Kiedy wybierać zdjęcia? Czy warto chwilę poczekać? O tym w kolejnym odcinku audycji Fleszem po oczach.

Poza tym w tym odcinku poruszymy tematy takie jak marketing fotografa na Instagramie, szczególnie na Insta Stories. Jak duży ruch na stronie mam z opcji (przewiń / swipe) i czy są to “głębokie wizyty”?

Ostatnio w newsletterze pisałem o tym by szukać klientów w innych miejscach niż cała reszta fotografów. Każdy doskonale rozumie, że Facebook i inne sieci społecznościowe to miejsce, w którym znajduje się reklama, przez to ludzie stają się na nią odporni tak jak podczas oglądania telewizji.

Warto pomyśleć trochę nad inną formą reklamy, która nie będzie inwazyjna. Współpraca z blogerami, artykuły gościnne, dostarczanie zdjęć dla kwiaciarni na jej stronę to mogą być formy, które w długiej perspektywie będą na nas pracować.

Skąd nazwa Fleszem po oczach (miałem wyjaśnić w odcinku 3). Zaczęło się od bloga na Blogspot o tej właśnie nazwie.

Poza tym w 4 FPO usłyszysz o tym jak działa przeglądarka internetowa wewnątrz Instagrama, o życiu wewnątrz aplikacji… Nowe sieci społecznościowe, czy warto wchodzić na Snapchat i Vero, a może są tam sami fotografowie? Ile kanałów jest się w stanie ogarnąć? Czemu nie lubię Insta Stories? Krótko o Rodo dla fotografów, bać się tego czy będzie jak z GIODO?

Zapis spotkania:

MARKETING FOTOGRAFA, JAK WYBIERAĆ ZDJĘCIA, OLAĆ RODO? FPO #4

Siemanko Niezłe Aparaty! Z tej strony Jacek Siwko, a to jest czwarty odcinek Fleszem Po Oczach. Mam nadzieję, że podobały się Wam ostatnie odcinki i że już nadrobiliście. Jeśli nie, to oczywiście w tej  samej playliście, w której będzie umieszczone to wideo, znajdziecie też starsze odcinki. Mam nadzieję, że będzie tam łatwo trafić na kanale YouTube Niezłych Aparatów.

Możesz zacznijmy od tego, że powiem, co było w newsletterze. Ten newsletter dotyczył szukania nowych form komunikacji z klientami. Chodzi mi tutaj o to, że pewne formy, które wybieramy sobie do reklamy są powszechnie stosowane i w związku z tym jest duży tłum wśród fotografów chętnych na łowienie potencjalnych klientów. W związku z tym na Facebooku czy na jakiś innych sieciach społecznościowych robi się już tłoczno, natomiast chodzi mi też o zauważenie pewnej prawidłowości. Jeżeli jest pełno reklamodawców, którzy stosują ten sam trik marketingowy, ten sam trik, jeżeli chodzi o reklamę, no to odbiorcy się bardzo uodparniają. I zobaczcie sobie, jak to jest, jak oglądamy telewizję. Po prostu jest jakaś masakra. Ok, teraz ma lecieć reklama, dobra – każdy wychodzi do łazienki, wyciąga telefon komórkowy, zaczyna scrollować i tak naprawdę nikt nie słucha tych treści, które są mówione w tych reklamach. I mam wrażenie, że to samo dzieje się w sieci w tych ogólnodostępnych miejscach, typu Facebook czy Instagram. W związku z tym w newsletterze napisałem, żebyście zastanowili się nad tym, w jaki sposób Wasza konkurencja się nie reklamuje i mniej więcej zastosowali takie rozwiązanie, jakie nie jest wybierane przez innych fotografów.

Ja jako przykład podałem tylko reklamę w takich miejscach, w których się ludzie jej nie spodziewają. Dlatego, że kiedy na przykład idzie się na polowanie, to jakaś zwierzyna dzika wie, że w pobliżu siedlisk ludzkich jest możliwość, że ktoś wyjmie flintę i będzie strzelał. Tak samo się dzieje z ludźmi, jak wchodzą na Facebooka – wiedzą, że ktoś tam będzie strzelał, będzie chciał ich upolować i tak dalej. A kiedy na przykład wchodzi się na blogi, dajmy na to – parentingowe, no to tam niby się wszyscy już z tym powoli oswajają, że tam jest bardzo dużo reklam, natomiast ta reklama jest tak sprytnie wkomponowana w treść, że tak naprawdę nikt się nie spodziewa, z której strony jest atakowany. I dlatego właśnie dużo firm reklamuje się za pomocą takiej współpracy z influencerami, co Wam również polecam.

Takie głosy się podnoszą, że fotograf nie jest fabryką i nie ma jakiś produktów, które może oferować za darmo, typu jakieś koszulki – że tam jakiś influencer sobie zrobi zdjęcie w tej koszulce i będzie się w ten sposób reklamować. Ale my mamy przecież zdjęcia. Możemy oferować zdjęcia. Tak naprawdę nic nas nie wzbrania przed tym, aby pomyśleć też o swoim własnym blogu, który niekoniecznie będzie zaadresowany do stricte klientów ślubnych, ale chodzi o to, żeby zyskać rozgłos w sieci. Jeżeli znacie takiego fotografa, jak Jonas Peterson, to to jest taki gość, który w fotografii ślubnej tak naprawdę osiągnął wszystko. On zrobił po prostu jakąś jedną wielką masakrę marketingową. Rozpromował swoje nazwisko na całym świecie. Zaczynał właśnie od prowadzenia bloga. I to nawet nie były wpisy ze zdjęciami. To chodziło bardziej o treść. I on nawet pisał o takich różnych rzeczach, o których ja na przykład bym się wstydził pisać. Chodziło na przykład o jego uzależnienie od pewnych rzeczy i jakieś takie przemyślenia głębokie dosyć. I w związku z tym bardzo duże grono ludzie go śledziło i część ludzi właśnie zaczęła się zastanawiać, kim jest autor tego bloga.

I jeśli chcecie spojrzeć na nasze polskie podwórko – bo dostałem po tym newsletterze właśnie takie zapytanie, czy bym mógł podać przykład współpracy fotografów z influencerami. Jest takich przykładów pełno w sieci. Natomiast ja bym chciał Wam dzisiaj dać taki polski przykład tego, co fotografowie zrobili, żeby wypromować swoje nazwisko. I tu na przykład mam na myśli duet Anię i Michała Rutko. Pewnie ich znacie z bloga Mammamija.pl. I na tym blogu oczywiście te treści, które się pojawiają tam mają bardzo dużo z fotografią – ten blog opiera się na fotografii. Natomiast nie jest to stricte reklama ich jako działalności fotografii ślubnej. Natomiast przez to, że ten blog tak jakby poszedł głęboko w sieć i zyskał duże poparcie, to Ania z Michałem już praktycznie – jak obserwowałem ich – nie musieli dużo robić, żeby mieć klientów, którzy chcieli z nimi współpracować. Gdyby ktoś, kto śledził bloga miał jakiś znajomych, którzy brali ślub, no to mówi: „Słuchaj, ja tu śledzę fajnych fotografów. Oni co prawda robią taki blog parentingowy, taki lifestyle’owy, ale super zdjęcia robią. Polecam ci ich, zobacz sobie”. I tak to działa.

O to mi chodzi, żebyście zastanowili się nad taką nową ścieżką dla siebie. Łatwo oczywiście kopiować pewne rozwiązania, bulić dużo kasy na Facebooku i mieć z tego klientów. I ja tego nie odradzam. Super, róbcie to dalej. Natomiast chodzi mi o to, żeby w takiej strategii długofalowej planować sobie rzeczy, które nie są oczywiste. I to miałem na myśli pisząc ten nowy newsletter.

Te spotkania nasze, myślę, że jakoś tam się unormują na YouTube’ie. Dlatego że, jak pewnie wiecie, miałem ważne życiowe wydarzenie niedawno. Urodził się w końcu nasz syn, czyli już mamy trójkę dzieci w domu i myślę, że za jakiś czas, jak się już wszystko ustabilizuje jakoś, to ustalimy sobie jakąś fajną datę, jakiś fajny dzień sobie wybierzemy, na przykład piątek i godzinę – i będziemy się spotykać regularnie, o konkretnej porze. Teraz staram się, żeby to było regularnie, czyli od czterech tygodni spotykamy się co tydzień, natomiast nie jest to jakieś spotkanie, które miałoby unormowaną godzinę. Pojawiam się i znikam, jak w tekście takiej piosenki.

Zacznijmy od reklamy, czyli od odcinka podcastu – to jest rozmowa z fotografem ślubnym Łukaszem Ostrowskim. Łukasz to jest taki fotograf, który bardzo się fascynował zdjęciami swojego wujka. Jego wujek jest w ogóle fotografem policyjnym. Wyobraźcie sobie, że gościu jeździ na jakieś zlecenia typu ma jakiegoś denata sfotografować czy jakieś tam, powiedzmy, miejsce zbrodni i tak dalej. Więc to nie są przyjemne sprawy, ale to, co robimy wujek Łukasza jakoś na tyle go zafascynowało, że zaczął się sam interesować fotografią. Potem kręciła go fotografia wojenna. Teraz robi takie reportaże i stosuje takie właśnie mechanizmy używane przez reporterów fotografii ślubnej. Czyli to jest taka inna nisza w fotografii ślubnej, bo tak naprawdę, jeżeli byście chcieli być fotografami ślubnymi, a część z Was na pewno jest, to na pewno po jakimś czasie się zorientujecie, że fotografia ślubna to nie jest całość. To nie jest jednolite, tylko są takie nisze, w których się fotografowie specjalizują. I Łukasz specjalizuje się w takiej reporterce typowej. No i ma swoich klientów.

Po to, żeby Was ludzie zamawiali na swój ślub, to trzeba się jakoś wyróżnić w tym całym tłumie. Czyli tak, jak pisałem w tym newsletterze, trzeba szukać nowych miejsc do demonstrowania swojej obecności w danej branży. Tak samo trzeba szukać swojego własnego języka wyrazu. I tak na dobrą sprawę uważam, że to można wykształcić w sobie właśnie poprzez eksperymentowanie i nie trzeba poprzestawać też na jednym stylu wysławiania się fotograficznego – tak to nazwijmy. Można sobie żonglować.

Jeżeli słuchaliście podcastu z Tomkiem Lazarem, czyli poprzedniego odcinka, to właśnie Tomek wspomina o tym, że w zależności od zlecenia on wybiera sobie styl czy dopasowuje styl. Wydaje mi się, że w fotografii ślubnej czy w fotografii rodzinnej, komercyjnej, dla ludzi też można sobie tak żonglować tymi stylami. Natomiast dobrze jest jakby wejść w jedną dziedzinę i tam pokazać swój język, który będzie wyrazisty, który nie będzie kopiowaniem czegoś, co jest teraz modne. Na przykład teraz wszystko jest żółte. Jak wejdziecie sobie na Instagram, to jest wszystko żółte. Praktycznie wchodzi w sepię. I teraz ci, którzy chcą doskoczyć do tej fali, do tej popularnej fali na Instagramie, kupują jakiś żółty preset i myślą, że w ten sposób wskoczą na falę. A fala już gdzieś tam daleko odpłynęła. Trzeba cały czas próbować czegoś nowego, natomiast ja radzę, aby być przy tym oczywiście zgodnym ze sobą i wtedy już się nie trzeba na dobrą sprawę przejmować modami.

Ja obserwuję to po swoich zdjęciach. One nie są teraz, jeżeli chodzi o modę, zgodne z tym, co się dzieje, natomiast one mają swoich odbiorców i ludzie, którzy się do mnie zgłaszają mówią „właśnie takich zdjęć szukaliśmy” i o to chodzi, żeby właśnie docierać do ludzi, którzy będą fajnie reagowali na to, co robicie, a nie brali Was na tej zasadzie, że „aha, teraz jest wszystko żółte, to musimy znaleźć takiego fotografa, który robi żółte czy ciemne”. Radziłbym Wam, żebyście byli zawsze w zgodzie z sobą.

A polecam odcinek w Łukaszem Ostrowskim też dlatego, że to jest odcinek, który długo dojrzewał. To znaczy nagraliśmy z Łukaszem jakiś czas temu – już nie pamiętam dokładnie, to było tak dawno. I ten odcinek leżał i nawet ja się zdzwaniałem z Łukaszem, czy on uważa, że powinniśmy to nagrać jeszcze raz. Obaj nie byliśmy pewni tego odcinka. I tak na dobrą sprawę zdecydowałem się opublikować ten odcinek dlatego, że Łukasz jest mega zajęty – nie sposób z nim się umówić. To pomyślałem sobie „no dobra, to jeżeli mam ten odcinek już na półce…” Tak śmieję się, że on się stał takim „półkownikiem. Mam takiego „półkownika”, to dlaczego go nie uwolnić? Czemu nie dać go ludziom, czyli Wam, do oceny? Jestem ciekaw, jak w ogóle zareagujecie na ten odcinek. Czy Wam się spodoba? Dajcie znać koniecznie. Na pewno też polecam Wam wizytę na stronie Łukasza, bo to jest bardzo ciekawy fotograf. Moim zdaniem jeden z ciekawszych. Sobie tam zerknijcie.

Jeszcze ciekawa rzecz, którą zauważyłem na stronie Łukasza. Bo jak zaglądam na strony fotografów to też sobie analizuję, czy takie rozwiązanie ja bym sobie zastosował na swojej stronie czy nie. Zawsze mówiłem, że warto się na przykład wyspecjalizować tak wąsko – pokazać, że jestem na przykład tylko fotografem ślubnym albo że tylko fotografuję rodziny, albo tylko noworodki i tak dalej. A Łukasz zastosował taki myk, jak ja to nazywam, i po prostu pokazał coś więcej, czyli swoje zainteresowanie fotografią reportażową. Dał kilka przykładów i później jak rozmawialiśmy to on mówił, że bardzo często klienci mówią mu: „Zdecydowaliśmy się na ciebie dlatego, że ty pokazałeś, że jesteś pasjonatem fotografii. Nie tylko robisz to, co przynosi ci zysk, tylko jeszcze pewne rzeczy, które robisz oddając tam serce”.

Więc warto też takie podejście przemyśleć i ja tu jestem zwolennikiem tego, że nie ma jednej dobrej metody, która zadziała na wszystkich i warto w swojej firmie, na swojej stronie internetowej eksperymentować. Pokazać: „dobra, spróbuję zrobić tak, że pokażę też inne zdjęcia”. Jak to nie będzie działać, to po kilku miesiącach zdejmujesz te zdjęcia i wkładasz tylko takie, które uważasz, że będą pokazywać tylko ten rodzaj fotografii, który robię dla pieniędzy na przykład. Tak że nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi.

Chciałbym zaakcentować taką pewną prawidłowość, że firma fotograficzna może nie istnieć za dwadzieścia lat, a dzieci na pewno będą. Tak że warto pomyśleć o tej swojej przyszłości, bo my jako fotografowie przejmujemy się bardzo takim pojęciem misji. Każdy z fotografów ma taką misję – „ja chcę dla kogoś coś zrobić, żeby to trwało na pokolenia”. A tak naprawdę poświęcamy się jako fotografowie. Wypruwamy sobie żyły, żeby zrobić jak najlepsze zdjęcia, być zawsze dostępni dla tych ludzi, a często cierpi właśnie życie prywatne. I ja chciałbym też, że jak już jesteście tu na kanale Niezłych Aparatów, u tego dziwnego człowieka, Jacka Siwko, prowadzącego podcast, żebyście właśnie mieli takie podejście, że „ok, biznes jest ważny, ale są pewne rzeczy, które są ponad to i nie ma opcji”.

Ja na przykład spotkałem się z takim fajnym podejściem kiedyś u jednej pani fotograf, która powiedziała mi, że ona nie odpowiada na maile po tej i po tej godzinie. To jest czas dla dzieci. I ona to też umieściła sobie na stronie internetowej i nie wiem, czy to nie działa jakby odstraszająco na ludzie – „a, skoro to jest taka ważna osoba, to już nie piszę do niej, żeby jej nie przeszkadzać”. Ale tak naprawde ludzie, którzy są normalni, a chcemy współpracować z normalnymi ludźmi powiedzą „no dobra, to przecież w to mi graj, mi to nie przeszkadza – chcę współpracować z tym fotografem, a to że on mi odpowie dopiero rano, jak będzie w biurze to już nie jest wielki problem”.

Te okoliczności, które mam w domu usprawiedliwiałyby moją nieobecność na YouTube’ie, natomiast chcę Wam pokazać, że w działalności internetowej liczy się konsekwencja i powtarzalność, w sensie regularności. Jeżeli zaczynasz jako fotograf i założysz sobie „dobra, będę publikował jedno zdjęcie na Facebooku” i robisz to konsekwentnie przez ileś tam tygodni, to na pewno będziesz zbierał owoce tego. I poprzez to, że ja wchodzę, jestem nowym YouTuberem, to też Wam chcę pokazać, że takie podejście działa. Na przykładzie podcastu – zacząłem podcast z taką myślą, że on musi się pojawiać regularnie co czwartek i konsekwentnie cisnąłem ten temat. I zwiększała się liczba osób, które śledziły podcast, które komentowały i tak dalej. Więc wydaje mi się, że tę zasadę można przełożyć także na promowanie swoich usług fotograficznych, bo oczywiście wszystkim nam tu zależy, żeby nasze firmy fotograficzne się rozwijały.

I powiem Wam, że mnie ostatnio zmotywowało jedno wydarzenie. Ponieważ tutaj, jak mówiłem, że wynająłem sobie biuro, to zaraz obok była tak siłownia i oni zupełnie nic nie robili, żeby wypromować swoje usługi. Ja wchodziłem na Instagram, wchodziłem na Facebooka – nic się tam nie działo, kompletnie. I wiedzieli, że zaraz obok, niedaleko – z 200 metrów, powstaje ultra-nowoczesna siłownia, która ich po prostu zmiażdży, bo ona była jeszcze w fazie tworzenia i już były opinie w internecie, że tutaj, w tej miejscowości – w Mrągowie, to najlepsza siłownia to jest tamta, czyli ta nieistniejąca. A tak, która istnieje, to tam jakiś syf, mordownia i tak dalej. Więc trzy dni przed otwarciem tej nowej siłowni, nagle ta się zamknęła. Ta, która była naprzeciwko mojego biura. I tak sobie pomyślałem, że może jestem troszeczkę bardziej aktywny niż właściciel tej siłowni, natomiast jest to taki przykład, że różne rzeczy mogą się wydarzyć. Mam wrażenie, że ten gościu się nie spodziewał pół roku temu, że będzie taka mega konkurencja w postaci tej nowoczesnej siłowni i sobie tak olewał pewne sprawy. Dlatego namawiam Was do takiej aktywności.

Tak jak pisałem bodajże tydzień temu w newsletterze – warto nawet wykorzystywać czasami takie sporadyczne wizyty na komputerze. Czyli jestem na kompie na przykład pół godziny i zamiast pięć minut robić głupoty, to zaloguj się człowieku na swojej stronie internetowej, sprawdź jeden post, popraw błędy, dodaj jakąś treść, która Ci się przypomni o tej parze, o jakimś miejscu i tak dalej. Zobaczcie, jak pięć minut dziennie przez dłuższy okres może po prostu mega rozwinąć Waszą stronę pod kątem SEO albo pod kątem takiej dostępności dla ludzi.

Jak ja na przykład otrzymuję zapytania, to kiedy rozmawiam z tymi dziewczynami – bo to głównie są dziewczyny – to one mówią „a, bo ty pisałeś, że coś tam coś tam” i ja nagle sobie myślę „kurcze, to wow, że ty to czytałaś, bo to było gdzieś pod koniec tej sekcji FAQ”. A ona mówi „tak, tak, bo to wszystko jest w miarę przystępnie, fajnie – przy kawce sobie przeczytałam, dobrnęłam do końca”. I słysząc takie rzeczy to mnie to motywuję. Myślę, że „kurcze, muszę sprawdzić moją sekcję FAQ, czy  to jest nadal czytelne”.

Czasami, jak tworzysz nową stronę, to chcesz wszystko naraz napisać i mogą się wkraść pewne skróty myślowe, które będą nieczytelne. A za parę dni czy za miesiąc, jak to czytasz, to myślisz „aha, tutaj ja sam się zacinam, nie wiem, o co chodzi, mimo że jestem autorem tego tekstu, no to co będą uważać ci, którzy są na mojej stronie fotograficznej?”. Staram się też czytać oczami i umysłem takich osób, które pierwszy raz są na tej stronie i one nie rozumieją. One nawet nie wiedzą, kim jest Jacek Siwko – „What the f***, kto to jest? Jakiś kolejny fotograf z internetu?”. Więc takie podejście Wam polecam, taki dystans do siebie złapać i spróbować zrozumieć to, co mamy na naszej stronie internetowej, a to podejście takie właśnie pięciominutowe, czyli poprawianie takich małych rzeczy na stronie na pewno w dłuższej perspektywie zaowocuje fajnymi rzeczami.

Z tych wszystkich technik, które ja rekomenduję, dostosowanych dla fotografów, zawsze stawiam na takie rozwiązania, które nie będą działały tu i teraz, że ja coś zmienię na stronie i od razu się ktoś odezwie. To jest zawsze strategia długoterminowa. Ja wolę taką strategię, dlatego, że ona później – nawet jak musimy się wycofać na chwilę z tego biznesu, bo urodzi nam się dziecko, nie będziemy mieli czasu, cokolwiek… Oczywiście faceci mają łatwiej, bo to kobieta się opiekuje dzieckiem, przynajmniej na tym początkowym etapie – facet nie nakarmi dziecka, nie ma pewnych akcesoriów. Natomiast, jak musimy się wycofać na chwilę z takiej firmy, to, zobaczcie, stosując strategię długofalową, ona będzie sama na siebie pracowała. I tak na dobrą sprawę powinniśmy chyba działać.

Tomek pisze, że idzie pod prąd, bo moda szybko mija i nie idzie na rzeź, jak wszyscy, promując oczywiście to, co jest klasyczne. Oczywiście takie podejście jest jak najbardziej zdrowe. To, co się obroni za dziesięć, piętnaście lat, to będzie klasyka. To, że był modny preset, jakiś tam mega uwypuklający niebieski kolor, na przykład – nie wiem czy jest taki preset, ale pewnie jest – i to jest mega modne w tej chwili, to zobaczcie, jak to będzie w ogóle wyglądać za dwadzieścia lat?

Na dobrą sprawę to ja się przyznam do czegoś, co będzie kompromitowało mnie w zupełności, ale wydaje mi się, że moje popełniane błędy legitymizują mnie do tego, żeby mówić Wam, co robić, a czego nie robić. I ja popełniłem jako biznesmen czy jako fotograf masę błędów. Po prostu nie wiem, czy ktoś więcej popełnił niż ja… Natomiast właśnie chyba drugie zlecenie to oddałem całkowicie w sepii, bo taki miałem dostępny preset w Lightroomie i dziewczyna zapytała „no a tutaj nie ma jakiś w normalnych kolorach?”. Ja mówię „no nie ma, nie ma!”, bo tak sobie byłem przekonany, że tylko moja wizja artystyczne musi być. I tak na dobrą sprawę pomyślałem teraz, jak wracam do tych zdjęć, że lipa – ona będzie miała lipę za dwadzieścia lat, jak spojrzy, chyba że sepia stanie się modna. Tak że unikałbym jakiś rzeczy, które będą takim rozwiązaniem doczesnym, które będą modne w tej chwili, tylko stawiałbym na klasykę.

Przeniesiemy się tutaj jeszcze do przeglądarki, bo ja zapomniałem, że miałem w trzecim odcinku powiedzieć, dlaczego nazywa się to spotkanie Fleszem Po Oczach. I jak pewnie widzicie, jest to taki blog na BlogSpocie i on się nazywał Fleszem Po Oczach. Zrobiłem to kilka lat temu, jak fotografowałem jeszcze takim Olympusem Mju II na kliszę i miałem taką serię zdjęć robionych z roweru. I jeździłem wtedy rowerem po Londynie po ciemku i była opcja tylko z fleszem. I tak sobie podjeżdżałem do ludzi i psikałem tym fleszem w nich. I tak sobie pomyślałem „kurde, ale zarąbiste – Fleszem Po Oczach”. I wtedy nazwałem tego bloga właśnie tak – Fleszem Po Oczach. I wydaje mi się, że ja mam coś takiego, że lubię recycling – to jest chyba takie słowo ekologiczne. Recycling nazw. I skoro ta nazwa Fleszem Po Oczach tak mi się podoba, to postanowiłem ją użyć jako serię wideo nawiązujących do tych newsletterów, które Wam wysyłam. Więc stąd się właśnie wzięła nazwa Fleszem Po Oczach. Mam nadzieję, że nie jest to jakieś rozczarowujące dla niektórych z Was.

Przychodzi właśnie dużo, dużo pytań od odbiorców newsletterów „a co uważasz na ten i na ten temat?”. Więc ja nie mam czasu, żeby odpisywać każdemu z osobna i stwierdziłem, że fajnym rozwiązaniem będzie właśnie ten kanał.

Przejdźmy do takich czterech pytań, które sobie dzisiaj spróbujemy omówić. Czwarte będzie trochę takie na luzie podejście, bo to będzie dotyczyło RODO. Wszyscy się stresujemy: „O Boże, RODO! Zaraz nas zamkną za kraty i nie wiadomo, co jeszcze z nami zrobią”. Spróbujemy się trochę uspokoić.

Pierwsze pytanie, które przyszło na dziś to jest takie: „kiedy wybierać zdjęcia i czy warto chwilę poczekać?”. I ja jestem tego zdania, że jak wybieramy zaraz po zleceniu, czyli idziemy na sesję rodzinną albo na wesele, to zbyt emocjonalnie to traktujemy. Czyli nie filtrujemy tego tak fotograficznie, tylko działają emocje. „A, tutaj fajnie było, bo tam ktoś coś powiedział” i bierzemy takie zdjęcie, za miesiąc patrzymy i „kurde, ja wybrałem takie zdjęcie? Jakaś lipa kompletna”.

Ostatnio przeglądałem taką książkę „Magnum Contact Sheets” i znalazłem takie zdjęcie, które zrobił Peter Marlow. To dotyczyło zamieszek w północnej Irlandii w 1981 roku. Widzicie, jaki z historii dobry jestem… Nie, żartuję. Tutaj czytam ze strony. I Peter Marlow w tej książce „Magnum” powiedział, że edytorzy wybrali to zdjęcie do publikacji. I ono jest mocne, ono jest dobre, ale tutaj mamy jakąś tam uciętą nogę i ok, to jest takie zdjęcie – moment i tak dalej… wiadomo, że to się wybacza takie rzeczy. Bardziej się wybacza ucięte nogi w fotografii modowej, ale to nie o tym jest nasze dzisiejsze spotkanie. On to robił na diapozytywach. To jest taki film, który był czy jest – nie wiem nawet – stosowany przez fotografów National Geographic, żeby fajnie odwzorować kolory, ale on jest bardzo ciężkim materiałem. Znaczy, jeżeli się go źle naświetli, to już potem jest lipa. Nie można dużo z tego obrazka wyciągnąć i go podratować. I kiedy on wysyłał diapozytywy do redakcji i to edytorzy wybrali, czyli oni wybrali zdjęcie, że gościu miał już rękę praktycznie przy rzucie i uciętą nogę, a on zauważył, że wśród zdjęć, które zrobił jest jeszcze ta klatka – nie wiem czy to widzicie. Jest jeszcze ta klatka i Peter Marlow twierdzi, że ona jest mocniejsza. I ja też tak sądzę. Ona jest zdecydowanie mocniejsza, bo tutaj ten człowiek się już jakby zmierza do tego rzutu. Wiadomo, co zaraz nastąpi, ale przyjrzyjcie się, zobaczcie. To zdjęcie, a tamta kolejna klatka wybrana przez fotoedytorów. Moim zdaniem tu fotograf ma rację, że tamten pierwszy kadr, który on wybrał jest mocniejszy i to jest przykład na to, że czasami na gorąco się wybiera pewne zdjęcia, a warto sobie odłożyć.

Nie wiem, jaki macie czas oddawania materiału dla ludzi, ale ja na przykład mam tak, że staram się oddać szybko, czyli po dwóch tygodniach. Natomiast ja szybciej niż tydzień po zleceniu nie wybieram końcowej selekcji, dlatego, że po prostu boję się, że wybiorę nie te zdjęcia, które trzeba. Jeszcze u nas w firmie to i tak mamy taki układ, że to Kasia wybiera, więc ona już zupełnie ma dystans, bo to jest coś, co ja przynoszę do studia. Czyli ja zrobię zdjęcia, a ona mi wybiera. Ale ja widzę, jak ona swoje zdjęcia wybiera, to też potrzebuje chwili czasu, żeby złapać ten dystans. Ja w tej chwili też staram się coraz więcej wybierać swoich zdjęć, bo też zależy mi na tym, żeby to była moja wizja, a nie takiego edytora – nazwijmy to. Mimo tego, że Kasia ma moje całkowite zaufanie. Ja ufam w jej wybór. Często korzystam z jej pomocy przy selekcji.

I jedna taka uwaga, żeby złapać ten dystans. Po prostu poczekać, aż emocje ochłoną i wtedy sobie na spokojnie, bez żadnych emocjonalnych wstawek wybierać, selekcjonować, tak jak widzieliście na przykładzie tego mocnego zdjęcia. Przecież Peter Marlow – super klatka, a wybrali gorsze ujęcie. I często możemy też, jako fotografowie popełnić ten błąd, bo nikt tak naprawdę z nas fotografów nie jest dobrym edytorem. To znaczy może są jakieś jednostki, ale bardzo dużo osób ma z tym problem. To jest coś, gdzie kuleje nasza wiedza wśród fotografów odnośnie tego, jakie zdjęcia wybierać i część fotografów nawet nie lubi tego robić. Ja się zaliczam też do tego gatunku, który nie za bardzo lubi wybierać zdjęcia.

Czyli tak: mamy jeszcze te trzy rzeczy, które przyszły od odbiorców newslettera. I pytacie się o takie coś – marketing dla fotografów i InstaStories. Czy warto? Jak duży ruch można wygenerować poprzez to, że uruchamia się opcja swipe, czyli „przewiń, żeby zobaczyć więcej”. I to jest coś takiego, co się pojawia na kontach instagramowych, jak się przekroczy dziesięć tysięcy followersów.

Mi się takie coś włączyło i dodawałem te treści na InstaStories, że „wow, tutaj zobacz, czytaj więcej”. I potem, jak sprawdzałem statystyki to z tego ruch nie jest jakiś olbrzymi. To jest kilka osób na, powiedzmy, dwa tysiące wyświetleń. To nie jest nic takiego, co było jakimś kamieniem milowym w marketingu. I wydaje mi się, że to jest opcja, która wielu fotografom spędza sen z powiek, że „wow, muszę mieć ten swipe, bo nie wiem co”, a tak naprawdę dostaniecie kilka wizyt na blogu i nawet, jak analizowałem swój Google Analytics, to zauważyłem, że to nie są wizyty głębokie. Czyli ktoś kliknie tam, przewinie ten ekran, „zobacz więcej”, „czytaj ten post” czy coś takiego i on „aha, dobra”, cyk i wraca do Instagrama. Bo Intagram jest na tyle chamski, że on nie wysyła Ciebie do przeglądarki internetowej, ale pozwala Ci zobaczyć ten artykuł w swojej przeglądarce wewnątrz-instagramowej, która jest beznadziejna, która działa wolno – to wszystko muli i jest po prostu jedna wielka tragedia. I tam oglądać jakąś stronę internetową to jest po prostu jeden wielki dramat. Więc ja tam nie jestem głosicielem wielkości tej funkcji. Po prostu jest to ok, jest szpan, że masz tutaj – pyk, możesz kogoś wysłać na stronę, ale wydaje mi się, że to są takie mega płytkie wizyty, które nie przekonwertują same w sobie kogoś z wizytora na klienta.

Zresztą to w ogóle jest głębszy temat, ile razy człowiek musi mieć styczność z Twoją marką, żeby stać się Twoim klientem. To chyba nawet taka firma MOZ, która zajmuje się analizowaniem treści w internecie… Mają jakieś narzędzia do znajdowania linków i tak dalej. Nie będę Wam gadał, bo to może przy okazji kursu SEO sobie szerzej pogadamy. Widziałem na blogu MOZ, że tak naprawdę według ich statystyk to zajmuje aż siedem wizyt na ich stronie internetowej zanim ktoś założy sobie darmowe konto, żeby przez trzydzieści dni przetestować ich darmowe narzędzie. Znaczy się za darmo narzędzie, które chyba kosztuje z 200 dolarów, ale przez trzydzieści dni możesz korzystać za darmo. Czyli to jest mega deal tak naprawdę, a to wymaga aż siedmiu wizyt, żeby się ktoś zapisał. Tak że tutaj taka jednorazowa wizyta z InstaStories, no to dobra – coś tam będzie, ale nie jest to jakiś szał.

Też nie jestem wielkim fanem w ogóle InstaStories. No bo tworzymy treści, które są dostępne na przykład dwadzieścia cztery godziny. No i co? I to znika. A tak samo się musisz narobić nad treściami, które będą może nie na wieczność, ale przez jakiś czas w internecie. A tak samo musisz się napracować nad treściami, które będą dwadzieścia cztery godziny – wiecie – jedną dobę dostępne. Czyli tak naprawdę ten Wasz wysiłek jest taki, że ok, wkładamy w to pełno energii, a to wisi dwadzieścia cztery godziny i znowu muszę uzupełniać nowe treści. To jest po prostu jakiś jeden wielki absurd.

Ale ja to mówię z takiej perspektywy swojej. Jeśli u Was to działa i ktoś faktycznie jest regularny w tych InstaStories to myślę, że to jest też świetne narzędzie, żeby pokazywać siebie i coś tam mówić „tutaj jestem Jacek Siwko, tralalala, poznajcie mnie” i codziennie bym musiał się na tym Instagramie produkować. Ale być może to by zadziałało tak, że jacyś tam klienci, którzy śledzą mnie na Instagramie powiedzieliby „wow, no fajnie, fajnie opowiadasz, że robiłeś pierogi tydzień temu, jesteśmy podnieceni i chcemy, żebyś z nami współpracował czy też chcemy z Tobą współpracować”. Więc zależy. Jeżeli Wam to odpowiada, może jesteście troszeczkę młodsi niż ja, stary dziad, któremu nie odpowiada ten styl, że dwadzieścia cztery godziny, a i tak muszę się narobić… Bo jak coś jest ważne tylko właśnie dwadzieścia cztery godziny, to taka lipa.

Ja mam tę opcję i z tymi swipe’ami – „przewijaj” i „odwiedź moją stronę”, ale szczerze mówiąc nie korzystam super często z tego dlatego, że mało osób w to klika – to raz, statystycznie biorąc, na liczbę wyświetleń samych Stories. A dwa, że to jest właśnie w tej przeglądarce instagramowej i to jest moim zdaniem jedna wielka lipa.

Tomasz napisał, że wraca do obróbki na drugie, takie świeże spojrzenie. To jest też dobre podejście. Czyli robimy pierwszą selekcję w Foto Mechanicu, a zanim wyeksportujemy to do Lightrooma, to zostawiamy sobie na następny dzień, przejrzymy sobie i wtedy cyk. Ja na przykład też tak robię, że jak skończę – wydaje mi się, że już skończyłem obróbkę – i zamiast robić eksport, to sobie wyłączam Lightrooma, potem za jakiś czas wchodzę w to jeszcze raz, patrzę, czy to jest do poprawki. Czasami pewne rzeczy, pewne suwaki trzeba poprawić. To nie jest tak, że za pierwszym razem nam się coś idealnie uda obrobić, bo też pamiętajmy o tym, jak jest skala tego, co robimy. Jest bardzo dużo zdjęć w jednym czasie i czasami się oko męczy na przykład i to na tym polega.

Kacper pisze, że on niby jest z młodego pokolenia, ale też forma 24h nie trafia do niego. I to jest właśnie to, że co do kogo trafia. I tak na dobrą sprawę to musi też trafiać, pamiętajcie, do naszych klientów. Czyli jak to będą dziewczyny, które uwielbiają InstaStories, no to kurczę, trzeba cisnąć. Nie ma się co z tego wycofywać. Bardzo często, jak się coś opublikuje na tych Stories, to większość odpowiedzi, która przychodzi czy nawet rzeczy, na które ja reaguję to są od fotografów lub ja piszę do fotografów. Czyli to są takie relacje, powiedzmy, ten networking. Oczywiście on działa też i jest potrzebny.

I teraz właśnie w nawiązaniu do tego InstaStories jeszcze jeden temat. Czyli te sieci społecznościowe. Nowe sieci. I teraz ja czytam jakiś artykuł – „wow, jest nowy Instagram i nowy Facebook” i jeszcze nie wiadomo co nowe. Nie wiem co – nowy YouTube. Chyba było coś takiego, jak nowy YouTube. Ale to też już w ogóle nawet nie pamiętam tej nazwy. A teraz czekajcie, bo weszło coś takiego, jak Vero i ja tu słyszę: „pierwszym milion użytkowników będzie miał konto za darmo, a reszta będzie płacić” i wszyscy się rzucili, każdy zakłada konto na Vero, każdy ściąga aplikację. Potem się okazuje, że większość z tych, która myśli, że znajdzie tam klientów to są fotografowie.

I teraz jest takie pytanie, bo jeżeli Waszymi klientami są fotografowie, chcecie fotografować śluby fotografów, bo one są na pewno fajne też, bo fotografowie, odwiedzając wesela też wiedzą, jakie fajne są rzeczy na topie i jak już sami biorą ślub to jest już takie wow, wszystko dobrane – boho, nie boho i tak dalej. Więc jeżeli do takich klientów chcecie adresować swoje usługi, no to fajnie się reklamować wśród fotografów. Ja na przykład robię kursy dla fotografów, więc część moich klientów to są też fotografowie, jeżeli patrzę na skalę całej firmy. Tu mam działkę zdjęcie dla klientów – częścią moich klientów są tacy zwykle ludzie, oczywiście w cudzysłowie, a częścią fotografowie. Więc dla mnie to by było też super. Mógłbym wejść tam, ale szczerze mówiąc ja się zawsze zastanawiam, gdzie ja znajdę czas na jakieś nowe sieci, jak ja nie mam czasu już na Insta, jak ja nie mam czasu i energii na Facebook, a jeszcze tworzyć coś nowego…

I najczęściej to się kończy tym, że ktoś założy konto, na przykład na SnapChacie i kopiuje treści, które ma na InstaStories. Wrzuca to samo na SnapChat. To jaki jest sens, żeby Ciebie śledzić i tu i tu? Jak ja już Cię śledzę na Instagramie i patrzę na Twoje InstaStories, to przecież do głowy mi nie przyjdzie, żeby sobie jeszcze Ciebie dodawać na SnapChacie. Więc wydaje mi się, że jak chcecie się w ogóle rozwijać na jakiś innych kanałach oprócz Facebooka i oprócz Instagrama to musicie mieć już gotową najpierw strategię, że „dobra, to na Vero będę publikował tylko na przykład backstage, a na Instagramie będę publikował tylko te moje zlecenia, które są komercyjne, które robię za pieniądze, a na Facebooku to będę się w ogóle dzielił przepisami na zupę”. Czyli masz już jakąś gotową strategię, to ja Ci nie bronię, żeby wchodzić na jakieś nowe sieci społecznościowe.

Też bym apelował o to, żeby mieć trochę dystans do tego, że „wow, jakaś gazeta napisała czy tam portal, że Vero to jest kolejny SnapChat, kolejny Instagram i kolejny jeszcze nie wiadomo co”, a potem się za pół roku okazuje, że nikogo tam nie ma i jest w ogóle jakaś lipa i tak dalej. Więc ja bym się tak bardzo tym nie ekscytował.

I w ogóle takie założenie, że jeżeli coś ma być płatne to, zobaczcie, to Vero niby milion użytkowników bezpłatnie, a potem będą płatne treści. Oni się reklamują tym, że nie będzie reklam na Vero, więc te algorytmy będą trochę inaczej działały. Ale jeżeli coś będzie płatne, to w związku z tym się zawęży grono tych osób, które tam będą wchodzić i z tego korzystać. Bo nie wiem, czy na przykład ktoś z Was tutaj obecnych używa aplikacji, zdaje się, VSCO. Ma coś takiego – swoją wewnętrzną sieć społecznościową. I tam trzeba też jakiś abonament zapłacić i tam możesz mieć swoje konto, publikować, bla bla bla. Nie wiem, czy Wy z tego korzystacie? Ja nie. Ale na pewno jest tam sporo fotografów, więc jak chcecie się wypromować wśród fotografów to polecam – też tam można się dodać. Wiem, że jeden z takich fotografów, których znam to tam szaleje. Marko Marinkovic – możecie sobie go sprawdzić. On tam bardzo często reklamuje to, że jest na tym VSCO. Nie wiem, czy jest sponsorowany jakoś przez nich czy nie.

I temat ostatni, czyli to pytanie o RODO. Masakrujecie mnie tym pytaniem. Po prostu przychodzi tyle jakiś zapytań, co to jest to RODO, czy będzie odcinek podcastu Niezłe Aparaty o RODO. I odpowiadam, jak zawsze, nie będzie podcastu o RODO. W Małej Wielkiej Firmie chyba jest taki podcast. Był odcinek o RODO. Był tam jakiś adwokat i jak chcecie się czegoś więcej dowiedzieć o RODO – tak ściślej, jak to tam będzie wyglądało, czego dotyczą konkretne tam przepisy, to Was odsyłam do tego podcastu, bo tam jest to wszystko szczegółowo wyjaśnione.

Z tego, co ja na przykład zrozumiałem, to chodzi o sposób przechowywania danych. W jaki sposób dysponujemy tymi danymi osobowymi. I wiem, że wielu fotografów się tym stresuje – na przykład, czy to się będzie wiązało z tym, że wizerunek też będzie daną osobową. Czy będziemy mogli pokazywać zdjęcia na stronie internetowej? I wydaje mi się, że tak, jak w przypadku wszystkich rzeczy – takich nowych przepisów – trzeba na spokojnie. Trzeba poczekać jakiś czas. Zobaczymy, w którą stronę to pójdzie.

Tak na dobrą sprawę, ja powiem coś kontrowersyjnego – nie jestem tutaj taki grzeczny, jak się wydaje niektórym. Wydaje mi się, że to jest taki straszenie ludzi. Kolejna forma wyciągania hajsu od nas jako przedsiębiorców, żeby na przykład iść na szkolenie o RODO. Zobaczcie swoje skrzynki pocztowe. Czy już przyszło Wam przynajmniej z pięć ofert „przygotuj firmę do RODO, bo coś tam”. I jakieś szkolenia za gruby hajs, żeby się dowiedzieć, jak przygotować swoją firmę do RODO. I słuchajcie, nie panikujcie. Nasze firmy to są jedno-, dwu-, trzy-, cztero-, no nie wiem, pięcioosobowe takie fotograficzne. To nie są jakieś wielkie ilości danych. Jak sobie macie to wszystko skatalogowane w jakiś fajny sposób, do którego nie ma dostępu z zewnątrz, to wydaje mi się, że to jakoś wielce nie wpłynie na naszą sytuację, jako fotografów.

Jeżeli się tak bardzo cykacie tego, co RODO może przynieść, to polecałbym Wam, żebyście zainwestowali trochę w taki, to się nazywa SSL, takie zabezpieczenie na stronie. Nie pamiętam dokładnie nazwy, jak to się techniczne nazywa. Będziecie chcieli, to Wam dam… Aha, to jest certyfikat taki na stronie internetowej. Jak wchodzicie na strony internetowe to czasami jest taka informacja, że „strona niezabezpieczona” albo „strona bezpieczna”. I takie certyfikaty można kupić od firm, które zajmują się w ogóle budowaniem stron internetowych. I wtedy certyfikat wychodzi około dwóch dych za stronę na rok. A jak się kupuje od dostawcy hostingu to wtedy ma się za stówę. Czyli jak ktoś będzie chciał, to ja mogę tam polecić jedną firmę, od której ja kupiłem i już oni mi tam to instalują. Bo chodzi o to, żeby nie dać hakerom możliwości przechwytywania danych, które ludzie wklepują na przykład wypełniając formularz. Bo jak ktoś już zostawia takie dane osobowe typu imię, nazwisko, plus email, plus data ślubu i miejsce, to to już są poważne dane, za pomocą których można kogoś namierzyć i tak dalej. Natomiast na podstawie wizerunku nikt nie weźmie kredytu w banku. To że ktoś wykradnie ten wizerunek z Waszej strony to nie będzie jakaś wielka tragedia dla tej osoby, która jest przedstawiona na tych zdjęciach.

Więc apelowałbym o to, żeby nie panikować. RODO… wcześniej było jakieś tam GIODO – też straszyli. I w związku z tym było na przykład coś takiego, że też trzeba by było formalnie pytać wszystkich gości, którzy na przykład są na zdjęciu weselnym „czy mogę opublikować zdjęcie, na którym Pan jest?”. No to jest po prostu niemożliwe, żeby każdego zapytać. Natomiast też jest taka zasada – rozmawiałem z moim prawnikiem – że jak macie zdjęcie i jest tam na przykład grupa osób i ktoś nie stanowi takiego głównego wątku tego zdjęcia i za niego podstawilibyśmy inną gębę i zdjęcie by wyglądało tak samo, to nie trzeba się wielce żołądkować, denerwować, pytać się człowieka, czy mogę, czy nie mogę. Wiadomo, że ktoś, kto dysponuje tą swoją facjatą może do Ciebie napisać czy do mnie „hej Jacku, proszę Cię usuń zdjęcie ze mną, bo tam nie chcę pojawiać się na Twoim blogu w takich okolicznościach”. Dobra, nie ma sprawy, usuwam, pyk, grzecznie. Wszystko na ten temat. Tak że myślę, że to wszystko na spokojnie podejdźcie sobie, że jest tam jakieś GIODO.

Czym ja uważam, że powinny się jakieś takie rzeczy typu GIODO zajmować? Uważam, że coś powinno się zrobić z takimi mailingami, które przychodzą i z których się nie mogę wypisać. Na przykład nie zapisywałem się na czyiś tam newsletter czy mailing, czy spaming, czy jakkolwiek to nazywać. Nie mogę się z tego wypisać. Powinno być coś takiego, że jest jakiś urzędnik, typu ten cały GIODO czy coś, piszę do niego czy na jego stronie zgłaszam, że „hej, ktoś mi takie maile wysyła – proszę coś z tym zrobić”. A nie takie, że ścigają zwykłych fotografów niewinnych i tak dalej.

Ja w ogóle o tym wypisywaniu się z mailingów, które przychodzą, które tolerujemy przez dłuższy czas, typu jakiś booking, jakieś hotele i inne jakieś linie lotnicze. Ja przez długi czas myślałem „dobra, wrzucę to do kosza”. Ale to tak zajmuje dużo czasu, że zacząłem po prostu konsekwentnie usuwać te rzeczy, wypisywać się z tych wszystkich list i jest mega spokój na poczcie. Tak że Wam też polecam takie podejście.

Dzięki Wam za obecność! W przyszłym tygodniu oczywiście też się widzimy, tylko jeszcze nie wiem, w który dzień i jeszcze nie wiem, o której godzinie. Tak że znowu będzie z zaskoczenia. Dzięki serdeczne, pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i do zobaczenia w kolejnym Fleszem Po Oczach!

Leave A

Comment