Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym jak sprzedać zdjęcia w Internecie? Co sprawia, że klienci chcą zamówić danego fotografa, lub może powinienem zapytać inaczej… jakie zdjęcia sprzedają, zachęcają do współpracy? O tym w audycji Fleszem po oczach publikowanej przed powrotem z podróży.

Archiwalne odcinki znajdziesz tutaj.

Grupa słuchaczy podcastu FB.

Podcast możecie znaleźć także na iTunes i Spotify.

W odcinku także: co sprzedaje ofertę fotograficzną? Czyli dlaczego pokazywać zdjęcia z sesji gdzie się da.

Czy można sprzedać firmę fotograficzną?

Na grupie Marketing dla fotografów pojawiło się takie oto ogłoszenie: “Chciałabym zakończyć moja działalność fotograficzna . Istnieje na rynku wielkopolskim od 5 lat w tym czasie dorobiłam się sporego portfolio . Posiadam stronę www logo stronę na fb z 1200 obserwatorów oraz na Instagramie około 10K . chodzenie po ślubach zwyczajnie mnie już zmęczyło , nocne rozrywki już nie dla mnie 😉 chyba jestem już stara . Chętnie sprzedam cała wypracowana bazę do tego interesu osobie która zaczyna a nie ma jeszcze portfolio

Post z warsztatów fotograficznych w Toruniu.

Ubiór fotografa na ślubie (artykuł Krzysztofa Basela w Fotopolis):

O nowym odcinku podcastu (zarób milion na fotografii).

Pytania od odbiorców newslettera:

Pytanie do fotografów ślubnych. Zostajecie do oczepin – rzucenie welonem i muchą, czy na cały blok oczepinowy?

Jaki jest Twoim zdaniem rozsądny czas na podpisywanie umów. Mam na myśli to, czy na przykład na rok 2020 lepiej zaczynać zapisy jak najwcześniej? Czy może sam masz jakiś konkretny termin dopiero w 2019 roku. Przeraża mnie to, że dużo osób podpisujac umowy dot wynajęcia sali kilka lat naprzód od razu chcą mieć już fotografa.. (osoby, które szukają okazji podpisują umowy na długi czas przed)

Jak do tej pory największym problemem była Para pod tytułem \”nie lubimy zdjęć, ale musicie coś zrobić bo inaczej nie wypada\” Pani młoda całą mszę zasłaniała się grzywką (a miała ją długą) i przez większość dnia nie odzywała się do nikogo…nawet do swoich gości. Tak introwertycznej Pary nie mieliśmy ani wcześniej ani później. Pracowało się średnio komfortowo.

Użycie danych ogniskowych w poszczególnych momentach dnia ślubu, czyli jakie obiektywy do fotografii ślubnej wybrać, jakim sprzętem fotografuję na weselu.

Fleszem po oczach – audycja powstała jako odpowiedź na pytania odbiorców mojego newslettera dla fotografów.

Zapis odcinka:

JAK SPRZEDAĆ ZDJĘCIA? FPO#10 

Cześć! Czy zastanawialiście się kiedyś może nad tym, co sprzedaje zdjęcia? Albo inaczej: co sprawia, że dana para czy dany klient wybiera danego fotografa? Jaki czynnik wpływa na jego decyzję? O tym dziś w audycji Fleszem Po Oczach. 

Nazywam się Jacek Siwko. Witam Was wszystkich serdecznie w dziesiątym odcinku Fleszem Po Oczach.  

W dzisiejszym odcinku chciałbym z Wami porozmawiać właśnie o tym, co sprawia, że dany klient podejmuje decyzję o zatrudnieniu fotografa. Opowiem oczywiście na pytania odbiorców newslettera, który też się nazywa Fleszem Po Oczach, a także porozmawiamy sobie na różne tematy związane z ubiorem fotografa, bo taki temat pojawił się właśnie w tym tygodniu w sieci. 

Porozmawiamy sobie też o jednej głośnej sprawia, która mam wrażenie, że zniknęła z Facebooka, ale przez jakiś czas tam wisiała i szczęśliwie natrafiłem na taką rzecz. Chodziło o sprzedaż czy próbę sprzedaży firmy fotograficznej. Czy w ogóle da się coś takiego przeprowadzić? Jak wiadomo wszyscy pracujemy na swoje marki, ale czy istnieje możliwość odsprzedaży tego, co my tutaj wypracowujemy, czyli jakiś followersów na Instagramie, na Facebooku i innych sieciach społecznościowych?

Wybór fotografa na ślub

Co sprawia, że klient decyduje się na danego fotografa? 

I pozwólcie, że przejdę od razu do takiego zagadnienia, które na dzisiaj przygotowałem, czyli co sprawia, że dany klient decyduje się na fotografa? Jest bardzo dużo różnych czynników, które wpływają na decyzję. Skupmy się może na samej pannie młodej, bo akurat taki przypadek ja najczęściej przerabiam. Ale to może być każdy inny klient – to może być mama z dzieckiem i tak dalej.  

Moim zdaniem – nie traktujcie tego jako wyroczni, ale z tego, co ja obserwuję – najlepiej sprzedają zdjęcia z sesji. I to jest koniec kropka. Tu już moglibyśmy zakończyć ten temat, ale może trochę pobrnijmy dalej. 

Ja robię też takie konsultacje dla fotografów. Jak wiecie, prowadzę warsztaty i podczas tych konsultacji i warsztatów robię coś takiego, jak audyt strony czy audyt w ogóle tej całej Waszej działalności w internecie – tego, co klient może sobie zobaczyć w internecie, wpisując Wasze dane czy Wasze imię, nazwisko albo nazwę firmy. Klienci zawsze sobie analizują te Wasze strony czy strony tych fotografów, którzy do mnie przychodzą na warsztaty pod takim kątem, że wyobrażam sobie, że jestem potencjalnym klientem. Co mi się podoba, co mi się wydaje, że jest niepotrzebne na tej stronie? Wtedy to wszystko zauważam. 

Blog fotograficzny

My, jako fotografowie, mamy zbyt emocjonalny stosunek do naszych zdjęć. Wydaje nam się, że te zdjęcia są wszystkie wspaniałe. A nie są! Czasami nawet nie chodzi o to, czy zdjęcie jest fajnie naświetlone, czy jest technicznie poprawnie zrobione, tylko gdzie i komu jest zrobione. Być może troszkę to chamsko zabrzmi, ale jak na przykład przejedziecie swój blog fotograficzny – zwróćcie uwagę na co pojawia się w starych postach – tak sprzed kilku lat powiedzmy – dajmy na to, że mówię teraz o fotografach ślubnych, to zwróćcie uwagę na to, jak ubrane są pary młode, w szczególności suknia ślubna. 

Ta moda z perspektywy mężczyzny wydaje się cały czas taka sama, bo suknia ślubna jest biała i dzisiaj też mamy białe, natomiast są pewne kroje, które są już niemodne. Już nie będę tutaj wchodził w jakieś techniczne nazwy, bo pewnie bym się pod tym kątem już wyłożył i skompromitował kompletnie to moje dzisiejsze wystąpienie. Dziewczyny się bardziej znają na sukniach ślubnych i z tym już nie będę polemizował.

Zdjęcie, które sprzedaje (kompozycja czy treść?) 

Natomiast chodzi mi o to, że na przykład czasami panna młoda sobie zobaczy „o tutaj jest ta dziewczyna w takiej jakiejś niemodnej sukni” i pyk, wyłączy sobie stronę – nie chce nawet dalej oglądać. My myślimy jako fotografowie pod takim kątem, że przecież fajne to było zdjęcie – jakaś tam dynamiczna kompozycja i super wszystko wyglądało. Ale panna młoda stwierdziła, że to jest beznadziejna suknia i ona dalej nie będzie przeglądać bloga tego fotografa. Myślicie sobie „przecież to jest irracjonalne”. No tak, ale właśnie na podstawie takich irracjonalnych przesłanek ludzie podejmują decyzje i nie ma z tym co polemizować. 

Zdjęcia weselne

I jeszcze wracając do tych audytów, jak wchodzę sobie na strony fotografów, którzy są początkowym lub takim średnio-zaawansowanym etapie, widzę, że jest bardzo dużo zdjęć z wesel. Tam się dużo dzieje, tam chcecie pokazać, że była taka akcja, jakieś konkursy i różne inne rzeczy, ale bardzo często jest tak, że te domy weselne nie spełniają standardów estetycznych. One wyglądają – mówiąc krótko – brzydko. Ja bym właśnie takie zdjęcia starał się pokazywać w jak najmniejszej ilości. Natomiast uwypukliłbym czy wyciągnął na wierzch te zdjęcia, które są na przykład zrobione na sesji. W jakimś plenerze czy nawet w mieście albo, powiedzmy, na łonie natury.  

Zauważcie, że bardzo często ci fotografowie, którzy robią śluby destination też nie promują zbytnio zdjęć z wesel. Głównie skupiają się właśnie na tych plenerach, bo to plenery sprzedają. I to nie jest żadne przełomowe odkrycie. Wystarczy spojrzeć na to, co się dzieje na Instagramie i zobaczycie, że tam po prostu większość zdjęć, które się pojawiają u fotografów, to są właśnie plenery. Być może to będzie dla części z Was nowa wskazówka. Dla części będzie to po prostu przynudzanie o czymś, co już wiecie, ale wydaje mi się, że warto to podkreślać. Tym czynnikiem, który napędza ekscytację wśród par młodych czy wśród potencjalnych klientów jest właśnie sesja plenerowa. Ja bym stawiał na to, żeby pokazywać jak najwięcej tych zdjęć. 

Edukacja fotograficzna klientów

Oczywiście tutaj mogą się pojawić fotografowie, którzy powiedzą, że dla ich klientów najważniejsza jest kompozycja, jakieś wieloplany i tak dalej, ale będę się upierał przy tych sesjach dlatego, że większość klientów – i to z przykrością mówię – nie jest wyedukowana fotograficznie. W związku z tym oni nie potrafią docenić tego, że tu przechodził pies, tam jeszcze skakała jakaś owca przez płot, para się całowała i gdzieś tam jeszcze przeleciał jastrząb, tworząc super dynamiczny i mocny kadr, który z powodzeniem mógłby być wysłany nawet na World Press Photo. Dla pary będzie to kolejne zdjęcie, takie tam sobie. Oczywiście, jeżeli mówimy w takich humorystycznych kategoriach. 

Natomiast to, co jest bardzo szarpiące za serce – przynajmniej moich klientów czy moje klientki – jest to, że na przykład stoi sobie dziewczyna z chłopakiem i jest światło z tyłu, tło jest rozmydlone kompletnie i myśli sobie „takie właśnie zdjęcie chcę”. Widzę to na podstawie tego, że obserwuję własnych klientów i obserwuję to, co oni mi pokazują, że na przykład takie zdjęcie i taka sesja im się podobały.  

Namawiałbym Was do tego, żebyście jak najwięcej postawili na te zdjęcia, które będą pokazywały właśnie sesje.  

Czy da się sprzedać biznes fotograficzny? 

Teraz chciałbym przejść do takiego tematu, który się pojawił ostatnio w internecie. To była sprawa związana ze sprzedażą czy chęcią sprzedaży firmy fotograficznej. Nie wiem czy natrafiliście na grupie Marketing Dla Fotografów na takie ogłoszenie. 

Dziewczyna, która wydaje się zmęczona byciem fotografem zamieściła takie ogłoszenie, w którym mówi, że zgromadziła, powiedzmy, ilość fanów na jakimś kanale Facebook czy na Instagramie, ma jakąś stronę, która funkcjonuje od jakiegoś czasu, ma biznes, który na danym rynku lokalnym jest rozpoznawalny i ona chce to sprzedać, bo ona chce się pozbyć tej firmy.  

Nie wiem, jakie jest Wasze podejście do tego tematu, ale mi się wydało to śmieszne. Firma fotograficzna to akurat jest coś, co najczęściej opiera się o swojego szefa. Jest fotograf, który promuje swoją markę i jeżeli jest to taka nazwa, powiedzmy, nie związana z Waszym imieniem i nazwiskiem, to jeszcze jakoś można to zrozumieć, że jest przejęcie marki, która istnieje jakiś czas na rynku. Natomiast, jeżeli to jest marka osobista, to nie ma takiej opcji, żeby komuś przekazać. Wyobraźcie sobie teraz, że ja przekazuję komuś markę Jacek Siwko i w tej chwili już ktoś inny nazywa się Jacek Siwko i robi zdjęcia ślubne. To byłby przecież kompletny absurd!  

Natomiast coś takiego, jak sprzedaż też jest wątpliwe. Nawet, jak ktoś ma taką markę własną, jak Fajne Zdjęcia Photography – tak sobie wymyśliłem. Wiem, że to jakaś absurdalna nazwa, kompletnie beznadziejna, ale wyobraźmy sobie, że ktoś sprzedaje właśnie taką firmę. I ludzie kojarzą, że dany fotograf X jest twarzą tej marki. I w tym momencie ktoś sprzeda taką markę. Klient dzwoni i „słuchaj, chciałbym zamówić… a co się stało z Krzyśkiem?”. „A Krzysiek już nie pracuje tutaj – sprzedał mi tę firmę”. „A to dzięki…”.  

Wydaje mi się, że większość klientów tak by zareagowała. Nawet jeżeli będzie ten sam szyld i to samo logo, to już nie będzie to samo. My jako fotografowie jesteśmy kojarzeni z tą marką i nie ma od tego ucieczki. Jedyna opcja, jaką ja widzę, to przyjęcie kogoś na wspólnika i fotografowanie z nim przez dłuższy czas, i wtedy dopiero odejście z firmy – wycofanie się na dalszy plan. Wtedy na druga osoba wchodzi w rolę tego pierwszego fotografa, tego głównego gościa, który jest odpowiedzialny za te zdjęcia. 

Nawet przeczytam Wam, bo skopiowałem sobie to ogłoszenie. To było tak: 

Chciałabym zakończyć moją działalność fotograficzną. Istnieję na rynku – tutaj pominę – od pięciu lat. W tym czasie dorobiłam się sporego portfolio. Posiadam stronę, logo, Facebook z 1200 obserwatorów oraz na Instagramie około 10 000.  

No to Instagram oczywiście chapeau bas. To jest dosyć dobra liczba – 10 000. 

Chodzenie po ślubach zwyczajnie mnie już zmęczyło. Nocne rozrywki są już nie dla mnie. Chętnie sprzedam całą wypracowaną bazę tego interesu osobie, która zaczyna, a nie ma jeszcze wypracowanego portfolio 

I to jest jeszcze grubsza sprawa, bo tutaj mamy do czynienia ze sprzedażą portfolio. Czyli ktoś, kto wchodzi w buty tego fotografa czy tej pani fotograf ma już przechlapane. Oczywiście można mieć podobny styl, można się u kogoś ćwiczyć i być zbliżonym stylistycznie do danej osoby. Można używać tych samych presetów do obróbki zdjęć. Natomiast prowadzenie interesu na takiej podstawie, że ja się reklamuję czyimiś zdjęciami to jest jakaś straszna masakra. W tym momencie fotograf bardzo dużo ryzykuje. Klient podejmuje decyzję na podstawie tego, co widział na stronie. A potem przychodzi fotograf i robi zupełnie coś innego. Oczywiście może to być tak samo dobre, ale to już będzie coś zupełnie innego. W tym momencie macie niezadowolonych klientów i wydaje mi się, że to jest takie ryzyko, które wiąże się z przejęciem takie firmy. 

Kradzież zdjęć

Jeżeli mielibyście gdzieś jakikolwiek pomysł, żeby coś takiego przejąć, to Was ostrzegam. Były ostatnio takie sprawy – chyba Łukasz Popielarz swego czasu nagłaśniał, że ktoś zdjął zdjęcia z jego strony i wstawił na swoją stronę internetową, mówiąc, że to jego. Ja wiem, że w internecie jest wszystko kradzione, więc ja bym tutaj nie bił na alarm, nie robił z tego jakiejś wielkiej afery. Natomiast współczuję osobie, która to zrobiła, czyli tej, która ukradła zdjęcia z portfolio tego fotografa, o którym mówiłem. To jest po prostu strzelanie sobie w kolano czy – jeszcze bardziej – w stopę. Tak, jak powiedziałem: to jest bardzo duże ryzyko.  

Jeżeli fotografia czy w ogóle świadczenie usług fotograficznych opiera się na takiej obietnicy, że ja ci zrobię zdjęcia, mniej więcej takie, jak widzisz na stronie, tyle, że to ty będziesz na tych zdjęciach, to i tak już to jest sprzedawanie kota w worku. Ale my mamy ten pewien zestaw kompetencji, który sprawił, że my zrobiliśmy tamte zdjęcia i my zrobimy też zdjęcia w podobnym stylu. A tutaj mamy zdjęcia, które zrobił ktoś inny i możemy nawet codziennie oglądać te zdjęcia i próbować być gdzieś blisko, ale nie zrobimy nigdy takich zdjęć.  

Tak że tym osobom, które kradną zdjęcia zwyczajnie współczuję. I też współczuję, jeżeli ktoś zdecydował się odpowiedzieć na tamto ogłoszenie z grupy Marketing Dla Fotografów i pokusił się na taką niby łatwą ścieżkę kariery.  

Wydaje mi się, że łatwiej jest zacząć wszystko od nowa niż zacząć obsługiwać markę, która jest już na jakimś etapie rozwoju. Nawet jeżeli te liczby są obiecujące, czyli 10 000 fanów na Instagramie, to za każdą firmą ciągnie się jakaś historia. Być może były jakieś niezadowolone osoby. My nie znamy podstaw, które sprawiają, że dany fotograf wycofuje się ze swojej działalności. To że to brzmi ładnie w ogłoszeniu, to jest tak samo, jak na Allegro ktoś sprzedaje obiektyw i mówi „100% sprawny”, a tylko dwa razy walnął o chodnik… Oczywiście informacji o chodniku nie ma w tym, no bo przecież żadnej ryski nie ma. A coś tam mogło pęknąć w środku.  

Decydując się na zakup takiej firmy rzeczywiście możemy wtopić.  

Jak powinien się ubrać fotograf na zlecenie? 

Dzisiaj jeszcze chciałbym przejść do takiego tematu, który pojawił się na Fotopolis. Będziecie się śmiać, że ja to chyba zostałem jednym z etatowych ekspertów – tak to nazwijmy – jeżeli chodzi o wypowiadanie się na tematy fotografii ślubnej.  

Na Fotopolis był taki temat miesiąca związany z fotografią ślubną. Tam pojawiło się bardzo dużo fajnych artykułów czy, powiedzmy, wpisów blogowych, które zbierały wypowiedzi fotografów na różne tematy i Krzysztof Basel, którego znam jeszcze ze współpracy w Fotoblogii – były redaktor naczelny – teraz pisuje dla Fotopolis. On właśnie wymyślił taki temat „jak powinien się ubrać fotograf na zlecenie”.  

Tutaj widzicie Tomasza Tołłoczko na zdjęciu głównym. Są tu też inni fotografowie, m.in. Rafał Krasa z Dr5000, Marta Sputo, która była też w podcaście Niezłe Aparaty – nie pamiętam, który odcinek, ale bardzo Wam polecam rozmowę z Martą Sputo. Oczywiście też Marcin Kontraktewicz, no i Michał Warda. To są tacy fotografowie, których ja znam i których bardzo cenię. Polecam też podcasty z nimi, bo super opowiadają. Szczególnie tutaj Marcin ze Snap Shots i Michał Warda to są fotografowie, którzy mają o wiele dłuższy staż w fotografii czy w fotografii ślubnej niż ja. Warto patrzeć na to, co oni mówią.  

Przy okazji tego artykułu na Fotopolis o tym, jak powinien się ubierać fotograf na zlecenie, to przypomniało mi się, że to jest kwestia ważna nie tylko z tego tytułu, że musimy jakoś wyglądać, żeby nas ludzie szanowali. Mój dziadek ma takie powiedzenie: „poznaj pana po cholewach”. I zawsze mnie maltretował, jak przyszedłem w trampkach nie takich, jak trzeba na spotkanie z nim. To mi jakoś tak utkwiło w głowie. 

Ten temat związany z ubiorem fotografa na weselu jest o tyle istotny, że jeżeli przyjdziemy w odpowiednim stroju, pozwala nam to na wtopienie się w tłum. Na znalezienie się nie w centrum uwagi – bo fotograf moim zdaniem nie powinien być w centrum uwagi na jakimkolwiek zleceniu – tylko po prostu na stanie się jednym z ludzi, którzy uczestniczą w danej ceremonii czy uczestniczą w danym dniu.  

Ja wiem, że popularna jest taka metoda, żeby mieć swoje logo czy adres swojej strony na koszuli i tak dalej – być chodzącą reklamą swojej firmy. Wydaje mi się jednak, że jak się pojawia w takim stroju, to się wygląda jak taki ninja i każdy od razu widzi, że to jest fotograf czy to jest kamerzysta, więc ci ludzie się tak bardzo usztywniają. 

Mi bardzo pomaga taki strój oczywiście formalny, jakaś tam marynarka czy koszula zawsze jest, tyle że chodzi o to, że zawsze staram się dopasować do stylu danego wesela. Czyli jeżeli to jest jakieś plenerowe przyjęcie, to nie pójdę tam w żadnym smokingu… To znaczy i tak nie chodzę w smokingu. Tylko podaję taki przykład, że zawsze trzeba przemyśleć swój strój pod kątem imprezy, na którą się człowiek wybiera czy też fotograf… Fotograf też człowiek w sumie, to jedno i to samo. Czyli jak człowiek wybiera się na jakąś imprezę to powinien dopasować swój strój.  

Poczytajcie sobie ten artykuł na Fotopolis.

Czy fotograf powinien zostawać na weselu do oczepin? 

Skoro już się tak rozgadałem, to przejdę do odpowiedzi na te pytania, które się pojawiają w odpowiedzi na te moje newslettery.  

I jest takie pytanie, czy zostaję do oczepin – rzucanie welonem i muchą, i na cały blog oczepinowy?  

To jest takie hardkorowe pytanie, bo nie – nie zostaję. To znaczy jestem do dwunastej i zawsze, jak para młoda pyta „no dobra, ale jak ty kończysz o dwunastej, to co z tym naszym rzutem”. A ja mówię, że na „rzut beretem” – to jest taka autorska nazwa oczepin – zostaję te pięć minut, jak rzucą tym beretem czy muszką to to mam, ale nie ma sensu moim zdaniem zostawać dłużej. 

Wiem, że są takie wesela, gdzie to nie panna młoda decyduje, tylko zespół i zespół mówi, że „musisz zostać, dopiero zaczynamy o wpół do i mamy przewidziane super zabawy, które są modne w tym sezonie!”. To ja mówię: „No dobra, to jest modne w tym sezonie, ale zobacz – ja mam umowę do dwunastej, że zostaję i para młoda już o tym wie, że ja po dwunastej wychodzę, i ja z uprzejmości chcę jeszcze sfotografować ten rzut beretem. Jak zaczniecie o wpół do, to mnie już dawno nie będzie i parze będzie przykro”. 

To jest tak, że ja się wdaję w takiego profesora i tłumaczę zespołom, co mają robić, ale nie z każdym da się dogadać. Wtedy mam takie wyjście awaryjne. Idę sobie do panny młodej i mówię „słuchaj, ten zespół fajny jest, fajnie gra – rzeczywiście miałaś rację, dobrze wybrałaś, ale w kwestii tych oczepin, czy możesz powiedzieć, żeby zacząć równo o dwunastej, bo bym chciał bardzo, żebyś miała to zdjęcie. A jak ja pójdę i wy zaczniecie o wpół do, to nie będziesz miała tego zdjęcia, na którym ci zależało”. No i wtedy panna młoda jest oczywiście moim rzecznikiem i ona w moim imieniu rozmawia z zespołem i to jest git załatwione.  

A teraz pojawia się pewnie takie pytanie w części głów fotograficznych, które słuchają Fleszem Po Oczach, że no dobra, to jest jedna strona medalu, ale jak parze młodej wytłumaczyć to w ładny sposób? 

Ja na różne sposoby tłumaczyłem. Na początku się bardzo stresowałem, jak mam powiedzieć ludziom, bo to jest tak utarte, że do pierwszej fotograf musi być czy przynajmniej do wpół do. Ale jak zacząłem to mówić po prostu szczerze, że nigdy te zdjęcia nie były wybierane przez pary młode do albumu z tych takich głupkowatych zabaw, to pary młode powiedziały „okej, dobra, rzeczywiście masz rację, przekonałeś nas – zostań sobie tylko do dwunastej i idź”. 

Ja też mam taką metodę, że się żegnam z parą młodą przed, na przykład za piętnaście dwunasta i mówię, że „jeszcze nie wychodzę, jeszcze będzie ten Wasz rzut beretem, ale już bym się chciał pożegnać, bo potem jak się zacznie ten blok oczepinowy czy cokolwiek planujecie, to potem głupio Wam przerywać zabawę”. Wtedy z reguły za piętnaście dwunasta jest taka cisza. Zespół idzie nie wiadomo na co – zakurzyć sobie fajkę czy co oni tam uskuteczniają swojego przed tym blokiem oczepinowym, który jest dla nich arcyważny. Wtedy sobie tak na parę minut wychodzę z parą młodą, czy na zewnątrz, czy na sali rozmawiamy i dziękuję im za cały ten dzień, za to zaufanie.  

Tak jak mówiłem Wam na początku tego spotkania dzisiejszego. Tak na dobrą sprawę nie wiadomo co ten fotograf sprzedaje. Takiego kota w worku. Ludzie patrzą na zdjęcia – „okej, fajny, ale czy on zrobi też nam fajnie?”. To jest z reguły loteria. Tak na dobrą sprawę wiadomo, że fotografowie mogą się oburzyć: „No jak niefajne? Skoro już takie fajne zrobiłem!”. No ale różne rzeczy się mogą wydarzyć. Może być niefajna pogoda, może być niefajny lokal. My się będziemy starać robić jak najlepsze zdjęcia, ale to nie będzie to, co najlepszego pokazujemy na naszej stronie. Może być tak, że czasem fotograf wziął kupę kasy, a czuje się nie do końca fair z tym, co zrobił, bo właśnie ten lokal był nie za świetny. 

Tak jak mówię, dziękuję tym parom młodym za to, że zainwestowali we mnie daną sumę. To znaczy nie mówię „dzięki, że zainwestowaliście tyle i tyle”, bo to byłoby absurdalne. Dziękuję im za to, że zdecydowali się na współpracę z kimś tak dziwnym, jak ja i tego typu teksty lecą. 

Oni już wiedzą na tej rozmowie, że tutaj nie ma opcji, żeby przedłużyć – że ja staram się na tyle sposobów opowiedzieć, dlaczego nie chcę fotografować po dwunastej, że oni z reguły, nawet jeżeli im zależy, to się poddają.  

Takim argumentem końcowym może być historia kopciuszka, który się przemienił w zwykłą wieśniaczkę po tej dwunastej. To samo się dzieje też z gośćmi weselnymi. Nie w sensie dosłownym, ale następuje ta przemiana. Jest wyluzowanie krawatów, rozpinanie koszuli i tak dalej. Ludzie też w pewnym momencie potrzebują tej swojej prywatności. 

Szczerze powiedziawszy ja zawsze mówię parom, że ja już o dziewiątej mam tyle zdjęć, że by mieli dwa albumy ślubne. To, że ja muszę tam tkwić, to jest rzecz, która pozwala mi też jeszcze dostrzelać kilka takich kadrów, które fajnie uzupełnią album. Ale tak na dobrą sprawę to nie ma takiej konieczności, że bym musiał być, żeby opowiedzieć całą historię. 

Wiadomo, że im dłużej tym ta historia jest pełniejsza i pan Tomasz Tomaszewski, który był w podcaście Niezłe Aparaty nie zgodziłby się ze mną kompletnie. Powiedziałby, że fotograf musi być do ostatniego gościa – zresztą tak właśnie powiedział. Nie wiem, czy to było w odcinku czy już poza anteną, ale on twierdzi, że fotograf musi jako ostatni gość wychodzić. Ale tutaj mamy do czynienia z sytuacją, że ktoś dwadzieścia, trzydzieści czy nawet piętnaście ślubów fotografuje w roku i to byłoby niemożliwością, żeby być od początku do końca. To jest zupełnie inny rodzaj fotografii i to, że zostaje się do tej dwunastej, to wydaje mi się, że to jest i tak za dużo. 

Tak że polecam Wam to, żebyście szczerze komunikowali swoim parom, że „ja chcę być tylko do tej i do tej, bo uważam to i to”. Jeżeli para powie „a to spadaj”, no to trudno. Nie każdy jest Waszym klientem.  

Jaki jest rozsądny czas na podpisywanie umów na zdjęcia ślubne? 

Okej, teraz czas na kolejne pytanie, które przyszło: „Jaki jest twoim zdaniem rozsądny czas na podpisywanie umów? Mam na myśli to, czy na przykład na rok 2020 lepiej zaczynać zapisy jak najwcześniej czy może sam masz jakiś konkretny termin…” i tak dalej.  

Nie będę czytał, co tam dalej, ale mniej więcej chodzi w tym pytaniu o to, kiedy zaczynać podpisy na kolejne lata, jeżeli chodzi o zlecenia. Ja mam tutaj taką żelazną zasadę, że jeśli mamy rok 2018, to w tej chwili, jak mam otwarty kalendarz na 2019, jeżeli przyjdzie zapytanie na 2020, wtedy odsyłam informację, że jeszcze nie wiem, jak będzie wyglądała oferta na 2020, w związku z czym zapraszam dopiero w styczniu 2019. I to jest pierwszy moment, w którym przyjmuję zapisy na ten konkretny 2020 rok. Taką mam zasadę. W związku z tym tak, jak się przemyśli czy przekalkuluje, jak ktoś jest dobry z matematyki i szybko liczy. Praktycznie można zabookować fotografa u mnie, czyli mnie, na prawie dwa lata do przodu. Natomiast to będzie styczeń 2019, a ślub powiedzmy grudzień 2020. To robi prawie dwa lata. Ale tak na ogół podpisuję na rok w przód, czyli na ten następujący rok po prostu. Tak jak w 2018 na 2019.  

Nie wybiegam daleko w przyszłość dlatego, że tego właśnie mnie nauczyło doświadczenie, które miałem. Kiedyś podpisałem umowę – nawet Wam powiem, za ile: na 1700 zł. Jeżeli się pomyliłem to może o stówę, dwie. To było chyba w drugim roku mojej działalności i to było na dwa lata czy tam dwa i pół do przodu. Międzyczasie, zanim doszło do tego wesela, moje ceny już były na poziomie 4500 zł.  

W tym momencie – ja to zresztą gdzieś opowiadałem – ta panna młoda była po prostu podekscytowana, że jej się udało fotografa tak tanio wynająć, kiedy on bierze już w tej chwili, jak jest już na moim ślubie, czyli się polepszył od tego czasu, ileś tam więcej. I chwaliła się wszystkim koleżankom i tak dalej. Ja wtedy poczułem – może nie, że jestem jakimś frajerem – ale stwierdziłem, że dobra, czasami fajnie mieć taką pewność psychiczną, że mam tę umowy, będzie chleb dla dzieci, ale nie ma co się wystrzeliwywać z tych wszystkich najlepszych terminów na dużo przed. Wydaje mi się, że pary, które szukają fotografa tak wcześniej, to i tak są pary, którym zależy na jakiejś super obniżce, super ofercie i tak dalej. Będąc tym fotografem z super oferty nigdy nie pójdziecie krok dalej.  

Ja miałem taką przygodę, że spotkałem kamerzystę czy wideofilmowca – lustrzankowco-filmowca. Tak się chyba powinno nazywać ich. To tak a propos tej dyskusji o terminologii, że jakieś terminy, które używamy, żeby się opisać podwyższają status tej grupy zawodowej. Więc lustrzanko-filmowiec mi mówił o tym kiedyś, że już nie ma wolnych terminów na trzy lata do przodu. I wszystkie umowy ma po tych stawkach, które miał już w tym roku. On już żadnego progresu nie zrobi, jeżeli chodzi o stopień swoich zarobków, bo się nie rozdwoi chłopak. Ja powiedziałem „dlaczego tak podpisałeś tyle umów?”. Gościu miał chyba wtedy pięć czy sześć lat doświadczenia, a zapytał go jakiś młokos, który miał tam jeden czy dwa sezony. I koleś się wtedy mocno głowił nad tym. Nie wiem… Mam nadzieję, że zmienił wtedy to podejście i też do tego Was zachęcam.  

Jeżeli oczywiście chcecie mieć taką pewność, że okej, daty jakieś wpadają, to dlaczego nie zaryzykować na przykład podwyższenia tej oferty? Puszczenia takiego próbnego balonu – pyk, podwyższam cenę o tysiaka na przykład w tej chwili na 2020 rok, jak ktoś się zgłasza. I jeżeli zobaczycie, że już na 2020 ktoś za taką kwotę był skory się z Wami umówić, to znaczy, że jesteście w tym momencie dużo za tani. Jeżeli ktoś powie „nie no, na 2020 rok ten Zdzisiek to trochę za drogi”, to znaczy, że trzeba jeszcze trochę pracować nad sobą.  

Wiadomo, zawsze trzeba się rozwijać fotograficznie, ale można sobie tak testować. W każdym razie ja bym namawiał do tego, żeby nie podpisywać za te stawki, które macie w tej chwili, jeżeli chcecie na 2020 już podpisywać umowy. Żeby sobie posprawdzać, bo jest naprawdę bardzo dużo czasu i jeszcze się znajdą klienci, którzy nawet za te stawki, jeżeli Wam się nie uda podwyższyć, to nawet za te stawki, które macie już w tej chwili, to jeszcze z dziesięciu klientów zapytacie o tę samą datę. Tak że nie ma co panikować! Jest to dobra okazja do tego, żeby potestować trochę wyższą ofertę. Jeżeli są tu oczywiście osoby, którym zależy na tym, żeby dobrze zarabiać, a wydaje mi się, że tak, bo jeżeli jest to jeden z tematów przewodnich audycji Fleszem Po Oczach – jak zarabiać więcej na fotografii – to wydaje mi się, że sporo jest takich osób.  

Czy umowa powinna zawierać wzmiankę o umieszczeniu zdjęć na blogu? 

Fotomi Studio pyta: „Jacek, czy twoja umowa zawiera jakąś wzmiankę o tym, że zdjęcia z wesela zamieszczasz na swoim blogu lub w ogóle w sieci i młodzi nie mogę mieć do ciebie o to pretensji?”. 

Powiem tak: jest taki zapis, że zgadzają się na publikację, natomiast pretensję mogą mieć. To, że ktoś udzielił Ci zgody na publikację, nie znaczy, że ta zgoda jest na stałe. Zawsze tę zgodę można cofnąć. Ja z reguły zawsze informuję klientów i w umowie mam taki zapis, że zgodę można cofnąć w każdej chwili i tak dalej, i tak dalej. To jest wymagane przez rzecznika praw konsumenta i w ogóle wszystkie zapisy, które macie w umowie, którą podpisujecie z klientami na zdjęcia, te wszystkie zapisy muszą być zgodne z obowiązującymi w Polsce przepisami. Nie można sobie wymyślić, że ktoś Ci daje zgodę na publikację i nie może jej cofnąć. W przypadku jakiegoś procesu sąd by podważył i powiedział, że ta umowa jest w ogóle nieważna, bo ma jakieś zapisy sprzeczne z prawem.  

Jeżeli Fotomi masz jakiekolwiek wątpliwości odnośnie swojej umowy, to polecam udać się do prawnika i skorzystać z jakiejś porady, analizy Twojej umowy, którą masz.  

Myślę, że w którymś z odcinków Fleszem Po Oczach na pewno się ten temat pojawi. Zresztą z Kasią mówimy na naszych warsztatach też o tym, co jest w naszej umowie. Pokazujemy Wam tę naszą umowę, bo ona była konstruowana przez naszych prawników. Swoją drogą akurat korzystaliśmy z usług naszego pana młodego. Stwierdziłem, że musi to być napisane językiem zrozumiałym dla naszych klientów i powiedziałem „słuchaj, proszę cię, żebyś skonstruował umowę, która nie będzie taka sztywna, prawnicza, tylko która będzie zrozumiała dla ludzi takich, jak ja ty, jak ja – ludzi, którzy mają podobny klimat”. No i on stworzył taką umowę. To się naprawdę fajnie czyta. Nawet mi ludzie piszą „pierwsza umowa, którą przeczytałem”, bo jest taka naprawdę okej. 

Klienci, którzy nie lubią zdjęć 

Przyszło kolejne pytanie od odbiorców newslettera. „Jak do tej pory największym problemem była para pod tytułem nie lubimy zdjęć”. Przy okazji powiem, że takich klientów najbardziej lubię, ale przeczytam to pytanie do końca i powiem dlaczego.  

„Jak do tej pory największym problemem była para pod tytułem nie lubimy zdjęć, ale musicie coś zrobić, bo inaczej nie wypada. Panna młoda cały dzień zasłaniała się grzywką, a potem przez większość dnia nie odzywała się do nikogo – nawet do swoich gości” i tak dalej. 

Ja miałem takich klientów. Zresztą od czasu do czasu pojawiają się takie pary, że one komunikują mi od razu „my nie lubimy zdjęć”. Są dwa rodzaje par, które nie lubią zdjęć. Takie, które nigdy nie miały zdjęć i takie, które już w ogóle kompletnie ignorują aparat.  

Ja zawsze jak słyszę taki tekst „my nie lubimy zdjęć, ale co ty sądzisz na ten temat?”, to ja mówię, brawo, super, cieszę się, bo zaczniecie lubić zdjęcia. Akurat mam takie podejście, że jak ktoś nie lubi zdjęć, to znaczy, że nigdy nie miał robionej profesjonalnej sesji. To jest taka okazja do współpracy z ludźmi, którzy – może to zabrzmi troszeczkę niesprawiedliwie – ale nie są zepsuci przez innego fotografa. 

Miałem dużo kłopotów z parami, które już miały sesję u fotografa i wyobrażają sobie, że jak przychodzą do mnie, to musi być tak samo. Wcale nie musi być tak samo! Ja mam swój styl pracy i Wy na pewno też macie swój styl. On może być dziwny, ale on będzie Wasz.  

Jak para przychodzi i sobie staje tak, jak im fotograf kazał i robią te minki, patrzą w obiektyw, gdzie my na przykład tego nie chcemy, to już się zaczyna problem, bo trzeba tym ludziom wszystko wytłumaczyć. A jak przychodzą takie świeżaki, które nigdy nie miały sesji, to ogarnięcie ich jest trochę szybszą sprawą. Jak ja słyszę, że ktoś nie lubi zdjęć, to dla mnie to jest jasny sygnał, że nigdy nie miał zdjęć robionych i łatwiej mi będzie zapanować nad tą parą, jakoś ich szybko ogarnąć i tak dalej. 

Są właśnie takie pary, które były w tym pytaniu wymienione, które wpadają w dziki szał, jak tylko widzą aparat. I nie chcą zdjęć, ale mama kazała. Najczęściej, no sorry dla wideofilmowców czy lustrzanko-nagrywaczy… Jaka ta nazwa była? Przypomnijcie mi, co mówiłem o filmowcach. Ludzie biorą, bo mama chce mieć film. Dużo więcej par bierze fotografa, bo sama chce. Nie na takiej zasadzie, że mama kazała. Ale są takie pary, które biorą zdjęcia dlatego, że inaczej nie wypada. Nie chcą samych zdjęć, nie chcą z Tobą rozmawiać i tak dalej. Ja przerabiałem te przypadki i nie jestem taką osobą, która daje za wygraną, gdy ktoś mi powie „nie lubię zdjęć, nie rób mi zdjęć”, bo ja potem wiem, jaka jest konsekwencja. Jak ktoś nie lubi zdjęć, mówi, że nie lubi zdjęć i nie będzie pozować do zdjęć, nie będzie chciał w ogóle być na tych zdjęciach, ale potem, jak już zapłaci i dostanie galerię, powie, że „o co kaman, przecież ci zapłaciłem czy zapłaciłam, gdzie te zdjęcia? Mnie nie ma na żadnym zdjęciu a byłam panną młodą”. 

Więc ja męczę, jak mogę tych ludzi. I trudno. Konsekwencja może być taka, że ktoś powie „wiesz co, już mam cię dosyć, daj zjeść kotleta, cały czas mnie męczysz o te zdjęcia”. To po prostu jest taki element osobowości, że jak ktoś mi zamyka drzwi, to ja zawsze sprytnie podstawię nogę i nie ma opcji, ja muszę tam wejść. W związku z tym męczę tych ludzi, że muszą być te zdjęcia, bo na przykład jest fajne światło to „chodźcie zapozować”. 

To też dotyczy takich chwil, kiedy jest fajne światło i nie mam jeszcze takich zdjęć pozowanych z rodzicami, babcią czy z dziadkiem, to nie ma takiej opcji, że jest kotlet czy coś. Ja muszę zawsze tych ludzi wyprowadzić „chodźcie szybko, bo super światło” i tak dalej, „będziecie naprawdę zadowoleni z tych zdjęć, a kotleta sobie odgrzejecie i zjecie go później”. 

Ale ja to wszystko komunikuję tym parom na spotkaniu na Skype’ie, bo to jest kwestia przygotowania mentalnego tych ludzi. Oni zamawiając mnie wiedzą, że będą mieli do czynienia z człowiekiem, z którym nie jest do końca wszystko w porządku, tylko jest jakiś tam krejzol na punkcie zdjęć i oni się już tego spodziewają. Oczywiście ja im opowiadam tak, jak Wam w tej chwili mówię, to mówię też swoim parom. Może jeszcze troszeczkę bardziej na luzie niż do tej kamerki, do której gadam w tej chwili. Ci ludzie są przygotowani mentalnie. Nawet jak wiedzą, że „dobra nie lubimy zdjęć, ale ten koleś będzie nas męczył”, to oni już się tego spodziewają. 

Wydaje mi się, że to trzeba cisnąć, bo potem może Was spotkać takie przykre rozczarowanie, że ktoś powie „no dobra, ja wiem, że mówiłem ci, że nie lubię zdjęć, ale nie mam żadnych zdjęć i są tylko trzy z całego ślubu”. Tutaj jest rola fotografa, żeby naciskać, żeby te zdjęcia były. Można się nawet gdzieś przyczaić za jakimś wazonem i polować na tego człowieka, bo chcecie mieć to zdjęcie. 

Czasami już nawet nie chodzi o pary młode, bo czasem są też takie ciocie czy babcie – „proszę mi nie robić zdjęć”. I wielokrotnie ja słyszałem ten tekst, a ja zawsze odpowiadam „ale dlaczego pani tak mówi?”. I wtedy z reguły chowam ten aparat, staję naprzeciwko tej babci czy kucam, bo ona siedzi. Rozmawiamy sobie. Ja zawsze tłumaczę, że moja babcia to samo mówi. Zawsze mnie to denerwuje w mojej babci i wyłuszczam, że potem chciałaby zobaczyć, jak wyglądała w tej nowej garsonce na przykład na danym przyjęciu, a ja jej nie zrobiłem zdjęcia, bo posłuchałem jej zdania. „Więc proszę się na mnie nie gniewać, ale ja zrobię pani to zdjęcie”. I na przykład zastosuję taki trik, że „o, niech pani zobaczy tam ktoś idzie”. Ona tam patrzy – pyk, zdjęcie – i już jest bezboleśnie. Jak byliście kiedyś na pobraniu krwi, to te panie też jakoś odciągają uwagę i nagle cyk, igła wchodzi i nawet ktoś nie zauważył.  

Fotograf musi się posuwać do różnych takich metod. Na przykład Elliott Erwitt, jeden z moich super ulubionych fotografów, miał taką metodę – mogłem się jakoś przygotować, jakbym wiedział, że o tym będzie mowa i że mi to przyjdzie do głowy, i tutaj propsy jakieś czy gadżety przynieść – ale wyobraźcie sobie, że tu jest jakaś trąbka. I Elliott Erwitt robił takie zdjęcia, że miał taką trąbkę, jak do roweru i robił zdjęcia psom. Naciskał tę trąbkę, ona wyła, pies podskakiwał i wtedy robił zdjęcie. I nie mówię, żeby brać trąbkę na wesela, ale można na przykład… Czemu nie można? Nie czytałem jakiś przepisów, które mówią, że nie można iść na wesele z trąbką.  

Żeby odciągnąć uwagę widziałem też, że panie fotograf dziecięce sobie nakładają różne bajery na obiektywy i wtedy jakoś tam im się udaje robić te zdjęcia.  

Tutaj można się naprawdę do różnych forteli odnieść. Jak ktoś chce się troszeczkę w fortelach wyćwiczyć, to polecam „Ogniem i mieczem”. Pan Zagłoba tam naprawdę miał głowę do forteli różnych i różnych takich trików. Ucząc się od takiego mistrza dojdziecie do tego, że sami zaczniecie myśleć fortelami. Wszystko się chyba o te fortele opiera, jeżeli mamy takie trudniejsze momenty w pracy fotografa ślubnego czy rodzinnego.  

Jakich używać ogniskowych w danych momentach dnia ślubu? 

Ostatnie pytanie, a zarazem chwila, w której będziemy przeżywać nasze rozstanie aż do przyszłego tygodnia, brzmi tak: „Jakich używasz ogniskowych w poszczególnych momentach dnia ślubu?”. 

To jest pytanie, na które chyba powinienem przeznaczyć cały odcinek, ale tak w telegraficznym skrócie powiem. 35-tki do całego zlecenia. To oczywiście taki żart… Ale zdarzało mi się, że na przykład całe wesele sfotografowałem 35-tką albo 50-tką, bo lubię rzucać sobie takie różne wyzwania, jak to na zaprzyjaźnionym kanale youtube’owym mówią: challengee – tak z cudzoziemska. Lubię sobie stawiać wyzwania. 

A co by było, gdyby mi wszystkie obiektywy wysiadły i zostałaby mi tylko 35-tka? Ciekawe czy by się dało? Wtedy na przykład cały reportaż robię 35-tką. Najczęściej takie eksperymenty robię wtedy, kiedy jest ze mną drugi fotograf, na przykład mój brat i wiem, że on ma inne ogniskowe i inny kąt widzenia będzie. Wtedy ja sobie mogę poszaleć jako główny fotograf. 

Jak jestem sam to bardziej staram się mieszać tymi ogniskowymi. Na przykład na przygotowaniach zdarza mi się używać 100-tki, oczywiście do fotografowania makro. Teraz ostatnio, w zeszłym sezonie, przerzuciłem się na tryb makro w ogóle wbudowany w aparat kompaktowy Leica Q. To jest w ogóle coś, co mi wystarcza, jeżeli chodzi o ujęcia makro. Tak że się nie śmiejcie, ale kompaktem robię makro ostatnio. Też staram się oczywiście z ilością detali nie przesadzać, żeby to nie było tak, że wchodzę na przygotowania i pół godziny męczę się z jakimiś obrączkami czy czymś. Staram się to raczej ciach, ciach, ciach, szybko. Raczej poluję na ludzi, więc inne obiektywy są mi potrzebne.  

35-tką oczywiście staram się robić zdjęcia w domu i 50-tką na przygotowaniach panny młodej. Dlatego, że chce mieć jakieś takie klasyczne portrety porobione, więc tych obiektywów używam. 100-tki, 35-tki czy 50-tki. I teraz do marko tej 28-ki. To są rzeczy, które są na przygotowaniach. Na ceremonii jest to zazwyczaj 35-tka na moment wejścia panny młodej – nie ważne, czy wchodzi ze swoim przyszłym mężem czy z tatą, to jest ta 35-tka, żeby pokazać tę sytuację nieco szerzej.  

Kiedyś wydawało mi się, że trzeba wąsko – tylko tych ludzi, ale stwierdziłem jakiś czas temu, a nawet już długi czas temu, że ważny jest też ten kontekst. Ci ludzie, którzy patrzą na pannę młodą. Ja miałem taką tendencję do spłycania tego przekazu na zdjęciu, czyli wycinania, powiedzmy, 85-tką czy też 100-tką tej głównej pary, która wchodzi. Denerwowali mnie ludzie, którzy tymi swoimi telefonami robili zdjęcia czy jakimiś tabletami, nie wiadomo czym, chyba tylko stacjonarnymi komputerami jeszcze nie robili zdjęć na ślubie… To byłoby też w sumie ciekawe, jakby ktoś z taką paczuszką i z takim stacjonarnym przyjechał robić zdjęcia. Może się Wam zdarzyło? Ale raczej nie… 

Denerwowali mnie ci ludzie, więc ich wycinałem dłuższym obiektywem. Po jakimś czasie zacząłem się zastanawiać – te telefony, ja nie mogę być wobec nich taki romantyczny, że mi się to nie podoba, że to nie jest XVIII wiek i tak dalej, że ci ludzie tylko przez te telefony patrzą. Nie patrzą na tych głównych bohaterów… Trudno. Nie patrzą to nie patrzą. Takie są czasy i to jest znak czasu. Moim zadaniem jest udokumentowanie tej chwili tak, jak ona faktycznie wyglądała. A że wszyscy te swoje komóreczki przyciskali, macali, miziali – kurczę jakie słownictwo – to tak było. 

Tak że staram się szerszy plan pokazać. Nawet w 2017 roku zacząłem używać tej 28-ki w Leice, bo jednak jest bardzo szybki autofocus i bardzo celny. I to mi służy do wejścia.  

Sama ceremonia jest z reguły na 50-tce fotografowana, dlatego, że nie chcę wisieć na parze młodej i być tak postrzegany, że „ten fotograf mi wszystko zasłonił” – tak na przykład mama powie. 50-tka daje mi taką możliwość, że troszeczkę się wycofam jeszcze jeden krok dalej i wszystko też oczywiście złapię. To jest taki obiektyw, które ja używam. Na wyjście pary młodej 35-tka albo 28-ka, bo chcę mieć też ten kontekst tego, co się tam dzieje. 

Ważna rzecz, które mi się teraz też przypomniała: my się wszyscy tak zasadzamy, że musi być wyjście pary młodej z kościoła zrobione przodem – że oni muszą być sfotografowani z przodu. A wcale nie muszą. Czasami jest tak ostre światło, tak kościoły są budowane, że jest tak ostre światło popołudniu, kiedy oni wychodzą, że to po prostu nie wygląda dobrze. Czasem pod światło ten moment, że lecą te płatki czegośtam, kawałki ryżu, ten ryż tam leci, wszystko leci, confetti, cośtam, cośtam… fajnie wygląda podświetlone z tyłu. Tak że możemy za parą młodą ten moment wyjścia uchwycić i nie ma jakiegoś przepisu, że tylko przodem.  

Tak że tutaj używam 35-tki i 28-ki. Jeżeli chodzi o wesele, to tu już naprawdę różne obiektywy mogą iść i jeżeli jest taka część, jak na przykład drinki w ogrodzie, ten cocktail hour z cudzoziemska nazwany, to tam mogę sobie użyć dłuższej ogniskowej typu 100-tka, jedyny zoom, który mamy, czyli te 70-200 mm, tak, żeby wyłapać tych ludzi z tego tłumu, wyłowić ich. Wtedy jest taka opcja, żebym użył tego obiektywu. W zasadzie jedyna z możliwych opcji dla mnie użycia tego obiektywu. Rzadko go używam.  

Natomiast potem, jeżeli chodzi już o tańce, to tak regularnie już 50-tką czy 35-tką, bo chcę być trochę bliżej. Mieć ten kontakt z tymi ludźmi i oczywiście ta 28-ka. Bardzo trudna ogniskowa, ale wydaje mi się, że powoli, po roku, zaczynam już ją troszeczkę rozgryzać, troszeczkę już ją rozumiem. 

Polecam Wam takie ćwiczenie, żeby się przyczepić do jednej ogniskowej, zrozumieć ją dokładnie, a nie tylko ciągle żonglować tymi obiektywami. Dopiero, kiedy się faktycznie pozna taki obiektyw od A do Z, to wtedy wiadomo, kiedy go użyć. 

Tak to w skrócie wygląda, jeżeli chodzi o moje ogniskowe ulubione. Właściwie 85-ki najczęściej używam tylko na sesjach. Ta 85-tka f/1.2, którą mam Canona, to jest po prostu dramat, jeżeli chodzi o szybkość autofocusa i w momencie, kiedy mi się porusza obiekt, to jest niemożliwością, żeby trafić. Ale z drugiej strony bokeh, który jest w tym obiektywie, to jest po prostu jakaś petarda i bardzo fajne szkło, które sprawdza się super na sesjach. Polecam. 

Jak przegapiłem jakieś Wasze pytania na czacie, to postaram się albo je dodać do tematyki kolejnego odcinka, czyli wrzucę sobie na taką listę rzeczy, które powinny zostać opowiedziane przeze mnie w audycji Fleszem Po Oczach w następnych odcinkach, albo po prostu proszę Was o to, żebyście w komentarzu – już nie na czacie, tylko w komentarzu – potem, jak audycja się skończy, dodali to samo pytanie, to ja wtedy będę miał miejsce, żeby się odnieść bezpośrednio do tego pytania.  

Jestem Wam wdzięczny ogromnie za to, że byliście. Jest Was naprawdę coraz więcej w każdej z tych audycji. Kanał rośnie. Tak że ja mam większą też motywację, żeby się w Wami tutaj umawiać. Kolejne spotkanie za tydzień. Nie powiem, w jaki konkretnie dzień, czyli lepiej dodać suba i dostać powiadomienie od YouTube’a.  

Dzięki serdeczne za uwagę. Trzymajcie się i do zobaczenia! 

Leave A

Comment

12 stycznia 2019
bądź sobą i kieruj się intuicją :) u mnie w większości przypadków - działa :)
Odpowiedz