Odwieczne pytanie fotografów: jaki obiektyw kupić, co się bardziej opłaca? Zoom – dający większą swobodę czy jednak jasny obiektyw stało-ogniskowy?

Fleszem po oczach – audycja powstała jako odpowiedź na pytania odbiorców mojego newslettera dla fotografów.

Temat miesiąca na Fotopolis. Zoom czy stało-ogniskowy obiektyw – jaki wybrać do fotografii ślubnej i sesji rodzinnych? Inwestowanie w sprzęt, kiedy i jakie obiektywy kupić? Jasność obiektywu i szybkość autofokusa ma przy fotografii ślubnej i rodzinnej ogromne znaczenie. Temat pojawił się przy okazji pytań od portalu Fotopolis. Cieszę się, że mogłem zabrać głos w tej dyskusji obok tak znaczących fotografów ślubnych.

Na blogu Niezłych Aparatów pojawiło się zestawienia najlepszych zdjęć miesiąca (wśród fotografów tagujących swoje zdjęcia na Instagramie #niezleaparaty).

Porozmawiamy w tym odcinku o tym jak w łatwy sposób znaleźć sobie swoją własną niszę w fotografii, coś w czym nie będziemy mieć dużej konkurencji i dzięki czemu odróżnimy się od konkurencji. Przykład: fotografia lifestyle (dawniej fotografia rodzinna), fotografia sensualna (dawniej sesje kobiece, fotografia buduarowa), sesje miłosne (dawniej: sesje narzeczeńskie, zaręczynowe, rocznicowe, dla par etc.) Reklama w oldskulowym stylu, lokalnie w sklepach. Bez internetu dla kogo? Jak znaleźć klientów na zdjęcia rodzinne? Poza tym porozmawiamy o tym jak podnieść ceny za zdjęcia, bez podnoszenia ceny, jak zarabiać więcej na fotografii, jak pisać maile do klientów pytających o dostępność terminu. I oczywiście: temat elektryzujący fotografów, czyli targi foto wideo w Łodzi 2018.

Zapis audycji:

P#6 FPO STAŁKA CZY ZOOM, NAJLEPSZE ZDJĘCIA, WŁASNA NISZA W FOTOGRAFII

Cześć Niezłe Aparaty! To jest szósty odcinek Fleszem Po Oczach. Witam Was wszystkich serdecznie. Przypominam, że ta audycja jest odpowiedzią na pytania, które zadajecie mi z newslettera. Mam nadzieję, że oglądaliście już przeszłe odcinki. Ten, jak powiedziałem, jest szósty.

Jeżeli ktoś z Was dopiero odkrył ten kanał, zapraszam Was do subskrybowania używając takiego przycisku z prawej strony Waszego ekranu. Da to możliwość YouTube’owi powiadomienia Was o kolejnych live’ach. Z tego, co pewnie zdążyliście się już zorientować, te live’y nie są konsekwentnie prowadzone przeze mnie w jakiś konkretny dzień, tylko po prostu wtedy, kiedy mam czas. A w tym tygodniu trochę wcześniej się spotykamy, dlatego, że ja wyjeżdżam jutro na targi do Łodzi i po prostu postanowiłem nie rezygnować ze spotkania z Wami, dlatego że mam kilka ważnych ogłoszeń dla Was. I dlatego, że – tak jak powiedziałem w odcinku piątym – chcę pokazać Wam, że w internecie buduje się pewne rzeczy poprzez konsekwencje. Nie mogę być tutaj gołosłownym i będę starał się to udowadniać tym kanałem.

Dzięki, że byliście na poprzednim live’ie. Ten, jak obiecałem, zaczniemy od tego, że ogłoszę nowy post z najlepszymi zdjęciami z Instagrama. Chodzi mi tutaj o zdjęcia z hashtagiem #niezleaparaty, które pojawiły się na Instagramie w marcu. W tym miesiącu postanowiłem troszeczkę ograniczyć ilość wybranych fotografii, dlatego, że ostatnio wybrałem dużo, a nie chciałem, żebyście odnieśli wrażenie, że ten plebiscyt czy w ogóle zbieranie tych zdjęć służy temu, żeby było jak najwięcej podzieleń na Facebooku. Bardziej zależy mi na tym, żeby po prostu wybierać, wyłuskiwać te, które naprawdę mi się najbardziej podobają. Nie ukrywam, że chciałbym oczywiście publikować więcej, ale to wszystko zależy od tego, jakie fotografie opublikujecie w hashtagu #niezleaparaty na Instagramie.

Jeżeli będziecie ciekawi, jakie zdjęcia wybrałem, to zapraszam Was do korzystania z linka, który jest pod spodem tego wideo albo po prostu udajcie się na stronę NiezleAparaty.pl i tam pod ukośnikiem /Blog czy po prostu w zakładce Blog w menu znajdziecie ten post – tak samo, jak posty z poprzednich miesięcy.

Podoba mi się to, że w hashtagu pojawiają się teraz nie tylko zdjęcia ślubne czy zdjęcia rodzinne, ale też pojawiło się kilka takich, powiedzmy, zdjęć ulicznych. Tak że widzę, że grono słuchaczy podcastu i w ogóle grono Niezłoaparatowiczów powiększa się. W związku z tym bardzo mi miło, że Niezłe Aparaty inspirują nie tylko fotografów ślubnych. To był mój cel, żeby inspirować czy integrować naszą grupę fotograficzną – takich właśnie ślubniaków i tych, którzy robią zdjęcia rodzinne, ale pod wpływem różnych rozmów, które miałem przy okazji podcastu stwierdziłem, że faktycznie ten podcast powinien wyewoluować w stronę bardziej fotograficzną niż tylko się skupiać na jednym temacie. My jako fotografowie na pewno będziemy się dzięki temu rozwijać.

Zoom czy stałka?

Chciałbym zacząć może od takiego pytania, które przyszło ostatnio z portalu Fotopolis. Fotopolis pewnie kojarzycie – to obok Fotoblogii jest jeden z takich bardziej poczytnych portali fotograficznych. Zresztą polecam Wam, żebyście zaglądali na te strony.

Fotopolis czy właściwie Michał Chrzanowski z Fotopolis postanowił sobie zrobić taki zbiorczy artykuł, pytając – tutaj jest napisane – profesjonalnych fotografów ślubnych. To wiadomo, że wybrał sobie ludzi, którzy mają już duże doświadczenie w branży. Postanowił właśnie zebrać odpowiedzi na pytanie: zoom czy stałka?

Ja w odcinku piątym Fleszem Po Oczach mówiłem, że nie jestem jakimś wielkim ekspertem sprzętowym. Nie jest to mój konik i ja nie interesuję się wszystkimi najnowszymi nowinkami. Natomiast obiecałem też, że pewne tematy związane ze sprzętem również się będą pojawiały. No i wykorzystują to, że właśnie Michał z Fotopolis zaprosił mnie do tego, żebym się wypowiedział na temat obiektów, które warto stosować w fotografii ślubnej, to ten temat się tutaj pojawia.

Od razu mówię, że jestem zaszczycony, że mogłem się pojawić w towarzystwie tak znakomitych fotografów, którzy się tutaj wypowiadają. Zresztą link do tego artykułu na Fotopolis znajdziecie również w opisie tego odcinka. Powiem Wam tylko, że akurat tych kilku fotografów, których znam, na przykład LM Foto, jak widzicie oczywiście jest Grzegorz na początku – Grzegorz „Moment”. Natomiast z tych, których ja znam i kojarzę, to oczywiście Borys Roswadowski z naszej grupy niezłoaparatowej i Marcin Rusinowski z 5Czwartych. Oczywiście pojawia się też LM Foto i jeszcze kilku innych. I tutaj widzicie – Pan Zdzisław, czyli ja – Jacek Siwko, też się tutaj załapał. Niektórzy powiedzą, że może na wyrost takie zaproszenie. Nie wiem. Nie mnie to oceniać. Też Was zachęcam do tego, żebyście przeczytali uważnie wszystkie wypowiedzi fotografów, bo każdy troszeczkę inaczej podszedł do tego tematu.

Dla mnie osobiście takim wyborem numer jeden są oczywiście stałki. Przede wszystkiem mają szybszy autofocus i ten autofocus jest o wiele celniejszy niż w zoomach. Ale ja to mówię z perspektyw człowieka, który działa na Canonach i tutaj są pewne nawet żarty na ten temat w stosunku oczywiście do wszystkich modeli. Jak ktoś ma 5D Mark IV, to nie ma już jakiś problemów z autofocusem, ale domyślam się, że tylko część z widzów Fleszem Po Oczach czy też część słuchaczy podcastu Niezłe Aparaty ma 5D Mark IV, więc reszta canoniarzy wie, o czym mówię.

Nie będę Wam tutaj streszczał tej mojej odpowiedzi – tego, co powiedziałem dla Fotopolis, dlatego, że chciałbym po prostu, żebyście weszli na ich stronę i poczytali sobie. Zostawcie sobie może ten artykuł na jakiś taki moment, w którym będziecie mieli troszeczkę więcej czasu. Ja wiem oczywiście, jaka jest kwestia w internecie – wspominałem o tym przy okazji naszego ostatniego spotkania. My fotografowie czy w ogóle internauci mamy strasznie ograniczoną uwagę i nie skupiamy się na tych rzeczach, które migają nam na ekranie. Wydaje mi się, że ten artykuł jest objętościowo bardzo długi. Wymaga też troszeczkę większej ilości czasu, dlatego dopiszcie sobie go do zakładek czy jakieś przypomnienie sobie w telefonie ustawcie, żeby wieczorem, gdy już wszystkie dzieciaki pójdą spać albo dla tych, którzy nie mają dzieci, to jak na przykład kot pójdzie spać, to wtedy zajmiecie się czytaniem tego artykułu, bo naprawdę warto. Myślę, że takie porady będą wskazane nawet nie tylko dla takich osób, które dopiero zaczynają, ale dla wszystkich. Jak wiadomo fotografowie to są osobnicy, którzy zawsze starają się powiększać tę swoją szklarnię – kolejne inwestycje są w Waszych planach.

Błędy inwestycyjne w fotografii

Przy okazji tego pytania „zoom czy stałka” przypomniało mi się coś takiego, co chciałem Wam powiedzieć o moich błędach inwestycyjnych. Uważam, że akurat w fotografii – w ogóle chyba w jakimkolwiek biznesie, jaki prowadzicie – jest ważne to, żeby najpierw zarobić, a potem wydać kasę. Czyli na przykład, jak jesteście fotografem, który robi sesje rodzinne i za taką sesję zgarniacie parę stów, to z każdej takiej sesji warto sobie odłożyć część, powiedzmy, 10-20% na przyszłe inwestycje w sprzęt.

Oczywiście na początku trzeba trochę wyłożyć, żeby mieć ten sprzęt. Natomiast ja za bardzo chciałem mieć wszystko naraz, czyli myślałem sobie, że muszę mieć na pewno obiektyw 28… czy to wtedy było chyba 24, potem 35, 50… jakąś tam 100, jakiś tam zoom 70-200 i ja to musiałem mieć po prostu od razu. Byłem taki niecierpliwy. W związku z tym część moich obiektywów to były takie wybory typu „gorsze zło”. Chodzi o to, że kupiłem sobie na przykład jakiś obiektyw, który nie był wcale jasny, tylko dosyć ciemny. Miał wartość przysłony zaczynające się od 4.0, do 5-6, jak się go tam wydłużało. I to było beznadziejne. Po co mi w ogóle taki obiektyw, no nie? Ja go musiałem od razu sprzedać po jakimś czasie, gdy się zorientowałem. Ale tutaj mówimy o czasach, kiedy ja dopiero wchodziłem w branżę fotograficzną. Czyli założyłem sobie firmę i stwierdziłem – dobra, zaczynam, muszę mieć wszystkie sprzęty, dlatego, że jak przyjdę na zlecenie z jednym obiektywem to powiedzą „kurde, co to za fotograf – on nie ma obiektywów, nie zmienia, nie żongluje tymi obiektywami cały czas”.

Tak sobie pomyślałem, że podzielę się z Wami taką radą inwestycyjną, żeby najpierw sobie właśnie zarobić na ten obiektyw. Przede wszystkim jest też jeden plus takiego odkładania, takiego ciułania na ten wymarzony obiektyw – wtedy ma się dużo czasu, żeby poczytać różne testy, zastanowić się, popytać znajomych fotografów, który obiektyw warto kupić, który obiektyw będzie się najlepiej sprawdzał w Waszych zleceniach? Jeżeli się od razu chce kupić wszystkie obiektywy, to się kupuje tak „a dobra – chcę kupić ten, tamten i tamten”, bez takiego przejechania się po portalach, jak Fotoblogia czy Fotopolis, bez czytania recenzji na Optyczne.pl czy coś takiego. A to jest droga donikąd. To jest droga do wyrzucania pieniędzy.

Słyszałem o jednym fotografie, który wydał na sprzęt z 30 000 zł i tak sobie siadł na krzesełku i czekał na zlecenia. Czyli ktoś, kto nie miał tak naprawdę żadnych zleceń pomyślał sobie, że kupi sobie zarąbiście profesjonalny sprzęt i zaraz klienci przylecą. To też jest taka droga donikąd. Wydając pieniądze chcemy mieć szybki zwrot z inwestycji. W momencie, kiedy nie mamy firmy rozkręconej, to kupując sprzęt z najwyższej półki, tak naprawdę nie wiem, gdzie zajedziemy. Ale jakieś koszty stałe się pojawiają w firmie i wtedy z czego brać? Czyli lepiej tak, jak chyba w podcaście z Tomkiem Zienkiewiczem, on mówił o takiej poduszce finansowej, którą warto mieć w firmie i która pozwoli Wam na taką większą niezależność w braniu pewnych zleceń. Wydaje mi się, że zamiast kupować ten sprzęt taki, który Was spłucze kompletnie, lepiej zostawić sobie trochę pieniędzy na takie niebezpieczeństwo, że przyjdzie płacić ZUS albo jakiś podatek, albo cokolwiek innego – samochód się zepsuje… I kupić sobie na przykład jeden porządny obiektyw i od tego zacząć tak naprawdę.

Wydaje mi się, że w którymś z odcinków Fleszem Po Oczach – chyba w trzecim – mówiłem o tym, żeby zrozumieć najpierw swój sprzęt, swój obiektyw. Fajnie by było, żeby zrobić sobie coś takiego, że podpinamy obiektyw i przez dłuższy czas staramy się fotografować tylko jedną ogniskową. Kiedy bierzemy potem aparat i przykładamy do oka, wiemy już, jaki obraz otrzymamy.

Widzę, że są u Was tak rozbieżne opinie od 35 do 85 i nawet 70-200, ale najczęściej pojawia się 50 i 35. Widzę, że nawet Magda Mizera się pojawiła. Cześć Magdaleno! Pięćdziesiątka u Ciebie, bo Ty jesteś takim grzecznym fotografem, a wydaje mi się, że ci tacy wariaci, na przykład streetowcy, którzy chodzą na street – nie wiem Magdalena, może chodzisz na street, ale nie widziałem nigdy twoich zdjęć – widziałem te takie poetyckie, piękne fotografie. Do nich właśnie pięćdziesiątka idealnie pasuje. A przy streecie na przykład, kiedy ma się do czynienia właśnie z jakąś taką mega szybką akcją, to te krótsze ogniskowe fajnie się sprawdzają też ze względu na to, że im krótsza ogniskowa, tym szybciej focus działa.

Michał mówi, że męczy 28 mm, 1.8. To jest chyba najtrudniejsza ogniskowa z tych, z których korzystałem. Powiem szczerze, że szersze obiektywy niż 28, to jest już dla mnie dramat. To jest już nie do użycia. Przynajmniej w tej chwili wypowiadam się w ten sposób. Natomiast te 28 też męczę i szczerze powiedziawszy tam trzeba oczywiście zachowywać pewne zasady nie kadrowania czyjejś głowy w części kadru, dlatego, że on tutaj rozciąga już człowieka na fotografii i nie jest najkorzystniejszym obiektywem. Ale reportersko to na pewno 35 i 28 są równie dobre. Chociaż jak rozmawiałem z panem Tomaszem Tomaszewskim, to powiedział, że nie – 28 to jest dramat i nie powinienem używać tego obiektywu, tylko kupić sobie 35 i tam podał jakąś taką za 30 000 zł. Stwierdziłem, że posłucham rady, ale nie wiem kiedy. Tak że zostawiam ją sobie na później.

Magdalena Mizera tutaj się podcina komplementem, czyli o moim fajnym biurze. Powiem Ci, że biuro – tzn. przynajmniej tę wersję, którą widzicie, tj. ten mój radiowo-telewizyjny kącik, to mam już w miarę ogarnięte. Ale jest jeszcze tu kilka rzeczy, które muszę zrobić. Dopiero jestem tutaj od trzech miesięcy chyba – jakoś tak. Tak że małymi kroczkami tutaj się urządzam. To jest też fajny temat w ogóle, żeby tworzyć sobie przestrzenie, w których się dobrze czujecie, w których można się skupić na tym, co trzeba zrobić. I oczywiście fajnie można sobie to wszystko urządzić w domu. Natomiast ja już, w mojej sytuacji życiowej w domu robić cokolwiek zawodowego, to jest – że tak powiem – bardzo duże ryzykanctwo i z tego tematu zrezygnowałem.

Jak znaleźć swoją niszę w fotografii?

Słuchajcie, w zeszłym tygodniu miałem poruszyć z Wami taki temat, który wiąże się też z takim pytaniem, jakie przyszło, to znaczy jak znaleźć swoją niszę w fotografii. To pytanie przyszło od odbiorcy newslettera. Chodziło o niszę w fotografii. Jak znaleźć to, czym chcielibyśmy się zajmować, a jednocześnie jak ogłosić światu, że my się zajmujemy takim czymś?

Szczerze powiedziawszy, ja do tego tematu podszedłbym nieco inaczej. Może nie analizować, to co mi się podoba i to co jest na rynku, tylko podpowiem Wam pewien trik, który zrobili niektórzy fotografowie. Być może jest to takie tłumaczenie z angielskiego tej dziedziny fotografii, którą mam w tej chwili na myśli, ale zobaczcie: kiedyś mieliśmy do czynienia z takimi fotografami, którzy się tytułowali, że są fotografami rodzinnymi. W tej chwili mamy, owszem, takich rodzinnych, którzy tak się pozycjonują w sieci, natomiast mamy zupełnie taką nową działkę… Być może nie nową, bo ktoś powie, że już kilka sezonów, ale takich fotografów lifestyle’owych.

W tym momencie zawiesiłem trochę głos, ale chodzi mi o to, że co to jest ten lifestyle? Czy to nie jest czasem właśnie sesja rodzinna, tyle że w domu, w naturalnym środowisku danych ludzi? Wydaje mi się, że o tę samą rzecz chodzi. Tak że tutaj takie szukanie własnej niszy, czyli odgrodzenie się od takiej liczby osób, które się zajmują fotografią rodzinną i wejście w taką małą grupkę, która się specjalizuje w fotografii lifestyle’owej. Już pozycjonujesz się do klientów, którzy chcą sesji lifestyle’owej, nie fotografii rodzinnej – nie sesji rodzinnej, tylko lifestyle’owej.

Ja wiem, że to jest niby to samo, tylko że zobaczcie, jak postrzegają to klienci. I w tym momencie, jeżeli wy na przykład wpadniecie na to, żeby zrobić sobie własną niszę, to jesteście bezkonkurencyjni. Albo na przykład wchodzicie w coś, co się na nowo określa, wynajduje sobie nową nazwę. Tak, jak mieliśmy sesje kobiece, sesje buduarowe – a teraz się mówi sesje sensualne. A tak na dobrą sprawę, to jest ta sama dziedzina, tyle że niektórzy fotografowie mówią „ja jestem bardziej buduarowy”, „a ja jestem bardziej sensualny”, taki, śmaki… Dla klientów to nie ma znaczenia. Oni tego tak nie postrzegają. Są osoby, które usłyszą „o, tutaj miałam jakąś sesję sensualną – chciałabym właśnie pójść na taką sesję” i tylko takich fotografów będzie szukała w sieci taka kobieta. Albo na przykład mama dzieci, która usłyszała, że teraz modne są sesje lifestyle’owe.

Chodzi mi o to, że fajnie poszukać sobie nowych dziedzin. To znaczy wśród starych kategorii fotograficznych wejść sobie w nową ścieżkę i tak zobaczycie, że konkurencja jest mniejsza. Natomiast poprzez to, że jest to nowe nazewnictwo… Przynajmniej to jest to, co ja obserwuję – że jak nazwiesz sobie właśnie „lifestyle’owo”, to wtedy jesteś uprawniony do tego, żeby kasować więcej niż za sesję rodzinną. To jest już sesja taka nowocześniejsza i tak dalej.

Dajcie znać, czy zgadzacie się z takim poglądem. Być może ja tu przesadzam? Być może ja szukam dziury w całym i wykminiłem sobie coś, co tak na dobrą sprawę nie jest prawdą – że sesje lifestyle’owe są zupełnie czymś innym niż sesje rodzinne, w domu na przykład. Możecie mnie zmasakrować. Jeżeli to oglądacie w powtórce, to proszę zostawcie komentarz.

To nie jest oczywiście atak na fotografów, którzy siebie nazywają mianem właśnie lifestyle’owych, dlatego, że ja Was bardzo szanuję i też gratuluję tego, że potrafiliście wyjść z tej dużej kategorii „Fotografia rodzinna” i wypozycjonować się w takiej troszeczkę mniejszej niszy. To jest super. Właśnie dlatego o tym mówię, żeby polecić innym, którzy oglądają Fleszem Po Oczach, żeby właśnie w ten sposób pomyśleć, żeby pokombinować troszeczkę.

Jeszcze dam Wam jeden taki przykład tego, co się dzieje z nazewnictwem sesji. Słyszałem jakiś czas temu o tym, że sesje narzeczeńskie czy sesje zaręczynowe, które już i tak były pewną nowością – parę lat temu w Polsce to nie było robione. Teraz określane są mianem sesji miłosnych. Czyli do tej kategorii można też wrzucić jakieś sesje niekoniecznie związane z tym faktem, że ktoś jest zaręczony, niekoniecznie z tym faktem, że ktoś jest po ślubie – może ktoś być na przykład w jakimś nieformalnym związku, pod warunkiem, że ten związek jest jakby ogłoszony publicznie. Nie jest to jakiś skok w bok. Miałem nie mówić jakiś kontrowersyjnych rzeczy na tym kanale, ale taki mi się przykład w głowie trafił, że w sumie powiem – YouTube pewnie da mi jakiegoś bana. Że ktoś przychodzi na sesje z kochanką na przykład, dajmy na to. No ale to jest głupi przykład.

Chodziło mi o to, że sesje miłosne są tak naprawdę tą samą kategorią, co sesje narzeczeńskie, natomiast po prostu inaczej się nazywają. Tutaj wydaje mi się też, że wychodząc z kategorii fotografa, który robi sesje narzeczeńskie, a oferuje sesje miłosne, to już jesteście artystami większego kalibru i już możecie kasować więcej. Tak że namawiałbym Was do tego, żeby się zastanowić, czy na przykład nisza, w której się znajdujecie nie jest zbyt zatłoczona – czy nie warto poszukać czegoś innego?

Na przykład można wymyślić nawet własną nazwę – nie wiem, teraz nie będę Wam dawał gotowych pomysłów. Chciałem Wam tylko pokazać takie przykłady, które uważam za charakterystyczne dla tej myśli, którą miałem. Czyli odnoszące się do tego pytania.

Widzę, że są też pytania. Mariusz, czyli nasz Niezłoaparatowicz z pierwszej w ogóle edycji warsztatów, z Mikołajek – warsztatów fotografii Niezłe Aparaty. Pisze, że wyliczył, że fotografów lifestyle’owych jest około czterdziestu. Lifestyle to fotografia bez pozowania i patrzenia w obiektyw.

No właśnie Mariusz i zobacz – co tu jest nowego w tym, że nie ma patrzenia w obiektyw? Przecież fotografowie rodzinni tak samo robią zdjęcia, na których ludzie nie patrzą w obiektyw. To po prostu jest kwestia nazwy i wydaje mi się, że nie tyle nawet propagandy, co marketingu. To jest bardzo dobry ruch ze strony tych fotografów. Zobaczcie, jak wpisać „fotografia rodzinna”, to jest miliard… No może nie miliard, przesadzam. W tej chwili nie będę wchodził na Google, ale jak wpiszecie sobie frazę „fotografia rodzinna” to zobaczycie, że tych potencjalnych stron, które są o tematyce fotografii rodzinnej jest znacznie więcej niż „fotografia typu lifestyle”. Tutaj oczywiście Google, jak wpiszecie lifestyle – bo to nie jest polskie słowo – to Wam podrzuci też wyniki fotografów zagranicznych, więc ta liczba oczywiście będzie większa. Możecie sobie to sprawdzić. Bazując na wyliczeniach Mariusza, jest ich około czterdziestu. Podejrzewam, że po tym odcinku Fleszem Po Oczach będzie już więcej.

Oczywiście nie namawiam, żeby zrobić ten taki szybki skok, że od razu z dnia na dzień ktoś się stanie lifestyle’owym. Musicie też wyczuć pewien trend, który się dzieje w obrębie tych słów „fotografia lifestyle’owa”. Jednak to jest takie troszeczkę inne podejście do zdjęć rodzinnych. Chociaż tak, jak mówię, to wszystko już było, bo w fotografii wszystko już było i kwestia jest tego typu, żeby wynaleźć swoją nową niszę i w to jakoś wejść, fajnie się wypozycjonować w tym właśnie, co chcecie robić.

Reklama w oldschoolowym stylu

Okej, przejdę może płynnie do kolejnego pytania, żeby nasza audycja nie trwała też wieki, bo postanowiłem sobie, że dzisiaj po prostu dam Wam spokój i szybko to załatwię. Więc przejdźmy do kolejnego pytania – chodziło o reklamę w oldschoolowym stylu. Ta osoba, która pytała ma problem z tym, że w internecie jest po prostu zbyt duża konkurencja i nawet samo wypozycjonowanie strony w Google zajmuje, powiedzmy, od trzech do sześciu miesięcy, więc na te efekty pracy, którą wkładamy w tej chwili, musimy czekać. A jak zrobić efekt tak naprawdę od jutra?

Wydaje mi się, że tutaj rozwiązaniem jest reklama w oldschoolowym stylu. To jest coś takiego, co można zrobić za pomocą ulotek. I teraz się nie śmiejcie, bo temat ulotek przy fotografii już był obcykany – Bartek Wyrobek swojego czasu zrobił tę taką wielka kampanię YouTube’ową o swoich ulotkach. Natomiast chodzi mi tutaj o coś innego – o takie robienie kontaktów na rynku lokalnych. I ta reklama w oldschoolowym stylu dotyczy właśnie takich lokalnych relacji.

Na przykład, jeżeli ktoś jest fotografem rodzinnym… Uczepiłem się dzisiaj rodzinnych – pozdrawiam Was wszystkich. Ślubni ziewają pewnie, ale ze ślubnych też będzie przykład. No to na przykład możecie sobie wyczaić, jakie są fajne miejscówki, gdzie te wszystkie insta-mamy przychodzą. Czyli na przykład jest jakaś modna kawiarnia – tu w Mrągowie jest jedna, jakieś tam Ciacho-cośtam. Zresztą dzisiaj kupowałem tam pewne produkty. No i ja widzę, że tutaj pojawiają się takie osoby, które byłyby zainteresowane, dajmy na to, taką fotografią, którą ja bym nazwał lifestyle. I gdybym na przykład był zainteresowany, żeby wejść w tę niszę na przykład teraz i żeby zacząć działać już od zaraz – od, powiedzmy, kolejnego tygodnia – to poszedłbym stworzyć sobie jakieś ulotki fajne i starałbym się zostawić je w tym lokalnym miejscu.

Oczywiście tych lokalnych miejsc może być sporo. Na przykład pewnie główną taką rzeczą, która Wam się rzuca do głowy jest ginekolog, bo „o, tutaj są przyszłe mamy, tam można się pokazać ze swoimi ulotkami, zdjęciami i tak dalej”. Radziłbym przemyśleć tę sprawę. To jest też decyzja strategiczna. Nie zawsze takie miejsce, typu ginekolog, gdzie jest najwięcej osób, będzie akurat miejscem, które skupia uwagę Waszych klientów bardziej wymagających.

Przemyślcie też sobie, jak sprawić, żeby to miejsce zaakceptowało Wasze ogłoszenie i na przykład pozwoliło Wam ulotki zostawić. Wydaje mi się, że jednym z takich fajnych pomysłów jest to, żeby pokazać wartość, czyli jest kolejny raz ten temat, który poruszałem – zdaje się – w drugim odcinku Fleszem Po Oczach, przy tej kwestii pisania do influencerów na Instagramie. Żeby pokazać najpierw wartość temu, który ma dla Was coś zrobić. Czyli jak na przykład ja poszedłbym do tej kawiarni, to na pewno bym jakoś zagadał z tą panią, że chcę jej zrobić zdjęcia rodzinne czy tam lifestyle’owe albo bym zrobił po prostu sam z siebie najpierw zdjęcia tego miejsca. Po prostu poszedłbym tam na kawę z aparatem, zrobiłbym super zdjęcia i jej to dał po prostu. I może przy okazji, podczas takiej rozmowy, zapytałbym się, czy mogę kilka ulotek wyciągnąć i wtedy „ryps” – tysiąc kładziesz na stole.

Coś takiego bym Wam radził przy okazji takiej reklamy oldschoolowej. Nie jakieś tam chodzenie, wrzucanie ludziom do skrzynek SPAM-u, bo to jest bzdura moim zdaniem. Tak samo jeżdżenie samochodem z wypisanymi napisami. To może i działa, ale nie będzie tak samo skuteczne, jak skupienie się na jednym takim lokalnym miejscu, gdzie jest grono Waszych potencjalnych odbiorców. I tutaj utnę ten temat.

Michał Lis mówi, że w formie obrazów na ścianach. To na pewno też. Na przykład jakiś czas temu widziałem w szpitalu – mieliśmy poród i było w szpitalu, powiedzmy, taka galeria zdjęć jednej Pani fotograf. I uważam, że to też jest fajny pomysł. Tylko, że wbić się do takiego szpitala ze swoją stałą ekspozycją jest niepomiernie trudniej niż zorganizowanie jakiejś wystawy w miejscu, gdzie się kawę pije – gdzie przychodzą insta-mamy.

Jak rozpoznać klientów i radzić sobie z pytaczami?

Może jeszcze poruszę jeden temat związany z Waszymi pytaniami. Przyszło takie pytanie dosyć skomplikowane, ale to jest z grupy Niezłych Patronatów, czyli tych osób, które wspierają podcast za pośrednictwem Patronite. I takie pytanie padło, jak rozpoznać klientów… Klienci versus pytacze tak zwani.

Nie wiem, czy wiecie, kto to jest taki pytacz. Pewnie mieliście do czynienia z pytaczem, bo pytacz zadaje Wam takie pytanie „czy jest wolny termin i po ile?”. I w tej chwili, jak sobie myślę o tych pytaczach, ile oni mi zmarnowali czasu, takiego życiowego, który mógłbym spożytkować na basenie albo na przykład na leżenie na trawniku z drinkiem i palemką w szklance, to uważam, że masę, masę czasu… Ale to jest koszt prowadzenia biznesu fotografii ślubnej czy fotografii rodzinnej, że pełno będzie takich pytaczy. I pytanie dotyczy tego, jak rozpoznać klientów – takich potencjalnych, czyli osoby, które możemy oczarować naszą osobowością albo naszym podejściem, od tych takich pytaczy, na których w ogóle szkoda marnować naszą energię życiową.

Wydaje mi się, że przede wszystkim tych pytaczy trzeba gnębić pytaniami. Czyli właściwą bronią na pytacza jest pytanie. Ja używam takiej techniki, że jeżeli ktoś pyta mnie na przykład o datę i o cenę, to zanim podam cenę, muszę wiedzieć te wszystkie szczegóły. Czyli pytam go o miejsce ceremonii i zawsze dopisuję w nawiasie, że „proszę podaj też link do strony tego miejsca”. Ja wiem, że to jest kolejny wysiłek, który ta osoba musi włożyć w to przy odpisywaniu. Być może część z Was powie „nie, bo komuś nie będzie chciało – może ktoś wpisze tylko nazwę”, ale jak wpiszecie, że „proszę o link do fanpage’a tego miejsca ślubu czy do strony internetowej kościoła”, to ta osoba, której naprawdę na Was zależy, to ona to zrobi, a ten taki pytacz to powie „a nie, nie będę tego robić – niech spada ten fotograf”. I zobaczcie, ten pytacz, który już zostanie zniechęcony takim filtrem tych dodatkowych pytań już Wam nie odpisze i to jest zysk w postaci wolnego czasu. On i tak by się nie zdecydował na Was, więc tak naprawdę dobrze jest ustalić sobie listę takich rzeczy, o które warto pytać.

Ja też w tej chwili na przykład staram się jeszcze przedzwonić nawet do kogoś. Jak ktoś wypisze mi wszystkie rzeczy, to żeby się zorientować, z kim mam do czynienia po prostu biorę numer telefonu, który mi podał i rozmawiamy chwilę. To nie musi być jakaś długa rozmowa. Ja, jak pewnie zauważyliście, trochę lubię gadać. W związku z tym nie jest to dla mnie jakiś wielki wysiłek. Natomiast dla tych osób, które są introwertykami, które są kompletnie gdzieś tam skupione na swoim wnętrzu i które nie potrafią się przełamać, polecam też taką technikę, taki sposób, żeby się troszeczkę ogarnąć w tym temacie.

Na przykład ja zauważyłem, że mój kolega, który nigdy nie lubił gadać przez telefon i w ogóle nie lubi gadać… Swoją drogą ciekawe, że jesteśmy kolegami, skoro ja lubię gadać, a on nie lubi to okej – dobre połączenie. Na przykład w czasie studiów zaczął pracować w jakimś tam audiotele – w takim, wiecie, gorąca linia czy coś takiego. Nie wiem, jakaś sprzedaż telewizorów czy czegoś tam. I musiał dzwonić do ludzi i ja po prostu po dwóch miesiącach, kiedy koleś pracował w tej firmie, na tej właśnie słuchawce, spotykam gościa i już zupełnie inny człowiek – wygadany, elokwentny. Po prostu mega się otworzył.

Czyli takie podejście, że dzwonię do kogoś, przecież nikt mnie nie ugryzie, to jest jakiś potencjalny klient, mogę usłyszeć jego głos – zobaczyć, zorientować się, z jakim człowiekiem mam do czynienia. Wtedy też wiem, jaki przybrać ton wiadomości email, którą mu odpisuje. Ja staram się na luzie odpisać, ale czasami są takie osoby bardziej formalne, więc po telefonie i po usłyszeniu głosu, który przekazuje masę emocji, ja już wiem, że nie mogę tam pojechać po bandzie w tym mailu – bardziej stonować i tak dalej.

Ale myślę, że sobie ten temat zostawiam do rozwinięcia jeszcze w przyszłych spotkaniach. Jak będziecie mieli pytania to śmiało piszcie w komentarzach.

Jak podnieść cenę… bez podnoszenia ceny?

Zostało jeszcze jedno pytanie na sam koniec. Takie pytanie odnośnie podnoszenia cen. Jak podnieść ceny? Ja postanowiłem troszeczkę je zmienić i dodać takie zakończenie „…bez podnoszenia cen”. Czyli „jak podnieść cenę bez podnoszenia ceny”.

Uważam, że samo podnoszenie ceny jest łatwe, no bo co – bierzemy cennik, dopisujemy pięć stów i już podwyższyliśmy ceny. Tak można by w skrócie powiedzieć. Natomiast jak podnieść cenę bez podnoszenia ceny, to jest zupełnie inna wykmina. Chodzi mi tutaj w tej kwestii o to, że bez podnoszenia ceny jednocześnie więcej pieniędzy zostaje Wam w kieszeni. O to chodzi mi w rozwinięciu tego pytania.

Przy podnoszeniu ceny jest ten temat bardziej skomplikowany i wydaje mi się, że to będzie trzeba rozwinąć w przyszłych odcinkach. Natomiast bez podnoszenia ceny podnieść cenę jest bardzo łatwo. Trzeba się przyjrzeć swojej ofercie i zobaczyć w cenniku, co oferujesz jako fotograf. Na przykład jesteś fotografem rodzinnym, dajmy na to, oferujesz piętnaście odbitek, album, jakiś pendrive. W tym momencie, jak wytniesz na przykład pendrive, który moim zdaniem jest kompletnym nieporozumieniem w XXI wieku, w 2018 roku… pendrive! C’mon, dajcie spokój! Jak ktoś kupi komputer to przypomni sobie „a, mam pendrive od fotografa” i spojrzy… „F*ck, gdzie jest tutaj USB? Gdzie ja mam to podłączyć”? Będzie musiał sobie jakąś przejściówkę na thunderbolt zamawiać. Oczywiście to wszystkie jest do ogarnięcia, ale już teraz myślimy trochę perspektywicznie. Jak dajemy klientom pendrive, to nas to kosztuje. Ja wiem, że to sobie wliczacie już w ofertę, ale w tym momencie jest to pytanie, jak podnieść cenę bez podnoszenia ceny. Czyli usuwając coś, co jest zbędne, typu pendrive, zaoszczędzacie na przykład osiem dych.

I teraz kolejne „bam” dostanę od firm, które dostarczają pendrive’y, pudełka, Bóg wie co. Oczywiście spoko. Ja na przykład jakiś czas temu z Markiem Pacurą rozmawiałem na ten temat. On ma to Wooden Banana. I mówię mu: „Marek, zobacz, za te kilka lat nie będzie pendrive’ów. Nie wiem czy ty już myślisz, co możesz oferować innego fotografom, na czym można dostarczać zdjęcia”. I Marek się wtedy śmiał, że mam rację – że to jest temat przyszłości. W sensie, że tych pendrive’ów nie będzie. Tak samo, jak płyty kiedyś były. Najpierw CD, potem DVD, rzadko kto chyba na tym Blue Ray nagrywał. To wszystko jest czasowe. W pewnym momencie my dostarczamy takie nośniki. A w tej chwili, jak już wiem – bo wiemy na sto procent, że USB pójdzie do kosza – to dostarczanie w formie takiego właśnie patyczka czy czegokolwiek, to jest moim zdaniem strata kasy.

Kupcie sobie jakąś chmurę, z której możecie korzystać do archiwizacji swoich zdjęć i przez tę chmurę wysyłajcie zdjęcia klientom, ale zatrzymując cenę, w której był pendrive wliczony. Zobaczcie, więcej kasy dla Was, więcej kasy zostaje. Te pieniądze możecie oczywiście w części przeznaczyć na chmurę, a część odłożyć do skarbonki z napisem „stało-ogniskowy obiektyw”. To jest taki pomysł dla Was, żeby się zastanowić nad tym, co mogę zrobić, żeby zarabiać więcej mając nawet te same stawki.

Oczywiście podnosząc ceny to wchodzimy na inne półki cenowe i być może to będzie jakieś takie kłopotliwe, żeby to zrobić. To się wiąże też czasami z koniecznością rebrandingu, ogarnięcia się może trochę z umiejętnościami technicznymi. A tutaj rzecz, którą można zrobić tak naprawdę od zaraz – od dzisiaj. I to nie musi być ten pendrive. Ja się uczepiłem tego tematu, bo to mi gdzieś gra w duszy, że po prostu it’s over i to już nie będzie funkcjonowało za jakiś czas – dlatego Wam mówię o tym pendrive’ie.

Mateusz Fotograf pisze, że świat nie stoi w miejscu i właśnie to mam na myśli – żeby się nad tym zastanowić. Tak samo, jak oferowanie jakiś innych gadżetów około fotograficznych. To wszystko wiąże się też z tematem brandingu i jest niezbędne. Natomiast są pewne duperele, które naprawdę klientom nie są potrzebne, a my je oferujemy jako fotografowie. Jeszcze się może nad tym tematem trochę zastanowię, bo nie ukrywam, że te pytania non-stop od Was przychodzą w odpowiedzi na newslettery. Ja staram się niektóre wybierać na zaraz, na szybko, a niektóre lądują w folderze „Do przemyślenia”. I wydaje mi się, że ten temat podnoszenia cen jeszcze wróci do audycji, ale to się już bardziej skupimy na tym, jak budować wizerunek marki i tego, jak konstruować samą ofertę. To jest myślę, że w ogóle hardcore.

To jest oczywiście część rzeczy, które mówię na warsztatach. Ale część mogę ujawnić na kanale YouTube’owym, bo znacie moją teorię, że tak na dobrą sprawę można by było powiedzieć wszystko w internecie otwarcie i tylko jakiś tam 1% czy 0,5% ludzi użyłoby to sobie i potrafiło poskładać z tych elementów, które były w poszczególnych odcinkach i zrobić z tego użytek. A większość i tak potrzebuje to w formie skondensowanej, typu warsztaty. Więc ja tutaj nie mam takiego oporu, żeby taić wszystkie rzeczy, robić je ściśle tajne i dostęp płatny.

Tak że to by było na tyle.

Michał pisze, że dałem mu do myślenia z tymi penami. No zastanówcie się – to są Wasze pieniądze, które tak na dobrą sprawę służą klientom… Ten pendrive – uczepmy się tego przykładu – on służy tylko raz. Do dziadków, pyk, pendrive tam zgrywa i dziadkowi daje czy gdzieś tam mu przerzuca te zdjęcia i to jest wszystko. Potem to leży, kurzy się. Tak naprawdę myślę, że z każdego ślubu czy z każdej sesji rodzinnej ta stówa czy pięć dych została w Waszej kieszeni i wylądowała na tym funduszu inwestycyjnym – to jest to, co mówiłem na początku tego spotkania, przy inwestowaniu w sprzęt. Zobaczcie, te pieniądze można by było fajnie sobie zużytkować. Lepiej niż kurzące się gdzieś w kącie USB.

To chyba tyle, jeżeli chodzi o nasze spotkanie. Tak że dzięki serdeczne! Polecam subskrypcję kanału, żeby nie missować – tak już mówię z angielska – następnych odcinków, żeby dostawać powiadomienia, jak one są online. I oczywiście, jeżeli Wam się podobało to łapka w górę. Dzięki serdeczne. Ostatnio w ogóle ile łapek się posypało pod piątym odcinkiem… Jestem Wam bardzo wdzięczny.

Tak że dzięki serdeczne za kolejne spotkanie. Szósty już odcinek Fleszem Po Oczach uważam za zamknięty. Dzięki serdecznie i do zobaczenia za tydzień. A jak macie jakiekolwiek pytania do mnie związane z tym odcinkiem lub z rzeczami, które chcielibyście, żeby pojawiały się w kolejnych odcinkach, to zostawcie je w komentarzach. Przeczytam je sobie i dodam do mojej listy.

Leave A

Comment