłym roku jest jeszcze jeden taki temat, który powiedziałem przy okazji tego bezlusterkowca czy lustrzanki. To się wiąże z sesjami. Postanowiłem właśnie Was zapytać, czy mieliście kiedyś taki moment na sesji, że myśleliście, że na przykład para się może nudzi, „a nie wiem co powiedzieć”, „o czym z nimi rozmawiać”? 

Wydaje mi się, też, że to jest dość istotna kwestia, żeby pokazać tym ludziom, że sesja to nie jest jakieś takie sztywne pozowanie – jakaś pańszczyzna, którą trzeba odrobić. Fotograf ma wielki przywilej czy też obowiązek wytworzenia fajnej atmosfery. Ja oczywiście mówię o tym na warsztatach – mówię, jak my budujemy taką atmosferę. 

To się w mojej ocenie zaczyna od tej wymiany maili. Przed sesją wysyłam parze taki formularz, w którym zadaje pytania – one może są troszeczkę intymne, ale od razu uprzedzam, że „chcę, abyście odpowiedzieli tylko na te pytania, które Was inspirują – które uważacie, że są fajne”. A jeśli pytanie wyda się trochę podejrzane, ale pomyśli sobie ktoś z tych ludzi, którzy mają taką sesję, że „ja nie chcę się przed tobą otworzyć”, to dobra – zostawiam pytania i idę do następnego. Chcę uzyskać jak najwięcej takich fajnych informacji o nich, o ich związku. Ja mówię oczywiście o tych parach, które przychodzą na sesje związane ze ślubami, na narzeczeńską sesję czy też jakąś tam sesję rocznicową. Oczywiście wysyłam to tylko raz, bo jak to jest para, która wraca, to nie ma sensu jeszcze raz tego samego formularza wysyłać.  

Teraz Wam powiem, dlaczego ja wysyłam taki formularz i dlaczego pytam o różne rzeczy. Dlatego, że wydaje mi się, że w przypadku spotkań ze znajomymi my wiemy, o czym rozmawiać. A jeżeli ktoś przychodzi, kogo kompletnie nie kojarzymy to jest o wiele trudniej nawiązać taką relację czy prowadzić konwersację. No bo co – nie wiemy, czym się ci ludzie interesują, nie wiemy, skąd oni się wzięli razem i tak dalej, i tak dalej. Co oni właśnie na tym serca dnie – które już wymieniałem – noszą. Wydaje mi się, że jeżeli zaczniecie pytać te pary o pewne rzeczy związane z ich związkiem, to pozwoli im też traktować taką sesję jako okazję do odświeżenia ich uczuć.  

Brzmi trochę, jak z jakiejś sekty, ale wydaje mi się, że właśnie fotograf powinien pełnić taką rolę – takiego kogoś, kto pozwala parze wrócić do pewnych emocji, które były na początku ich związku. Jaki jest w ogóle sens przychodzenia na sesję, jeżeli to ma być taki obowiązek, że dziewczyna wymyśliła: „hej Zdzisiu, zróbmy sobie zdjęcia”. I koleś przychodzi… Najczęściej właśnie facet jest taki wycofany, że nie chcę, a później robi jakieś takie miny, cuduje i wygłupia się – myśli, że to jest taki luzik, bo się tak wygłupia, robię jakieś dziwne miny, a dla mnie to jest oznaka tego, że się facet stresuje.  

Kiedy zacząłem wysyłać ankietę i kiedy zacząłem pytać o różne rzeczy związane z ich ślubem, z ich zaręczynami i tak dalej, to oni zaczęli czuć, że tu chodzi o coś zupełnie innego. Tu nie chodzi o takie zdjęcia, że „o, pozujemy”, tylko chodzi bardziej o doświadczenie. 

W tej chwili może nie ma tak czasu, żeby Wam to wszystko wyłożyć – zresztą też zostawiam pewne rzeczy na warsztaty – ale ci, którzy byli już na Niezłych Aparatach, na warsztatach, wiedzą, o czym mówię. Są pewne mechanizmy, które pomagają parom się otworzyć. Oni się zajmują sobą i niejako zapominają, że tam jest fotograf. Wszyscy teraz w internecie idą w takim kierunku, że zdjęcia muszą być naturalne. No tak, tylko że taką naturalność trzeba jakoś wyciągnąć z ludzi. A nie każdy fotograf jest taką osobowością na takim pułapie, że on będzie z siebie robił jakiegoś wariata, żeby tylko odwrócić uwagę od tego, że się robią zdjęcia. Fajnie mieć takie narzędzia, które same wyciągają z ludzi pewne rzeczy. To jest to, o czym w tej chwili mówię. 

Kuba napisał, że najważniejsze, żeby para się nie pokłóciła przed samą sesją.  

Czy ja wiem, czy to jest takie najważniejsze? To szczerze mówiąc uwalnia pewne emocje i oni mogą przyjść nawet pokłóceni na taką sesję do mnie. To jest w ogóle bez różnicy. Akurat te mechanizmy, które ja stosuję powodują, że oni zapominają o tym, co było przed chwilą. Zapominają o tym, co było przed pięcioma minutami. Skupiają się na tym, co się dzieje wokół nich.  

Wyobraźcie sobie sytuację, że dobra, przyszli pokłóceni. Dajecie im jakąś taką grę, zabawę. Wiem, że brzmi głupio, szczególnie, gdy to mówi człowiek, który nie robi w ogóle gier żadnych – planszówek czy na komputerze – czyli ja. I ten człowiek proponuje parom zabawę, grę. Na tych sesjach nie chodzi o same zdjęcia. Chodzi o to, żeby tych ludzi wyluzować. Zdjęcia są po prostu produktem ubocznym, jak z jakiś reklam taki slogan.  

Ale wracając jeszcze na chwilę do tego tematu par na sesji, to jedna taka ważna rzecz. Wydaje mi się, że sporo fotografów zapomina o czymś takim. Gdy już ustawiamy tę parę… Bo oczywiście w tym moim sposobie to nie chodzi o to, że para sama się ustawi, bo oni nie znają światła, oni nie znają swoich ciał, tego jak te ręce muszą się układać i tak dalej, więc to jest jakby częścią obowiązku fotografa. Natomiast, kiedy już to wszystko się dzieje, czasem fotograf nie ma pomysłu i mówi „no to się tam pocałujcie”. I oni zaczynają po prostu grubo się całować. To jest takie, że hmm… Jak to wygląda na zdjęciach? Jeżeli macie taki styl, że robicie serię dwudziestu zdjęć, to może któreś zdjęcie będzie takie, gdzie nie robią tych takich dziubków. Ale warto też powiedzieć, żeby oni sobie przypomnieli – bo na pewno oglądają jakieś filmy czy seriale – jak się całują aktorzy, czyli bez takiego dziubkowania uskuteczniają tę czynność. 

Wydaje mi się, że warto też to parze uświadomić na sesji, bo potem ma się takie poczucie, że wszystko zarąbiście – światło, poza, moment, a tutaj… dziubki. To wygląda po prostu tragicznie. Też przez długi czas tak miałem, że zapominałem właśnie uświadomić parę, że „słuchajcie, to nie jest teraz moment, żeby akcja nie wiadomo jaka się wytworzyła – okej, ten pocałunek, ale niech on będzie taki delikatny, a nie hardkorowy”.  

Fotografowanie chrztów 

A o tych chrztach chciałem powiedzieć, że… Może to nie będzie stricte o chrztach, ale chodzi mi ogólnie o różne takie tematy związane z odwiedzaniem rodzin czy dokumentowaniem różnych etapów ich życia. To tak na dobrą stronę nie chodzi o ten temat, tylko o wytworzenie takiej ciekawości do tego, że fotograf wchodzi i dowiaduje się o tych ludziach. On odkrywa. 

To różni takich fotografów komercyjnych w cudzysłowie, od fotografów, którzy działają w takiej branży prasowej. Najczęściej w takiej prasówce mamy jakąś tam linię, powiedzmy, ideologiczną danego pisma i fotograf jest wysyłany po to, żeby udowodnić pewną z góry założoną tezę. Czy też on czując ten klimat, który ma w danym dzienniku czy tygodniu, on już wie, co musi tymi zdjęciami opowiedzieć. To nie jest na takiej zasadzie, że wchodzisz, nie znasz tego tematu i chcesz się dowiedzieć – odkrywasz.  

My jako fotografowie czasem lekceważeni – ale wydaje mi się, że niesłusznie – mamy taką wolność na tej zasadzie, że wchodzimy i nie wiemy… Ogólnie mamy pewne założenie, że skoro nam płacą, to powinniśmy w troszeczkę lepszym świetle pokazać rzeczywistość niż ona jest, ale mamy taką możliwość właśnie wejścia w temat i odkrycia czegoś fajnego. 

Nawet niech to będzie ta jedna klatka, którą robicie na danym zleceniu dla siebie. Takie coś, co szukacie pod kątem, powiedzmy, przyszłej wystawy za trzydzieści lat podsumowującej Waszą całą karierę. Wyobraźcie sobie, że na każdym zleceniu trzeba złapać taki moment, który mógłby się nadawać jako zdjęcie aspirujące, żeby było w tej takiej wystawie. Idąc na chrzest nie ma co się nastawiać, że „aha, chrzest, nudy znowu”. Przygotowania na ślubie, ceremonia i znowu tam przyjęcie i te pozowanki, i tak dalej. Nie. Trzeba w ogóle wyrzucić sobie z głowy te wszystkie schematy.  

Wiadomo, że są punkty stałe na wszystkich zleceniach – czy to będzie ślub czy to będzie chrzest, czy jakaś komunia. Wiadomo, są takie momenty, które muszą być, ale to się podświadomie czuje. Natomiast nie ma co się nakręcać, nastawiać, że to musi być i koniec. To nas w pewien sposób ogranicza, jeżeli się tak nastawimy, że „będzie chrzest i znowu będzie polowanie wodą, szatka” i tak dalej, i już z góry fotograf idzie nabuzowany. Nie. Trzeba to z siebie wyrzucić. Jest ten moment, okej, działasz na jakimś autopilocie, ale szukasz rzeczy, które się dzieją dookoła.  

Ostatnio byłem na chrzcie, to siostra tego gościa, który był chrzczony wskoczyła do konfesjonału, zaczęła otwierać drzwiczki – i w ogóle mega moment! Gdybym nie miał takiego podejścia, że ja chcę odkrywać różne rzeczy, widzieć śmieszne momenty, jakieś chwile łapać, to wydaje mi się, że mógłbym nawet nie zwrócić uwagi. Siedziałbym na tej mszy i czekał aż wyjdzie ksiądz i będzie chrzcił, bo mnie wynajęli tylko na ten chrzest.  

Wydaje mi się, że warto być takim dzieckiem z aparatem. Taką osobą, która jest ciekawa tego, co się dzieje. Jesteś już na tym zleceniu, to rusz się i spraw, żeby Twój iPhone Ci pokazał, że „wow, osiem kilometrów przeszedłem na chrzcie” na przykład, bo się cały czas ruszałeś. Pewne zdjęcia – mam wrażenie – trzeba wychodzić. Jeżeli mamy takie nastawienie, że z każdego zlecenia musi być takie zdjęcia petarda, które podsumuje cały dzień, to to zdjęcie zostanie wychodzone. Nie ma innej opcji. Możemy mieć mega zoom i cały czas stać w miejscu, kręcić, ale nie uzyskamy tego zdjęcia.  

Szczęście też wiąże się z tym, że fotograf go szuka, fotograf za nim chodzi. Może taka w sumie sentencja, że „szczęście fotografa zależy od tego, ile kilometrów przejdzie”. 

Aktywne poszukiwanie zleceń  

Pierwsza rzecz a propos zdobywania zleceń jest to, żeby być takim pro-aktywnym. Człowiek sam musi poszukać tych zleceń. Można sobie założyć stronę i czekać na to, że telefon zadzwoni, ale on nie zadzwoni, jeżeli Wy nie wyjdziecie z Waszego pokoju. 

Ja pewnym momencie, jak już tak hardkorowo szukałem tych pierwszych zleceń, to nawet na jakiś forach… To były te lata, kiedy jeszcze istniały fora internetowe. Teraz w tej chwili te panny młode siedzą na stronach facebookowych i tam się wymieniają jakimiś pytaniami czy uwagami. Tam moglibyście ich szukać. Ja wtedy szukałem na tych forach i nawet na jednym forum dostałem takie ostrzeżenie, że pisanie takiej bezpośredniej wiadomości do par młodych czy tam do panien jest niezgodne z regulaminem i w związku z tym ty Siwko, spamerze, musisz zostać usunięty z naszej społeczności. Ale byłem na tyle zdeterminowany, żeby mieć to zlecenie, że po prostu mega cisnąłem ten temat i w końcu się udało. Tak to się odbyło. W sumie banalna historia. Nie ma co się nad tym rozwodzić.  

Czy robiłem kurs liturgiczny? 

Kurs liturgiczny – to jest kolejne pytanie – czy robiłem i czy miałem kiedyś sprawdzaną odznakę? 

To jest taka odznaka szeryfa, tak się śmieję. Wiem, że w niektórych diecezjach nie ma takiej odznaki. Jest bodajże taka karteczka potwierdzająca odbycie kursu, a ja robiłem w Gdyni, czyli tu już odpowiadam na pytanie – tak, robiłem. Chyba w 2012 roku. Musiałbym sprawdzić sobie moją odznakę. Tam poszedłem na taki kurs i dostałem taką laminowaną odznakę, tak że mam. I tylko raz w życiu udało mi się ją zademonstrować komukolwiek innemu niż swojej mamie i żonie, dlatego, że chyba w diecezji pelplińskiej – to jest taka ciekawa nazwa – kościelny zażądał: „proszę pokazać odznakę”. No i pyk, wyciągnąłem tę odznakę. On spisał numer, który na niej widniał i po prostu byłem w szoku, że to mi się przydało.  

Tak na dobrą sprawę to nie jest kwestia tego, czy Tobie się to przyda, tak żeby zademonstrować, tylko na takim kursie można się wiele ciekawych rzeczy dowiedzieć o samym obrządku, o samej mszy, co tam po kolei jest, kiedy możesz chodzić, kiedy raczej powinieneś uszanować to, że jesteś w miejscu, które ma innego gospodarza, typu księdza i tak dalej, więc warto to mieć. 

Przede wszystkim taki powód, który chciałbym, żeby wybrzmiał jest taki, że po prostu idziesz na ten kurs liturgiczny i masz taką świadomość, że „okej, mam to”. Taki spokój sumienia – czy nawet nie chodzi o sumienie… Każdy ma jakąś swoją wytrzymałość. Ale taki po prostu spokój, taką czystą głowę, że jak spytają, czy mam odznakę, no to mam, a nie na takiej zasadzie, że nie byłem, bo uznaję, że to jest sprzeczne z moim światopoglądem i nie pójdę na ten kurs. Kurczę, niezależnie od tego, w co wierzycie i czy chodzicie do kościoła tak normalnie czy nie, wydaje mi się, że zarabiacie pieniądze na tym, że chodzicie jako fotograf czy też chodzisz Ty człowieku, do którego ja się teraz zwracam – chodzisz do kościoła, zarabiasz pieniądze na ślubie czy na chrzcie, to wydaje mi się, że logika wymaga tego, żebyś uszanował te reguły, które tam są i po prostu poszedł zrobić ten kurs. To nie jest wielki wydatek. Licząc tak proporcjonalnie do zarobków, które będziesz miał przez to, że Cię ludzie zapraszają na uroczystości, które mają miejsce w kościele, wydaje mi się, że nie warto być Sknerusem McKwaczem i przeznaczyć stówkę…  

Mam nadzieję, że wszyscy ci, którzy siedzą w tej chwili na czasie mają takie kursy i nie trzeba się tutaj po prostu więcej uzewnętrzniać na ten temat. 

Google Analytics i źródła wejść na Wasze strony 

Okej, teraz pytanie czwarte związane z SEO. „Jakie masz spostrzeżenia odnośnie ilości wejść na stronę www? Czy więcej jest z komórek czy z komputerów?”.  

Teraz takie pytanie do Was: czy macie Google Analytics? Chętnie zobaczę na czacie takie odpowiedzi, czy korzystanie z Google Analytics. Jak podłączycie sobie Google Analytics do swojej strony internetowej, to tam jest wszystko po prostu wyłożone, jak na talerzu. Tam jest wszystko wypisane, kto… może nie z imienia i z nazwiska, bo RODO, więc nie można. Natomiast są wszystkie informacje – nawet w jakiej przeglądarce, na jakim urządzeniu najczęściej otwierają Waszą stronę internetową.  

Ja na potrzeby tego pytania wszedłem sobie na moją stronę, na moje Analytics w Google i zobaczyłem, że jest troszeczkę inaczej niż myślałem. To znaczy jest tam chyba 40% z komórek, czyli z tych wszystkich smartfonów, a 44% na urządzeniach desktopowych – komputerach czy laptopach. Wydawało mi się do tej pory, że więcej będzie na komórkach, ale Google Analytics nie kłamie i mi podało, że więcej jest na komputerach.  

Zobaczcie, jakie to są ogromne liczby. 40% na komórkach! Jak ktoś ma na przykład wersję, która na komórce nie wygląda za świetnie, to wydaje mi się, że to jest ostatni taki moment, żeby pomyśleć o tym. Nie wyobrażam sobie takiego biznesu, który ma stronę internetową, która nie chodzi płynnie na komórce, z której nie możesz wysłać formularza. Wydaje mi się, że to jest rzecz po prostu must have na 100%. Trzeba to sobie zmienić. 

Jeszcze jest też taka ważna sprawa, żeby śledzić na Google Analytics źródła wejść. To nawiązanie do kolejnego pytania: „na jakich portalach się reklamować?”. Tak ktoś zapytał.  

Ja na Google Analytics obserwuję różne źródła, które mam, jeżeli chodzi o wejścia i oczywiście najwięcej mam z Google. To jest ten ruch, na którym najbardziej mi zależy. Jeżeli chodzi o przekierowanie z innych stron, to najwięcej mam ze Sweet Wedding – tego bloga ślubnego, który prowadzi Kasia. I to nie jest jakieś chwalenie tego bloga czy cokolwiek. Ostatni miesiąc sprawdzałem, jest tam około 40000 takich unikalnych użytkowników, więc całkiem spora suma, jeżeli chodzi o możliwość zainteresowania kogoś swoją ofertą. Wydaje mi się, że tutaj, jeżeli ktoś już się reklamuje na Sweet Wedding, wie, że z tego portalu jest naprawdę sporo wejść. 

Kiedyś mieliśmy taką rozmowę z fotografem, który stwierdził, że one nie przedłuża reklamy dlatego, że podpisał przez pół roku trzy umowy i jemu się to nie kalkuluje. Ja się uśmiecham dlatego, że reklama, nawet jeżeli kosztuje… Nie pamiętam, jakie są stawki, bo ja akurat na Sweet Wedding zajmuję się tylko wystawianiem faktur, Kasia bardziej to prowadzi. Dajmy na to, że reklama kosztuje, powiedzmy, 1500 zł i podpisujesz trzy umowy czy nawet więcej za 4500 zł czy 5000 zł, w zależności do tego, jakie macie stawki. No to jeżeli za 1500 zł zarobiłeś te 15000 zł to i’m sorry – jak Ci się to nie opłaca? Wydaje mi się, że to jest jasne, że jeżeli wydajesz nawet 500 zł na jednego klienta, to nie jest taka duża kwota. Tak na dobrą sprawę, owszem, możesz zainwestować 500 zł w Facebooka i trafią Ci się dwie umowy zamiast jednej, ale też nie masz żadnej pewności. Możesz sobie targetować reklamy na Facebooku, ale to też jest za każdym razem loteria. 

Wydaje mi się, że warto – nawiązując do tego pytania, na jakich portalach się reklamować – warto po prostu sobie eksperymentować. Wykupić sobie reklamę na Facebooku, zobaczyć, czy to działa w przypadku Waszej firmy. Wykupić sobie na blogach ślubnych czy jakiś portalach branżowych… Teraz się taki portal pojawił – chyba Lewandowski założył. I było wielu fotografów, którzy się rzucili tam na reklamę, bo spodziewali się jakiegoś mega efektu. 

Nie wiem czy jest jeszcze z nami Krzysiek, ale widziałem kiedyś jego komentarz, który pojawił się na jakiejś grupie fotograficzne, że ten portal Lewandowskiego daje Wam dwadzieścia szans napisania bezpośrednich wiadomości do par, które oglądały Wasz profil. To jest też na zasadzie loterii, że dostajesz dwadzieścia kredytów i możesz napisać bezpośrednio do tych osób. A to się okaże, że to byli jacyś fotografowie albo ktokolwiek inny.  

Nie wiem, czy to jest zrozumiałe, co mówię, ale nie odwodzę Was od tego, żeby sprawdzać takie różne portale, które powstają czy blogi. Po prostu namawiam Was właśnie do takiego eksperymentowania, bo nie ma jakiejś jednej złotej reguły.  

Na przykład czytelniki bloga Sweet Wedding mogą cenić sobie jakiś fotografów, który robią dużo rustykalnych zleceń – w takim klimacie i ich portfolio też jest w takim klimacie, a ludzie, którzy na przykład dużo błyskają w plenerze mogą mieć problem ze znalezieniem zleceń przez ten kanał, czyli przez Sweet Wedding. Tam nie ma dużo panien młodych, które są zainteresowane takimi stricte technicznymi zdjęciami. Ten profil panien młodych, które wizytują akurat tę stronę to są takie dziewczyny, którym zależy właśnie na tych [40 min 33 sek] w obiektywie i tak dalej.  

Tak że to też zależy od tego, jaki macie styl fotograficzny i jaki jest profil danego portalu czy bloga. Takich rzeczy bym szukał, które rzeczywiście pokazują takie zdjęcia mniej więcej w tym klimacie, w którym Wy jesteście. Tam bym umieszczał swoją reklamę. Nie podam Wam żadnej konkretnej nazwy, gdzie koniecznie musicie spróbować, tylko po prostu przejrzyjcie pod takim kątem, gdzie Wasze zdjęcia najbardziej wpasowują się w ten styl, w ten klimat, który jest promowany na danym portalu. 

Marka własna czy osobna nazwa dla firmy fotograficznej? 

I ostatnie pytanie, które sobie przygotowałem na dzisiaj… bo już chyba nawet za długo gadam – więcej niż planowałem. Więc ostatnie pytanie, na które odpowiem, zanim oczywiście wciśniecie łapkę w górę, to jest pytanie o markę własną czy taką osobną nazwę dla firm fotograficznych.  

Wydaje mi się, że ten temat przewijał się przez kilka podcastów. Parę osób się na ten temat wypowiadało. 

Ja, jak wiecie, mam taką markę zwykłą, czyli markę własną. Nazywa się Jacek Siwko – tak samo, jak ja. Ja mam ten przywilej, że mam krótkie nazwisko. Wydaje mi się, że łatwo je zapamiętać. Pięć liter to nie jest jakiś wielki wysiłek umysłowy. Ale są takie nazwiska, które ciężko się zapamiętuje. Są długie albo – bardzo mi przykro – ale niektóre są na przykład bardzo popularne. Nie używam tego terminu „pospolite”, ale w tym sensie, że na przykład Kowalskich jest milion… W tym momencie, jak ktoś chce stworzyć markę własną, na przykład Zdzisiek Kowalski, to będzie bardzo trudno mu się pozycjonować w sieci na swoje własne imię i nazwisko. To jest duży dramat. Jak wpisuję swoje imię i nazwisko, i ktoś ma pod tym imieniem i nazwiskiem swoją markę fotograficzną, i jego strona nie jest number one, to wtedy myślę sobie „kurczę, coś jest nie tak – widocznie duża konkurencja albo ma zupełnie inne priorytety i nie dba o to”.  

Wydaje mi się, że w sieci jest istotne, żeby na swoje imię i nazwisko być numerem jeden. W tej chwili nie może inaczej być. Każdy, kto o Was usłyszy będzie chciał Was wygooglować. Niekoniecznie sprawdzić sobie Facebooki, tylko pierwsze co wejdzie do Google. 

Marka własna, jeżeli ktoś ma takie nazwisko, które jest bardzo popularne, jest trudnym tematem. Widziałem takich fotografów, którzy sobie skracali nazwisko, tworzyli coś od nazwiska. To była ta ich marka odrębna, osobna, ale po jakimś czasie wszyscy myśleli, że dany koleś ma tak na nazwisko. Skrócił sobie nazwisko i wtedy wszyscy myśleli, to ten koleś ma tak na nazwisko, a potem na umowie ma coś innego.  

Tutaj wydaje mi się też tak, że czasami coś nam przyjdzie do głowy – jakieś tam Słoneczne Atelier – że to tak brzmi ekstra, rustykalnie, Słoneczne Atelier, mmm… Wszystkie mamy chcą mieć zdjęcia swoich dzieci w Słonecznym Atelier, a potem dwa lata mijają i „hmm… nie podoba mi się nazwa Słoneczne Atelier – muszę pomyśleć nad czymś innym”.  

Kurczę, a teraz pomyślałem, że tak palnąłem nazwę, która może być rzeczywiście aktywna w sieci czy już zajęta i ta osoba może się obrazić. Ale to nie o to chodzi, żeby kogoś obrazić – chciałem na takim przykładzie podać, że czasami coś, co się wydaje fajne, jest niekoniecznie fajne za dwa lata, w takiej dłuższej perspektywie. Nazwisko nasze, ono oczywiście nigdy nie ma się prawa znudzić, więc raczej bym szedł w taki temat marki własnej, marki osobistej, dlatego, że cokolwiek, co potem w życiu nie robimy – czy nie zmienimy branży, zostaniem restauratorem czy coś, to mamy już tę pewną rozpoznawalność w sieci. Nie budujemy czegoś od nowa.  

Cóż, do zobaczenia za tydzień. Trzymajcie się, miłego weekendu majowego. Cześć! 

Leave A

Comment

8 listopada 2018
Co do podatków, dobrze je płacić bo potem gdy musimy wziąć kredyt, mogą być problemy ze zdolnością kredytową. Co do cen za reportaż: efekt uboczny setki warsztatów organizowanych przez "gwiazdy fotografii" po dwóch sezonach działalności. Moje klientka mieszkała w USA i tam naprawdę musiała się naszukać aby znaleźć kursy z fryzjerstwa, mało kto chce sprzedawać swoją wiedzę ...w Polsce jest wręcz odwrotnie, więc skoro powstają klony fotografów za 5-6 tyś, to prędzej czy później nauczyciel musi wyrównać cenowo do swoich uczniów...aby przeżyć ...
Odpowiedz
Świetny materiał i również popieram Sp. z o.o. Mam od maja i bajka
Odpowiedz