Jak utrzymać się na topie mimo zmieniających się trendów w fotografii ślubnej? Jednym z pomysłów może być spójność w tym co się tworzy… Dzisiejszego gościa nie trzeba za bardzo przedstawiać. Każdy kto zajmuje się fotografią ślubną powinien znać to nazwisko: Grzegorz Moment Płaczek.

PS. Podcast ukazuje się dzięki waszemu wsparciu na Patronite. Dziękuję.

Grupa słuchaczy podcastu FB: Niezłe Aparaty Podcast
Więcej odcinków tutaj: Archiwum podcastu
Podcast możecie znaleźć także na iTunes

Grzegorz Moment Płaczek w sieci:
fb: @greg.moment.photography
insta: @greg_moment
www: moment.com.pl
magic lens: magiclensawards.com
magic insta: @magiclens

Kolejny odcinek Niezłych Aparatów już wkrótce. Jeśli macie specjalne życzenia dotyczące tematów, które powinny pojawić się w audycji, lub chcielibyście zaproponować fotografa, który powinien Waszym zdaniem wystąpić w jednym z odcinków podcastu to piszcie, znajdziecie mnie na:

instagram: @niezleaparaty
fb: @niezleaparatypodcast

PS. Więcej informacji o fotografii ślubnej i pracy jako fotograf wysyłam przez darmowy newsletter Fleszem po oczach.

Muzyka użyta w podcaście.

Zapis rozmowy:

[00:00:00]

JS: Jacek Siwko

GMP: Grzegorz Moment-Płaczek

[00:00:00]

JS: Cześć, z tej strony Jacek Siwko, a to jest sześćdziesiąty ósmy odcinek podcastu Niezłe Aparaty. Nie słyszeliśmy się już do dwóch tygodni i powiem Wam, że bardzo się za Wami stęskniłem. Mam nadzieję, że to uczucie jest dwustronne. Jeżeli nie, no to trudno, ale wydaje mi się, że z tym oczekiwaniem na podcast jest tak samo jak z apetytem, im dłużej się czeka, tym rośnie apetyt i chęć na konsumowanie, dlatego z przyjemnością przedstawiam Wam kolejny odcinek Niezłych, ale pozwólcie, że jeszcze dwa słowa zamienię odnośnie tego, co wydarzyło się przez te dwa tygodnie, w których nie mieliśmy ze sobą kontaktu tutaj w podcaście. Otóż odbyło się nasze spotkanie z cyklu warsztatów Niezłe Aparaty na Mazurach. Bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy poświęcili swój czas i środki, żeby do nas dotrzeć na to spotkanie. Mam nadzieję, że naładowaliśmy Was pozytywną energią i z nowymi siłami wrócicie do swoich zdjęć, do swoich sesji i do fotografii ślubnej, którą uprawiacie. Dzięki za to spotkanie. Kolejna możliwość spotkania czy posłuchania mnie i Kasi będzie miała miejsce jesienią, będą to warsztaty w nieco innej formie, w nieco odświeżonej i nowej formie, ale jeszcze jakichś szczegółów nie mogę Wam podać. Na pewno, jeżeli będziecie śledzić podcast lub wchodzić na stronę niezleaparaty.pl, to wszystkiego się dowiecie w odpowiednim czasie, a już dziś chciałbym Was wysłać na stronę Niezłych Aparatów. Chodzi mi tutaj konkretnie o odnośnik blog, bo na blogu pojawił się post zawierający najlepsze zdjęcia z Instagrama z zeszłego miesiąca. Pewnie pamiętacie, że ta inicjatywa gromadzenia ulubionych zdjęć ma miejsce już od stycznia, więc to jest kolejna edycja miesięczna, w której pokazujemy nasze ulubione fotografie, które pojawiły się na Instagramie z hashtagiem Niezłe Aparaty, bez polskich znaków, pisane łącznie. Tych fotografii jest już osiemnaście tysięcy, więc jest coraz ciężej nam wybierać ulubione, ale wydaje mi się, że w natłoku tych zdjęć niestety te perełki by przepadały, dlatego cieszymy się, że kolejny raz udało nam się zrobić takie zestawienie. Polecam wszystkim serdecznie, żeby zajrzeć, bo jest to okazja na pewno do odkrycia kilku nowych fotografów, których pewnie nie znacie. I myślę, że mogę powiedzieć tak zupełnie serio, że jestem bardzo dumny z tego, że mogę odkrywać takich nowych fotografów i wydaje mi się, że to jest wielki skarb, który mamy tutaj w Polsce, że po prostu dysponujemy taką siłą fotografów, że naprawdę nie mamy się czego wstydzić na świecie czy w Europie. A właśnie przy okazji takich fotografów, których na pewno nie moglibyśmy się powstydzić, no to jest nim na pewno dzisiejszy gość, Grzegorz Moment Płaczek. Tego nazwiska chyba nie muszę bardzo przedstawiać, dlatego że ktokolwiek interesuje się fotografią ślubną, na pewno zetknął się z Grzegorzem czy jego zdjęciami lub też tym, co Grzesiek tworzy czy organizuje. Mam tu na myśli warsztaty, książkę i wiele, wiele innych rzeczy. Myślę, że Grześka nie mogło zabraknąć w tej audycji i powiem Wam tak zupełnie szczerze, że trochę przez przypadek się zgadaliśmy i się okazało, że z pewnego powodu Grzesiek ma chwilę wolnego i ma czas, żeby nagrać podcast, więc ja tutaj nie czekając długo wykorzystałem ten moment i umówiłem się z Grześkiem na rozmowę. Jeszcze zanim odeślę Was do tej audycji, chciałbym podkreślić jedną rzecz, którą uważam za bardzo ważną, być może rozwinę tę myśl w audycji Fleszem Po Oczach na YouTube, ale już dziś Wam zasygnalizuję jedną sprawę. Chodzi tutaj o taką konsekwencję, z którą Grzesiek tworzy od lat swoje fotografie czy w ogóle buduje swoją markę i wydaje mi się, że takiej konsekwencji brakuje szczególnie początkującym fotografom, którym wydaje się, że mogą zmienić swój brand czy obróbkę, czy cokolwiek innego, co dwa, trzy lata, a to nie jest strategia długofalowa. Grzesiek odkrył swój styl wiele lat temu i konsekwentnie jakbyście sprawdzili nawet jego zdjęcie sprzed dziesięciu lat i z dzisiaj, te zdjęcia są bardzo zbliżone do siebie, jeżeli chodzi o estetykę i styl, więc takie przylgnięcie do swojego języka wyrazu, myślę, że jest dobrym pomysłem, jeżeli chodzi o właśnie taką fotografię, którą uprawiamy dla innych osób, dla naszych klientów. To nie jest żaden zarzut, że te zdjęcia są bardzo podobne do siebie, tylko chodzi mi tutaj o to, że pewien sposób patrzenia jest taki uniwersalny dla tego fotografa, o którym mówię i myślę, że klienci szukają takiej powtarzalności, dlatego nie robią zdjęć sobie samemu, tylko po prostu wynajmują nas jako specjalistów i oczekują takich efektów, jakie widzą na naszej stronie, a nierzadko słyszałem takie opinie od różnych osób, które na co dzień nie zajmują się fotografią, ale miały do czynienia z fotografami, których wynajęły, że fotograf, z którym podpisała para na przykład umowę, dostała później zupełnie inaczej obrobione zdjęcia, dlatego że moda jakaś tam się zmieniła i myślę, że takie zmienianie styli i obróbki czy w ogóle jakiekolwiek takie drastyczne zmiany z sezonu na sezon nie są dobre i myślę, że z taką myślą zostawię Was i po prostu zaproszę do słuchania rozmowy z Grześkiem. Jeżeli będziecie mieli jakiekolwiek uwagi do mnie, to śmiało piszcie. Ja tez przypominam o spotkaniu na grupie patronów podcastu i dotyczy ono tego jak mogę ulepszyć audycję, tego, co chcę zrobić z audycją w najbliższym czasie, ale to tak jak mówię, w grupie patronów podcastu wszystkiego się dowiecie. I jeszcze przy okazji dziękuję oczywiście za Wasze wsparcie na patronite.pl/niezleaparaty. Tam znajdziecie wszystkie informacje, jeżeli chcecie wspierać naszą audycję. Dzięki wszystkim tym, którzy zdecydowali się wesprzeć podcast. Mam nadzieję, że podcast będzie się rozwijał dzięki temu.

JS: Panie i Panowie, z tej strony Jacek Siwko, a jest ze mną Grzegorz Moment Płaczek. Cześć Grzegorz.

GMP: Cześć, cześć.

JS: Bardzo mi miło, że zgodziłeś się być gościem tej audycji i cieszę się, że trafiliśmy na Twój wolny okres, bo z tego, co Ci mówiłem wcześniej, śledzę trochę Twoje poczynania i widzę, że nosi Cię tu i tam po świecie.

GMP: Ja właśnie muszę sprawdzić, przepraszam, jedno słowo, od razu Ci powiem dlaczego się tak szybko mogliśmy umówić, dlatego że mam takie parę dni żałoby, dlatego że w najbliższą niedzielę mam czterdzieste urodziny i postanowiłem parę dni przed moimi czterdziestoma urodzinami kilka dni po prostu nic nie ogarniać takiego wiesz, na sto procent, dlatego że nie wiem jak moje ciało będzie się po prostu zachowywać już w wieku po czterdziestce.

JS: No to poważny wiek Grzegorz, wszystkiego najlepszego. To w takim razie zapytam Ciebie czy miałeś jakieś takie założenia, nie wiem czy to może biznesowe, rodzinne czy jakiekolwiek, związane z fotografią, takich kilka rzeczy, których chciałeś dokonać przed czterdziestką i czy Ci się udało?

GMP: Chciałem mieć zawsze rodzinę fotograficzną i to było takie marzenie nie tylko związane z moją osobą, ale również z tym takim wiesz, codziennym bytem i no tak, udało mi się, mam żonę, która jest też fotografem i to było główne założenie. Mam kilka innych założeń, ale na razie nie sięgam dalej niż pięćdziesiątkę, bo no wiesz, no zobaczymy, w jakiej formie będę.

JS: No.

GMP: Już mam pierwsze objawy takie typowo choroby dla fotografów ślubnych, czyli wiesz, trochę strzyka w lewym kolanie, coś tam prawie co jakiś czas wskazujący palec prawej ręki puchnie, tak? Także to są takie wiesz, już nie tylko nauczyciele chorują.

JS: Zużycie materiału. Ja słyszałem, że taką chorobą zawodową fotografów są dolegliwości związane z kręgosłupem.

GMP: Tak, ale jest na to wiesz, prosta rada, można krótko mówiąc, jeżeli mówimy o fotografii ślubnej, czyli tej mojej ukochanej, po prostu zacząć nosić szelki, a nie wieszać aparatu na szyi, a to jest coraz bardziej popularne rozwiązanie i to chroni Cię w jakikolwiek sposób przed jakimiś takimi właśnie niespodziankami naszego wieku. No, ale takie rzeczy jak kolano wiesz, jeżeli jesteś fotografem, który robi czterdzieści czy sześćdziesiąt ślubów rocznie i klękasz te nie wiem, półtora tysiąca czy dwa i pół tysiąca razy za każdym razem, oczywiście jak byłem młody robiłem to z pełnym plecakiem i dopiero po latach się nauczyłem, że przecież plecak można odłożyć na bok, no to jak idziesz potem do lekarza, to się dowiadujesz, że w wieku trzydziestu lat masz lewe kolano siedemdziesięciolatka i musisz coś z tym zrobić.

JS: To są pewne rzeczy, o których się nie myśli faktycznie będąc tam dwudziestolatkiem i się zaczyna tak trochę na freestyle’u.

GMP: Stąd to Kochanowski powiedział, że żeby rozum był przy młodości nigdy takiej obfitości. No i to tak właśnie jest trochę.

JS: Podsumowuje dobrze. Słuchaj, zaczęliśmy, zaskoczyłeś mnie trochę z tą informacją właśnie związaną z Twoim świętem, a chciałem tak tradycyjnie od takiego małego wprowadzenia zacząć. Kilka słów o tej Twojej historii z fotografią, skąd w ogóle pomysł na to, żeby akurat taką dziedziną się zająć?

GMP: Słuchaj, zupełny przypadek. Ja jestem w ogóle po marketingu i zarządzaniu, zawsze chciałem być w ogóle po tym wszystkim biegłym rewidentem, więc chciałem się jeszcze dokształcać. Wiele ciekawych rzeczy robiłem, doktorat z ekonomii rozpocząłem. Natomiast w międzyczasie mój po prostu przyjaciel miał mały ślub, na którym byłem gościem, no i zacząłem się tak standardowo jak każdy fotograf ślubny, poszedłem z aparatem i nawet, o ile dobrze pamiętam, nie bardzo wiedziałem jak się go włącza, nie miałem pojęcia, co to ISO, czas naświetlania, takie wiesz, rzeczy. Nawet nie wiem, co to był za aparat i nawet nie mam pojęcia, jaki to był obiektyw. Nie mówiąc już, że nie rozumiałem, czym jest cokolwiek związane z fotografią. Na szczęście aparat był wiesz, w pełni automatyczny i były to jeszcze czasy kliszy, więc jak tak naprawdę ogarniałeś wcześniej trochę tą automatykę, no to… czekaj, czy on był automatyczny? Chyba tak. Nawet już nie pamiętam, nie chcę teraz przestrzelić, w każdym razie wyszły wiesz, znaczy wyszły, no wyszły na tamte czasy. Teraz jak patrzę na te wszystkie zdjęcia z tego pierwszego ślubu, to jest bardzo źle, to jest po prostu bardzo źle, no ale takie były moje początki. I potem, to był wiesz, dziewięćdziesiąty dziewiąty chyba rok i było po prostu wtedy zupełnie, zupełnie inaczej. Wystarczyło mieć stronę internetową byle jaką, byle by była, nie wiem, o pozycjonowaniu, o Facebooku nie było mowy. Nasza Klasa wchodziła w ogóle wtedy do naszego świata internetowego. No i było po prostu łatwo. Wystarczyło napisać w sieci, w Google, jeżeli ktoś potrafił, że jest się fotografem ślubnym, mieszkałem wtedy akurat w Warszawie, no i właściwie taka szczerze powiedziawszy lawina się zaczęła. Nie potrafię wytłumaczyć tego fenomenu, dlatego że byłem absolutnie, obrzydliwie niedojrzałym fotografem z małą wiedzą marketingową i jakoś poszło.

JS: Czyli tutaj wychodzi na to, że czasami nawet przy takich troszkę słabszych zdjęciach jednak ta potęga marketingu tutaj pomaga bardzo dużo, nie?

GMP: No wtedy tak, bo wtedy mam wrażenie, że poza mną to fotografów ślubnych, takich, którzy chcieli coś osiągnąć, to może było trzech na rynku. Jeden z Krakowa, jedna dziewczyna była z Poznania, jej kolega z Warszawy. Oczywiście to tak może też przekoloryzuję to wszystko, ale no nie było absolutnie takiej konkurencji, która jest obecna na rynku, zresztą w każdej dziedzinie jako naród, jako fotografowie dorastamy i zauważamy, jaki to jest potężny biznes za granicą i obecnie myślę, że przeciętnemu fotografowi czy słabemu jest, no bardzo trudno się wybić z pewnością, no ale, no jasne, marketing pomaga, no nie da się ukryć. Zwłaszcza, jeżeli się wiesz, dąży się do jakichś większych budżetowo ślubów, no to musisz mieć po prostu marketing w jednym ręku.

JS: Ale z drugiej strony ja też obserwuję, pewna zmiana nastąpiła w takiej mentalności klientów, bo nie wiem czy Ty to wtedy tak postrzegałeś, ale powiedzmy inwestowanie w takiego profesjonalnego fotografa, czyli przeznaczenie takiej większej części budżetu na zdjęcia, nie było wtedy oczywistością pewnie, w latach dziewięćdziesiątych, a dziś jednak ludzie planując budżet weselny jednak taką większą kwotę może przeznaczają. Czy więcej par o tym myśli tak aktywnie?

GMP: Wiesz Jacek, z pewnością był też rynek bogaty, no bo przecież mieliśmy i bogatych też obywateli. Rynek nie w zasięgi mojej ręki. Ja zaczynałem od stawek, takich, no powiedzmy sobie pokrywających moje zwykłe koszty fotografa ślubnego, więc ja miałem inną pracę, to traktowałem jako taki wiesz, dodatek do mojej głównej pensji, ale też bardzo dużo się wtedy fotografowało. No jasne, jeżeli miałeś stawkę w tamtych czasach siedemset czy dziewięćset złotych, to byłeś w stanie… ja w 2006 roku zrobiłem sto sześćdziesiąt reportaży i plenerów. To, żeby Ci pokazało wiesz, i słuchaczom, skalę biznesu. Ja nie byłem wtedy sam. Takich fotografów jak ja było pewnie cała masa, dlatego że opieraliśmy jakby swój taki codzienny świat właśnie na tym rynku ludzi niezbyt zamożnych. Ja pochodzę sam z biednej rodziny, nie z biednej rodziny, ale powiedzmy sobie z rodziny nauczycielskiej. Wiesz jak było. Teraz już jest trochę inaczej. Wiesz jak było, do wszystkiego trzeba było dojść własnymi rękami, nie było wtedy dotacji, nie było możliwości nagle, że ktoś Ci da wiesz, aparat z nieba, tylko mówię, do wszystkiego musiałeś dochodzić i ciężko po prostu pracować. I no cały rynek się dokształca, cały rynek się rozwija, jest coraz więcej dobrych fotografów. Czerpiemy wiesz, możliwości uczenia się też od fotografów zza granicy. Ja pamiętam pierwszy raz, kiedy poznałem fotografa australijskiego co prawda, no ale to wiesz, to nie jest też koniec świata, który wtedy, w tamtych czasach, o ile dobrze pamiętam, pobierał dwadzieścia tysięcy dolarów amerykańskich za ślub, to dla mnie to była po prostu kompletna abstrakcja. To jakby wiesz, nie rozumiałem czegoś takiego, nie było przecież u nas wtedy wedding plenerów, więc konsultanci ślubni się dopiero też pojawiają od kilku lat, zresztą bardzo dobrze, bo oni obsługują głównie ten rynek też taki bardziej dojrzały. No kompletnie w ogóle wiesz, historia, która się rozpoczęła od Kopciuszka gdzieś tam na samym początku.

JS: No właśnie, a wspomniałeś taką kwestię edukacji, gdzie szukałeś takich swoich pierwszych wzorów fotograficznych?

GMP: Słuchaj Jacek, to był w ogóle niezły numer, dlatego że ja… już nie pamiętam teraz dokładnie, który to był rok, ale dwutysięczny któryś, postanowiłem… wiesz, nie było wtedy takich warsztatów czy szkół fotograficznych w Polsce jak mamy teraz na co dzień w zasięgu ręki, więc zamiast kupować, pamiętam, Renault Clio, postanowiłem lecieć do Stanów i wziąć udział w trzydniowych warsztatach przez chłopaka, który teraz w ogóle jest szefem projektu Fearless Photographers. Myślę, że znany dla fotografii ślubnych i niestety spędziłem trzy dni w łóżku, ponieważ przeziębiłem się zaraz w pierwszy dzień, oni jechali takim otwartym cadillaciem, ja, chłopak wiesz, ze wsi, przerażony w ogóle, co się dzieje w tych Stanach, wydałem wszystkie pieniądze, które miałem, przyjechałem z papierem, ale bez żadnej dodatkowej wiedzy, ale z kontaktem do fotografa, którego tam spotkałem, który potem poświęcił mi kilka godzin i dał mi takie pierwsze, krótko mówiąc, jakieś szlify. Po powrocie do Polski zapisałem się do szkoły fotograficznej w Warszawie. Nazwa nieważna, dlatego że po dwóch zajęciach właściwie przestałem tam chodzić, dlatego że nie fotografowaliśmy, tylko mówiliśmy, mówiliśmy, mówiliśmy, ja nie rozumiałem wtedy czy wiedza o historii fotografii sprawi, że będę lepszym fotografem. Ja po prostu oczekiwałem fotografowania i było to dla mnie najważniejsze. I takie były moje początki, czyli zupełnie jakby prawie, że splajtowałem, niczego się nie nauczyłem, ale przywiozłem papier i w tamtym czasie to zadziałało, dlatego że wystarczyło wtedy pokazać taki papier parom. Ja byłem wtedy myślę, że jednym z niewielu fotografów, którzy mogli się w tym naszym kraju pochwalić tym papierem amerykańskim, jak to wtedy wiesz, Ameryka działała na ludzi, no i po prostu poszło.

JS: Ja sobie aż nie mogę tego uświadomić, że taki jakiś świstek papieru zadziałał jak magnes na klientów.

GMP: Wchodzisz na stronę internetową, jesteś parą i masz trzech, czterech, pięciu różnych fotografów. Nie mówimy o latach, o roku 2017, gdzie gdziekolwiek wchodzisz jest fotograf ślubny. Mówimy o czasie, gdzie rzeczywiście ludzie szukali, musieli, to nie było takie codzienne, żeby znaleźć fotografa ślubnego i nie było szkół. Nie było Akademii Nikona, nie było Mojej Szkoły Obrazu, nie było Twoich warsztatów. No ludzie musieli jakby podejmować decyzje niekoniecznie bazując tylko na atrakcyjności zdjęć, bo te zdjęcia nie do końca też były aż tak bardzo atrakcyjne, przecież nie było cyfry, wiesz, jaki był wizerunek w tamtych latach fotografa ślubnego często. Nie taki jak jest teraz. Oczywiście było dużo świetnych, zadbanych, tak również wizualnie jakby ludzi, ale raczej takie długie swetry, wiesz, długie włosy, nie zawsze czyste. No takie to były te nasze początki. I ten świstek mi po prostu zadziałał, bo ci zakochani, którzy zaczęli wtedy powolutku napływać ze Stanów, z Anglii i pary polsko – amerykańskie, polsko – angielskie, oni szukali kogoś z jakimś elementem tej amerykańskości, wiesz, tego we are the champions, no i to ten papierek właśnie się gdzieś tam pojawił. Ja go bardzo często kopiowałem, wstawiałem wszędzie, gdzie mogłem. Nawet moja oferta chyba pewnego dnia w ogóle była taka, że było otwarcie, otwierałeś i był ten świstek, że skończyłem szkołę w Stanach, znaczy szkołę, że skończyłem ten kilkudniowy kurs w Stanach, no a potem to już przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.

JS: To się zastanawiam jakby teraz jakby ludzie zareagowali na coś takiego, bo jak się wchodzi na przykład na strony fotografów i tam są te budge czy jakoś tak to się nazywa, że jestem tam członkiem Fearless, jestem członkiem tam innych organizacji, to tak szczerze, to ja się zastanawiam czy na kogoś to działa, poza fotografami, nie?

GMP: Moja ocena tego jest taka, bycie w takich stowarzyszeniach daje Ci dużo więcej od samego zapytania od pary, bo z punktu widzenia sprzedaży nie mam takiego wrażenie, przez lata jestem związany z różnymi organizacjami, znam również kolegów, którzy są z innymi organizacjami powiązani, ja tam nie uczestniczę na co dzień, bo też bym wiesz, splajtował, gdybym w każdej teraz dużej organizacji fotograficznej na świecie musiał płacić te roczne opłaty. Nie odczuwam tego, że bycie w stowarzyszeniach wpływa na to, że masz większą ilość zapytań i więcej sprzedajesz, ale takie organizacje czy tego typu budge dają, po pierwsze, dają Ci możliwość nawiązania kontaktów z innymi fotografami. Po drugie, możesz trafią na fotografów, którzy Cię będą inspirować, co jest niezmiernie ważne przecież przy naszym codziennym rozwoju. Po trzecie, wydaje mi się, że budge, czyli konkursy, dają Ci też takie poczucie, że jesteś po prostu dobry w tym, co robisz. Po latach wiesz, jeżeli masz obok kobietę czy faceta, który Cię będzie klepał za każdym razem po ramieniu, mówił dobra robota, to może być taki wiesz, niewystarczający. No potrzebuję motywacji, jest ta cała piramida Maslowa i ewidentnie wiem, że co jakiś czas ktoś musi przyjść i pogłaskać, i powiedzieć jesteś dobry w tym, co robisz. To Cię po prostu motywuje, nakręca. Inaczej, no jakimś sposobem… jak to zrobić, że dziewiętnaście lat pracujesz, fotografujesz i wciąż jesteś zmotywowany. No umarłbyś z nudów po pewnym czasie, nie? Więc działa, oczywiście, no znasz branżę, więc wiesz, że jest kilka tylko dosłownie organizacji, które rzeczywiście merytorycznie są, no ustawione tak jak być powinny. Jest dużo takich przypadkowych grup wzajemnej adoracji, które jakby nieczęsto są powiązane z merytoryką, no to jest cała nasza robota, Twoja, moja, żebyśmy młodych fotografów, którzy chcą się rozwijać, żebyśmy im jakby trochę podpowiedzieli, powiedzieli, gdzie warto zerknąć, gdzie szukać inspiracji, no to jest ten nasz codzienny świat, ale to myślę, że nie tylko mówimy o fotografii. Przecież to wszędzie, no są stowarzyszenia sportowe, no jedne jest lepsze, drugie jest gorsze. To my jako fotografowie tworzymy te stowarzyszenia i tak długo, jeżeli ktoś rozumie czy dany budge jest z dobrej organizacji, czy ze złej, to między nami to daje nam jakieś poczucie, że ktoś może rzeczywiście będzie o krok przed nami, natomiast dla klientów naszych, dla par, czy będzie miał budge z jednej organizacji, czy drugiej, jeżeli organizacja ma dobrą nazwę, to myślę, że dla klienta to jest wszystko jedno.

JS: Czyli bardziej networkingowo traktujesz udział w takich…?

GMP: No jasne. Wiesz, no gdyby nie to, że jestem w tych organizacjach i jestem z nimi związany, i ja znam tych ludzi, no to pewnie by ciężko by było wyjść z moimi fotograficznymi usługami poza Polskę, no bo, no jak ktoś ma się dowiedzieć z innego kraju, że jest ktoś taki jak Grzegorz, jeszcze jest Grzegorz Płaczek, no moje nazwisko to człowieku, fotografia pogrzebowa, ewentualnie noworodkowa, żadna inna. Stąd ten przydomek.

JS: Taki twister, nie?

GMP: No tak, stąd ten przydomek Moment, chociaż wiesz, Płaczek i ślub, no też gdzieś tam poniekąd się jakby to tam wiesz, nakładało, ale no stąd ten przydomek Moment, bo dużo miałem kłopotów z tym, że…

JS: No właśnie, chciałem Ciebie zapytać o ten Moment, skąd on się pojawił?

GMP: No miałem dużo kłopotów z tym, że rozmawiałem z kolegami zza granicy albo gdzieś wyjeżdżałem na te moje pierwsze jakieś tam warsztaty czy sympozja, to ja widziałem, że ci ludzie się gubią po minucie i nie są w stanie zapamiętać mojego imienia. I cały czas zerkali mi wiesz, na tą karteczkę z imieniem i nazwiskiem. Zresztą miałem dokładnie to samo, mam mnóstwo bardzo serdecznych kolegów, na przykład z Grecji, świetni fotografowie ślubni i zabij mnie, ale ja nie jestem w stanie powiedzieć Ci jak oni się nazywają, muszę sobie wejść po Facebooku i popatrzeć się jak oni się nazywają, no bo nie jesteś w stanie po prostu zapamiętać typowego Greka z nazwiska. Kocham ten naród, ale no nazwiska mają po prostu przecudne, stąd ten przydomek Moment, a za granicą, co zwłaszcza widać na moim Facebooku, to nawet zrezygnowałem z Grzegorz Płaczek, tylko jestem jako Greg Moment, czasami Greg Moment Płaczek, no bo są też kraje, gdzie nie rozumieją, co znaczy Grzegorz. Już mówię Gregory Pek. Musiałem po prostu sobie z tym poradzić. Wiesz, tak od strony marketingowej oczywistym jest, że dla niektórych może to wyglądać małostkowo po latach, ale uważam, że to była jedna z lepszych moich decyzji marketingowych w tamtym czasie, schować tą polską dumę w buty i trochę jakby się zacząć pozycjonować za granicą, troszkę jakby z innym przydomkiem.

JS: Po prostu stworzyłeś sobie markę osobną.

GMP: Tak, trochę. Mam Studio Moment, Greg Moment, Grzegorz Moment Płaczek, tak? Wiesz, nie do końca byłem w stanie się przebić wtedy, kiedy bardzo na tym zależało z moim imieniem i nazwiskiem. Ludzie po prostu mnie nie pamiętają, a wiesz dobrze, że para młoda nie szuka jednego fotografa, tylko wysyła zapytania do kilku albo nawet do kilkudziesięciu fotografów. Jak ją potem bombardujesz marketingowo jakimś słowem kluczowym, słowo moment jest idealne, po polsku, po angielsku, po niemiecku, ono po prostu jest rozpoznawalne i gdzieś tam mi się to jakoś takie… no spodobało mi się to, potem sobie zarejestrowałem tą nazwę, czyli jako Moment w fotografii reportażowej mam ten znak towarowy zastrzeżony dla mnie, więc jestem, na razie jestem… dla żony jestem Grześ, a dla świata fotograficznego jestem Grzegorz Moment Płaczek.

JS: No właśnie, ja sobie zawsze myślałem, że ten Moment to pochodzi od tego, że Ty masz jakieś powiedzmy zamiłowanie do łapania chwil podczas reportażu, ale powiem Ci, że jak Ciebie fotograficznie czy obrazowo kojarzę, jak sobie tylko pomyślę o Tobie, to zawsze widzę takie… nie zrozum mnie źle, ale te sesyjne zdjęcia, takie bardziej wycmokane, takie właśnie, że jest jakieś światło błyśnięte i tak dalej, i tak dalej.

GMP: Tak, jeśli chodzi o to, to jest koncert marketingowy, wiesz? Jeśli chodzi o pary, które do mnie trafiają, no to oczywiście, że one dostają jakby pełne wiesz, moje reportaże. To klient Cię musi poznać zanim podpisze z Tobą umowę. Nie ma w ogóle dwóch zdań. Jeżeli klient jest niezadowolony z usługi jakiegoś fotografa ślubnego, to dla mnie to jest informacja, że fotograf jakby źle go zapoznał ze swoją pracą, bo jeżeli jesteś spójnym fotografem i świadomym tego, co robisz, to będziesz jednak dawał klientowi pewien poziom, do którego przyzwyczajasz go pokazując swoje pełne reportaże. Natomiast to, że marketingowo i takimi pojedynczymi zdjęciami z sesji, wynika z tego również, że Jacek, tak jak Ty masz swój świat fotografów, znaczy par ślubnych i warsztatów, ja również mam mocno rozwinięty ten warsztatowy mój świat i żeby sprzedać im z kolei warsztaty za granicą w przeróżnych zakątkach świata, to łatwiej mi jest sprzedawać go zdjęciami z sesji plenerowych, dlatego że wiesz, w Azji pary o wiele więcej wydają pieniędzy na sesje plenerową niż na sam reportaż. No u nas jest zupełnie inaczej. W Europie, no to tutaj ten reportaż jest kluczowy, a plener jest jakby przy okazji, czasami w ogóle pary go nie robią, ponieważ prawdziwy budżet, prawdziwe pieniądze w rynku szkoleniowym, zagranicznym, jeśli chodzi o Azję, to jest uczenie ich sesji plenerowych, no to patrząc się, że w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat raczej nie chciałbym robić aż tylu ślubów, ale raczej wolałbym szkolić, bo to jest raczej jakby trochę lżejsza praca, wciąż odpowiedzialna, ale lżejsza jakby fizycznie, to stąd od dwóch, trzech lat pojawia mi się więcej tych zdjęć, bo to jest jakiś taki biznes wiesz, koncert biznesowy na lata. Chciałbym po prostu potem iść w tym kierunku, który chciałbym za dziesięć, piętnaście lat wykonywać.

JS: Rozumiem, jeszcze nawiążę do tego, co powiedziałeś o Azji. Z tego, co ja kojarzę, miałem takich klientów z Hong Kongu, oni mówili, że dla nich jest właśnie ważny ten plener, dlatego że oni się ubierają w stroje ślubne, co dla mnie było wiesz, kompletnym zaskoczeniem i robią te zdjęcia po prostu po to, żeby mieć możliwość puszczenia slajd show’u ze zdjęciami z pleneru ślubnego na weselu. I dla mnie to było takie WTF.

GMP: Tak, tak, dlatego w Stanach jest coss wedding session, a w Azji jest py wedding, czyli mają przed ślubem, ale to koncepcja w ogóle, jeżeli ktoś nie zna rynku azjatyckiego, to koncepcja i biznes, który tam jest związany z sesją plenerową, to ma się w ogóle nijak do tego, co my robimy w naszej ukochanej ojczyźnie. Jeżeli tam idziesz do fotografa plenerowego, to nie dostajesz tego tak jak w Polsce, usługi fotograficznej, tylko Ty idziesz do potężnego molochu. Czasami to jest pięćset, tysiąc metrów kwadratowych, gdzie fotograf jest, ale z nim jest asystent, z nim jest od razu fryzjer, ktoś od make up’u. Studio daje Ci do wyboru setki sukien ślubnych. Na takiej sesji masz trzy, cztery, pięć sukien ślubnych. Czasami jedziecie gdzieś na lokalizację jedną, drugą, trzecią. Czasem takie sesje nawet potrafią trwać dwa dni. Takie studio jest w stanie zatrudniać pięć piętnastu, nawet czasem i trzydziestu fotografów, także to jest zupełnie inny koncert biznesowy, no i to jest takie właśnie, może być dla niektórych śmieszne, że oni się wcześniej ubierają przed ślubem, wiesz czasami może i nawet do tego ślubu za chwilę nie dojdzie, no ale te zdjęcie mają. No i to jest potężny rynek, potężny.

JS: No właśnie, bo tu jest też inne spojrzenie w ogóle na biznes, nie? Że tutaj masz powiedzmy taką markę własną, jesteś Grzegorz Moment Płaczek, Ty jako osoba i Ty jako marka, a tam robisz studio, które zatrudnia kilku fotografów. W Polsce jakoś to jest mało spotykane, taki model, nie?

GMP: No tak, tak, bo u nas to jest jednak… znaczy wiesz, są też studia, które zatrudniają kilku fotografów i potem para tam do końca nie wie, który fotograf będzie się wbijał na ich ślub. Myślę, że mam już też wyrobioną ocenę na temat takich rozwiązań, chyba że to są jakieś wyjątki od reguły, że rzeczywiście wszyscy trzymają poziom, ale no wydaje mi się, że raczej mi instynkt podpowiada, jeżeli ktoś pracuje dla kogoś, a nie rozwija swoich skrzydeł, no to albo jest może nie do końca jeszcze świadomy swoich umiejętności, albo to jest… fotografia jest bardzo indywidualna. I to musi być konkretny człowiek, konkretne serce, konkretne ręce, konkretne nogi i ja się zawsze staram marketingowo ludziom młodym podpowiadać, że muszą tak budować tą swoją strategię marketingową, żeby ludzie kupowali ich, a nie zdjęcia w liczbie osiemdziesiąt czy sto dwadzieścia, bo zawsze Ci przyjdzie inny fotograf, który dorzuci jeszcze trzydzieści zdjęć dla rodziców i Ty zawsze przegrasz. Natomiast, jeżeli dasz tym swoim klientom, tym swoim parom, coś, coś jest wiesz, niepoliczalne, właśnie te emocje, że ktoś kupuje Twoje oko, a nie Twoje zdjęcia, no to jest zupełnie inna wtedy rozmowa marketingowa, a wtedy można zacząć rzeczywiście sprzedawać dojrzałym, wyższym budżetowo klientom.

JS: Tu jest pełna zgoda oczywiście z mojej strony, natomiast jeszcze chciałbym dodać, że taka budowa studia opartego na kilku fotografach, których szkolisz przez kilka lat, to jest też jakiś koncept na to, co robić jakby powiedzmy w Twoim wieku czy dla starszych fotografów, wiesz to nie jest żaden przecinek, tylko…

GMP: No dzięki, dzięki, no to już poszło teraz.

JS: Wiesz co, no ale przyznałeś się, no to dobra, to ja już się uczepiłem tego, tej gałęzi i słuchaj, parę lat temu odkryłem takiego fotografa, który był mega mocny SIO na Nowy Jork i to jest Krystian Ot. I ja pamiętam, że właśnie było dla mnie takim zaskoczeniem, że odkryłem jego studio i to było tak, że Krystian Ot, powiedzmy masz tego mistrza, którego chcesz wynająć, no to wiadomo, już ekstra money wtedy lecą, ale ma tak trzech powiedzmy master level fotografów i potem jest ten taki staff, nie? Czyli ci fotografowie, którzy dopiero się tam u niego szkolą. I myślę, że taka koncepcja biznesowa też jest w sumie fajna.

GMP: No to jest super. Ja myślę, że to jest zdrowe, ale wiesz, dlatego mówię, że są takie sytuacje, gdzie rzeczywiście to ma ręce i nogi, ale żeby tylko ludzie tego wiesz, nie nadużywali, żeby to nie było tak, że zbierasz przypadkowych fotografów, przypadkowych operatorów kamer i chłopakom wiesz, płaci się po tysiąc, Boże, chciałbym, po sto pięćdziesiąt, po trzysta złotych, bo rozmawiałem z tymi ludźmi. To są jakieś stawki w ogóle kosmiczne dla mnie. I ci ludzie potem przyjeżdżają, nawet nie mają swojego sprzętu, pobierają ten sprzęt, nagrywają czy fotografują ślub, wracają potem i wiesz, nikt już nie wie w ogóle, kim był ten człowiek na ślubie. Jeżeli ktoś jest rzeczywiście uczciwy i ma to jakoś postawione tak jak być powinno, no to jasne, że to jest dobry model, no. Tylko ciężko kogoś wiesz, złapać do własnej grupy, bo jeżeli ktoś jest dobry, to w Polsce po prostu sobie radzi wiesz, indywidualnie.

JS: No ma inne ambicje też, nie?

GMP: No, a z drugiej strony jak potem sobie poradzić po latach, że masz kogoś w grupie i ktoś wiesz, jest coraz lepszy i zaczynają do niego docierać pary, i on zawsze wiesz, każdy chce mieć z nim.

JS: Jego kanałami.

GMP: Jak go przytrzymać potem? Jak go potem przytrzymać?

JS: No myślę, że podwyżką ewentualnie. Wiesz co, na moment chciałbym jeszcze wrócić, bo tak jak wspomniałem o tym, jak ja Cię widzę w sieci, postrzegam Cię po tych takich właśnie, jak ja to sobie z cudziemska nazywam, signature shats, pewnie wiesz, o jakie właśnie te zdjęcia chodzi, że masz jedno zdjęcie i to zdjęcie jakby robi robotę, nie? I się zastanawiam jak długo dochodziłeś do tego, żeby wyrobić ten swój styl i żeby właśnie ktoś nie wiem, wertując może Twoją książkę albo przeglądając Twojego Facebooka mówi tak, to jest zdjęcie Grzegorza, nie? Jeszcze może tylko dopowiem szybko, bo ostatnio jak przeglądałem Twój profil to widzę, że Ty tam też na przykład wyróżniasz innych fotografów, na swoim profilu pokazując zdjęcia ze swojej społeczności Magic Lands, o której jeszcze porozmawiamy, ale to od razu widać, że to nie Ty.

GMP: Wiesz co, najwięcej chyba mi… nie wiem, być może Cię rozczaruję teraz i Twoich słuchaczy, znaczy naszych słuchaczy, teraz moja odpowiedź, ale coś mi kliknęło w głowie takiego, że poczułem, że coś się mi otworzyło w momencie, kiedy poznałem moją żonę. I bardzo często jak na warsztatach ktoś pyta, dobra Grzegorz, gdzie szukać inspiracji. Oczywiście, że wszystko jest ważne, technika jest ważna, to wiesz, nie uciekniemy od niej, ale osoba, z którą żyję i którą kocham spowodowała, że jestem fotograficznie tutaj, gdzie jestem i nie mówię tego, żeby teraz wiesz, chwalić moją żonę, natomiast, żeby może podpowiedzieć też innym fotografom, że nie zawsze znajdziemy wiesz, w ISO i w czasie naświetlania odpowiedź, że fotografia to jest trochę coś innego niż tylko dobór obiektywu do danej sceny. W tym samym czasie, ponieważ no zacząłem też prowadzić warsztaty za granicą, musiałem się też bardziej ogarnąć i to wszystko jakoś usystematyzować, i zacząłem sięgać po różne źródła światła, z których wcześniej nie korzystałem, bo było albo za drogie, albo po prostu nie miałem takiej potrzeby. Na początku to było tak trochę z nudów, trochę dostawałem i gdzieś tam zacząłem sobie łączyć kilka źródeł świateł, i gdzieś tam się pojawiło u mnie rzeczywiście, sam to czuję wiesz i to nie oznacza, że to jest styl najlepszy na świecie, ale taki mój. Wiesz, są fotografowie dla mnie znani, jacyś cenieni, których też jak tak przelecę palcem na Facebooku, to nawet nie muszę wiedzieć, kto jest podpisany, po prostu wiem, że to był on i staram się te pojedyncze takie rzeczy też u siebie pielęgnować, bo to mi potem bardzo pomaga wiesz, za granicą po prostu.

JS: No ja właśnie, teraz jak mówiłeś, to mi się właśnie kilku takich fotografów przed oczami pojawiło, na przykład Clive Mountnare, gdzie jak ja widzę jego zdjęcia, no to dobra, to wiem, to Clive, nie?

GMP: Tak, również Susan Stripling. W tym roku miałem w Stanach być przyjemność w jednej grupie jurorów na konwencji [00:26:58]. Przesympatyczny facet, ona zresztą też bardzo fajna babka. Gość, który niewątpliwie ma bardzo szeroką wiedzę, fotografia jest jego też bardzo określona, czyli krótko mówiąc są zwolennicy, tak samo jak są zwolennicy mojej, Twojej, jego fotografii i są też miłośnicy, ale to jest taki tak, to jest dobry przykład rzeczywiście gościa, który sobie swój styl, swoje światło, swoje cienie poustawiał tak, że jest po prostu przewidywalny, co na pewno mu pomaga w sprzedaży.

JS: To właśnie o tym mówię, że klienci tak naprawdę przychodzą do nas, bo wiedzą, czego oczekiwać, nie? I tak wydaje mi się, że to odróżnia takich profesjonalistów od takich ludzi, którzy przypadkowo fotografią czy fotografią ślubną się zajmują. A powiedz mi, czy Ty czujesz, że masz taki trochę z lekka amerykański styl fotograficzny? Bo też takie opinie o Tobie słyszałem.

GMP: Amerykański styl fotograficzny.

JS: No w sensie, że wiesz, Europa w tej chwili jak obserwuję, no może Stany też trochę przechodzą na taką modłę właśnie fotografia tylko w świetle zastanym wiesz, bez żadnego off camera flash i tak dalej, a Ty jednak masz taki styl, który mi się zawsze kojarzył z tymi, no znanymi fotografami amerykańskimi.

GMP: Nie wiem czy to wziąć jako komplement, czy nie. Nie wiem, no czuję, że robię przewidywalnie świecone zdjęcia, w sensie staram się, żeby one nie były nudne, ale jeżeli wiesz, ktoś przychodzi po zdjęcie, to dostanie w podobnym stylu do tego, co widzi na mojej stronie czy na Facebooku, czy na Instragramie. Nie wiem czy to nazwać amerykańskim, ale na pewno jestem po drugiej stronie barykady, jeśli chodzi o bazowanie tylko i wyłącznie na świetle naturalnym, co nie oznacza, że nie zdarzają mi się reportaż w stu procentach oparte na świetle naturalnym. Jak jest światło to jasne, że sztucznie nie świecę, żeby było tylko, że Grzegorz zaświecił, ale no tak, nie mieszkamy w kraju, gdzie to światło jest zawsze miękkie i przez większą część dnia u nas mamy tak naprawdę lipiec, sierpień i właściwie to by było na tyle, więc no musimy się jakoś wspierać innymi źródłami światła, ale to nie jest tak, że sobie zawsze muszę zaświecić. Nie, znam i zachęcam też fotografów do tego, żeby poznali różne źródła światła, bo potem, kiedy będzie potrzeba po prostu sobie trochę pomóc, no to nie zawsze trzeba korzystać z flesza, jest przecież tyle innych źródeł światła.

JS: A jakby ktoś właśnie chciał się troszeczkę tak podszkolić, w sensie wejść na wyższy poziom, jeżeli chodzi o takie świecenie poza korpusem aparatu, to gdzie szukać jakichś informacji, oczywiście poza Twoimi warsztatami, bo to chyba każdy się domyśli.

GMP: No jak? Niech wbijają do Ciebie na warsztaty na przykład, nie? Czemu by nie?

JS: No wiesz co, ja akurat nie błyskam.

GMP: Widzisz. Jacek, ja dużo trenowałem sam.

JS: Samemu się wyćwiczyłeś w tym błyskaniu?

GMP: Posłuchaj, jak miałem problem na przykład z tym jak przy niskim pomieszczeniu ciemny sufit, czyli wiesz, odwiecznie problem fotografów ślubnych jak zaświecić fleszem, to położyłem arbuza, na arbuzie położyłem biały ręcznik, to była twarz pani młodej z welonem, możesz mi wierzyć czy nie, ale tak wyglądały moje początki, po prostu odbijałem sobie flesza w domu i szukałem tego najlepszego zdjęcia arbuza wyobrażając sobie, że to jest twarz pani młodej. Jak miałem problem, że wychodziła mi para młoda z kościoła i próbowałem pracować na ustawieniach manualnych, nie ogarniałem momentu, kiedy oni mi wychodzili z kościoła i nagle rzucanie jest kwiatkami, konfetti, a ja tutaj w ogóle nie wiem, co zrobić z aparatem, to prosiłem moją mamę, żeby wychodziła mi z garażu w białym T-shirt’cie w wakacyjny dzień i próbowałem po prostu mamę sfotografować, bo to jest dokładnie ten sam problem. Mama w białym T-shirt’cie wychodzi mi z ciemnego garażu nagle na słońce i dużo ćwiczyłem, wiesz? Dużo, dużo ćwiczyłem. Wierzę w to, że praktyka czyni mistrza.

JS: Może trochę pytanie nie na temat, ale fotografowałeś mamę z przodu czy pod światło?

GMP: Nie, nie, mama normalnie wychodzi wiesz, z garażu, ja stoję przed garażem.

JS: Przed garażem?

GMP: Tak, bo potem pani młoda z kościoła wychodzi i teraz, co zrobić, żeby nie przepalić zdjęcia i żeby ten T-shirt nie był pozbawiony szczegółów, bo przecież panie młode mają tak wiesz, czasami kosmicznie drogie te suknie ślubne, że no my jesteśmy odpowiedzialni, żeby to dobrze sfotografować. Ja mam wiesz, już naprawdę… Ty generalnie masz to samo doświadczenie, widziałem już tyle zdjęć, gdzie potem fotograf próbuje przekonać nas, że był zabieg artystyczny, żeby zdjęcie było poruszone albo zdjęcie jest wyjarane i tutaj będziemy teraz szukać jakiejś filozofii artystycznej. Myślę, że jeżeli ktoś jest świadomym fotografem, to widzi czy fota po prostu jest zepsuta, czy nie. No i staram się nie zepsuć fot.

JS: Ja tak zapytałem trochę może z czapy, ale ostatnio się właśnie nad tym głowiłem, czy gdzieś urzędowo jest napisane jak powinno wyglądać zdjęcie wychodzenia z kościoła i że dlaczego akurat zawsze z przodu musi być fotograf, no nie? Że może pod światło też czasami warto spróbować poeksperymentować, bo czasami naprawdę jest taka patelnia przed kościołem, że ciężko cokolwiek tam uchwycić.

GMP: Jestem za. Eksperymentujcie.

JS: No, dokładnie. W takim razie chciałbym Cię zapytać o zlecenia zagraniczne, bo od kilku lat, może od dwóch, trzech, zaobserwowałem, że jest taka, no mega moda na to, nie? Oczywiście kiedyś, kilka lat temu powiedzmy jak Ty gdzieś zaczynałeś te zlecenia zagraniczne, no to wiadomo, że też wszyscy się tym, mówiąc kolokwialnie, jarali, ale to nie było tak, że aż tylu fotografów z Polski jeździło na te zlecenia. Jak to się u Ciebie zaczęło?

GMP: Zanim powiem o początkach to tylko podpowiem, jeżeli teraz słuchają nas fotografowie, którzy są na początku swojej drogi, to chłopaki i dziewczyny, nie pchajcie się od razu tam, dlatego że tam jest konkurencja znacznie gorsza od tej konkurencji, która jest tutaj lokalnie u nas w kraju i żeby ktoś się po prostu nie zniechęcił. Wiesz, najpierw poustawiajcie sobie biznes tutaj w kraju, a potem to jakby jest taki krok dalszy w naszym rozwoju, bo tam jakby walczycie nie tylko z Polakami, ale też walczycie już ze starymi wyjadaczami zza granicy i jest naprawdę tam ciężko osobom, które dopiero co wchodzą na rynek. A u mnie to był początek zupełnie prozaiczny, pierwszy mój chyba plener zagraniczny to była Praga czeska, tylko dlatego że ślub się odbywał na Śląsku i było po prostu nam stosunkowo blisko. I to były też już dawne czasy, wtedy jeszcze niewielu fotografów, tak jak mówiłeś, robiło takie rzeczy, więc wystarczyło gdzieś się pochwalić takim plenerem zagranicznym i pary jakby automatycznie się same do Ciebie zgłaszały.

JS: To sprzedawało, nie?

GMP: Tak, tak, wiesz, bo teoretycznie każdy to mógł zrobić, ale para chętnie będzie sięgać po coś, co fizycznie widzi. To tak samo jak z foto książką. Jeżeli ja mam foto książkę za nie wiem, czterysta złotych, a ma ktoś książkę za siedem tysięcy złotych, to jeżeli będę sprzedawał ją online, to mi nikt nie kupi tej za siedem, ale jeżeli przylatuje do mnie para, jeżeli mu pokazuję tą foto książkę i ona jest rzeczywiście sprowadzona z Włoch i o klasę, o kilka klas właściwie wiesz, lepsza od tej tańszej, no to wtedy mi się udaje sporadycznie, bo sporadycznie, ale sprzedawać te drogie książki, więc tak samo tutaj, no żeby ktoś chciał się wbić w ten rynek duży, trudny, ale też, no bardzo związany taki wiesz, z dobrymi profitami, no to trzeba zainwestować w to swoje dwa, trzy pierwsze reportaże albo może reportaż będzie ciężko, ale te plenery. Ewentualnie zorganizować jakąś parę albo po prostu poświęcić swój czas, poświęcić pieniądze i samemu tam lecieć, i zrobić takie reportaże, bo inaczej ciężko jest sprzedawać reportaż czy plener w Wielkiej Brytanii, jeżeli tak się nigdy wcześniej nie robiło, bo to jest tak jak para mnie pyta albo uważa to za atut fotografa, czy mojego, czy jakiegokolwiek innego fotografa, który robił plener w Paryżu. Okej, robiłeś w Paryżu, to super, to znaczy, że znasz Paryż. Znam, ale znam może pięć, sześć, siedem miejsc, bo za każdym razem jedziemy w te same miejsce. Jeżeli ktoś ma wyobrażenie wieży Eiffla jako cudne miejsce pod plener, to jest w wielkim błędzie. Tak, pod warunkiem, że jedziemy o piątej rano na piętnaście minut. Trzeba zwijać się stamtąd, bo za chwilę będzie tylu bohaterów, których nie chcę mieć na zdjęciu, że to jest totalna katastrofa, więc dużo z tymi parami trzeba rozmawiać. Jeżeli ktoś też chciałby rozpocząć, to czasami trzeba też trochę zagadać te pary, czyli trzeba im uświadomić, że plener zagraniczny, jeżeli nie mówimy o reportażach, ale o plenerach zagranicznych, to też jest dla nich katastrofa finansowa, bo jeżeli przeliczyć wyjazd do Gdańska, jeżeli ktoś mieszka na południu Polski, a wyjazd do Pragi czy tanie loty do Rzymu, to naprawdę nie aż tak więcej kosztuje ten plener we Włoszech, nawet może efekty mogą być zupełnie inne.

JS: A miałeś jakieś takie hardcore’owe przygody związane ze zleceniami zagranicznymi? Już nie mówię tylko o plenerach, ale w ogóle o reportażach, że coś, na przykład gdzieś się zgubiłeś, nie do tego kraju pojechałeś. No może takie bardzo drastyczne teraz przykłady dałem.

GMP: No wiesz, mi się kiedyś w Polsce zdarzyło, to było w 2003 roku, że pojechałem na ślub, ale nie do tego województwa, więc jeszcze nie było Maps Google wtedy i to takie było, na szczęście jakby z opóźnieniem pokonałem tą różnicę czterystu kilometrów i tam wjechałem do kościoła.

JS: Czterysta kilometrów pojechałeś nie w to miejsce, tak?

GMP: No tak, byłem w Małopolsce, a okazało się, że to jest dawne kujawsko – pomorskie, także trochę miałem nie po drodze, ale to długa historia, w każdym razie, no niekoniecznie z mojej to winy w tamtych czasach było, ale no efekt był taki, że nie fotografowałem przygotowań ani błogosławieństwa. Plener mieliśmy w dniu ślubu mieć. Długa historia. W książce o niej trochę więcej piszę, no także już od tego czasu jak rozmawiam z parami to za każdym razem pytam o miejscowość, o kod pocztowy i o województwo jeszcze na wszelki wypadek wiesz, żeby teraz już nie pojechać, gdzie indziej. Natomiast zdarzyło mi się kiedyś jak miałem, fotografowałem ślub we Włoszech nad jeziorem Garda, zdarzyło mi się, że po wylądowaniu miałem wiesz, samochód odebrać, którym miałem wypożyczonym jechać na miejsce docelowe i okazało się, że nie wziąłem prawa jazdy. I to jest słuchaj, historia jak z filmu, dlatego że poszedłem oczywiście pierwsze co to zapytać się, ile będzie kosztować taksówka na to miejsce, no bo jakoś musiałem do tej pary dojechać. Oczywiście, no koszt taksówki to było mniej więcej tyle samo, ile miałem w tamtym dniu zarobić za moją pracę. Oczywiście pobladłem, ale no nie było wyjścia wiesz, musisz po prostu w takich sytuacjach z honorem się zachować, to jest czyjś ślub przecież, no jesteśmy odpowiedzialnymi ludźmi. I jakiś wiedziony instynktem wyobraź sobie, podszedłem do przypadkowo spotkanego człowieka na lotnisku, po prostu wyobraź sobie, że jesteś na lotnisko i nagle ktoś Cię mija, elegancki pan w kapeluszu i nagle coś Ci mówi idź i zapytaj go jak się dostać nad jezioro Garda. I wyobraź sobie, uwierz mi czy nie, że okazało się, że spotkałem na lotnisku, trzysta kilometrów od miejsca, w którym miałem się znaleźć w ciągu paru godzin, spotkałem człowieka, który mieszka dom obok. Dom obok. I to było po prostu coś takiego jakbym nagle spotkał anioła na zasadzie… i rzeczywiście pojechałem z tym gościem. Oczywiście wiesz, cały czas trzymałem mocno torbę, bo wydawało mi się to jakimś zbiegiem okoliczności, no niecodziennym. Okazało się, że on rzeczywiście mieszka dom obok miejsca, do którego ja miałem jechać. Także wierzę wiesz, w kogoś takiego mądrego bardzo, który tam wiesz, w niebiosach patrzy i czuwa.

JS: Jestem w stanie uwierzyć w Twoją historię, dlatego że kilka lat temu, pamiętam, chyba w radiowej Trójce leciał taki reportaż, nie wiem czy on się nazywał Snajper czy jakoś, coś w tym rodzaju, o człowieku, który właśnie był snajperem na wojnie i wiesz, pod wpływem tych swoich doświadczeń drastycznych, no zaczął pić, no nie? I mieszkał w Stanach, chciał się wyrwać z tych wszystkich wspomnień i tak dalej, i tak dalej, miał ten duży problem alkoholowy, no i on w międzyczasie właśnie chcąc zerwać z tym nałogiem, po prostu wziął telefon, wykręcił przypadkowy numer i odebrał jakiś polski ksiądz, nie? Będący w Stanach, zajmujący się właśnie terapią dla osób z uzależnieniami, nie? Czyli to po prostu, no ciężko uwierzyć w coś takiego, nie?

GMP: Cudne.

JS: Ale gość wyszedł z tego, no i teraz mieszka gdzieś tam na Mazurach, nie wiadomo, gdzie, no ale historia mniej więcej w podobnym tonie, także…

GMP: Anioły fruwają, anioły fruwają.

JS: Dobrze jest jakby tutaj zawierzyć, nie? Czasami. Fajnie, że Ci się tak udało. Ja nie miałem tyle szczęścia, bo też miałem właśnie historię z wynajętym samochodem, że jakoś tam chyba nie miałem karty, takiej wiesz, z wypukłymi cyframi, no i też musiałem jakoś tam szukać różnych innych środków transportu. Także to nie jest tak różowo jak się wydaje.

GMP: Czy to nie jest cudne, czy to właśnie, te przygody nasze, to nie jest ten element, który my kochamy w swojej pracy?

JS: Ta taka nieprzewidywalność?

GMP: Popatrz, o ósmej piętnaście mógłbym siedzieć za biurkiem.

JS: No?

GMP: Jakie nudy.

JS: No. Myślę, że…

GMP: Im więcej takich sytuacji… popatrz, jak ktoś by Ciebie zapytał teraz Jacek, spośród wszystkich ślubów, które robiłeś, które pamiętasz, to rzadko kiedy będziesz pamiętał najpiękniejsze. Zgodzisz się?

JS: Te najłatwiejsze, tak? Chodzi Ci?

GMP: Nie, że najpiękniejsze śluby nie zawsze będą te, które zapadną w Twojej głowie.

JS: No?

GMP: Często będą też śluby, które pamiętasz, gdzie właśnie coś się wydarzyło kosmicznie takiego dziwnego.

JS: Dokładnie, dokładnie.

GMP: Właśnie na tym to polega. To jest właśnie cudo tego wszystkiego.

JS: No to jest tak jak z zapamiętywaniem, nie? Jak na przykład próbujesz zapamiętać, są takie techniki, jak próbujesz czyjś numer telefonu zapamiętać, to podobno właśnie wyobrażasz sobie te cyfry jako właśnie jakieś tam stworzonka i tak dalej, i to zaskakuje mózg i wtedy po prostu nasz mózg rejestruje. To jest coś, co pozwala właśnie zapamiętać takie różne wydarzenia. A słuchaj, bo też jeszcze, żeby trochę odmitologizować, trudne słowo, te zlecenia, to słyszałem od takiego fotografa, który się zajmuje destination, że czasami właśnie jak zaczynał to słyszał dobra, no ślub na plaży, nie? Ekstra, wyobrażał sobie, że to będzie mega bajka, a tu przyjeżdża, to jest w jakimś resorcie, po prostu tam wiesz, ślub na plaży o dwunastej i idzie gościu w slipach, w klapkach i mu tam wchodzi w tło, no nie?

GMP: No słuchaj, no często tak jest. Jak fotografowałem dwa lata temu ślub na Mozambiku, to cała uroczystość trwała siedem minut, wiesz. A tam, żeby dojechać trzydzieści sześć godzin podróżowałem przez jakieś tam krzaki, z kobietą z jakąś maczetą. To naprawdę była długa historia. W międzyczasie prawie że dwa razy zginęliśmy. To bym Ci musiał opowiadać po prostu historię Mozambiku nie z tej ziemi. Z pistoletami, ale to naprawdę cudna historia. To na kolejny broadcast słuchaj, co najmniej trzygodzinny, nie? No, a potem jedziesz i okej, wszystko jest cudne. Albo na Mauritiusie, też jako kolejny przykład i idziesz, i rzeczywiście, no masz parę, masz tam wiesz, elegancki baldachim, tutaj jakiś pan niekoniecznie wyjściowo tak dla nas, Polaków, wyglądający, rzeczywiście udziela tych ślubów, a tam stoją już gotowi za dolara zrobić wszystko, pracownicy tego resortu. I no rzeczywiście to tak trochę jest. To tak trochę jest, no ale robisz, co możesz, żeby… no po to tam zabieram fotografów, żebyś pokazał ich rzeczywiście w tej bajkowej scenerii, a czasem jest trudno.

JS: No właśnie, a jakie jest Twoje w takim razie nastawienie? Bo ja sobie zawsze wyobrażałem, no przez jakąś część tego czasu, który poświęciłem na pracę jako fotograf, że naszym obowiązkiem jest takie właśnie przedstawienie sytuacji in plus, no nie? A poznałem takich fotografów, którzy mają taką zajawkę reporterską i oni mi uświadomili, że na przykład, żeby nie robić na przykład takiego ujęcia, że wchodzi na przykład sobie para do kościoła i ja bardzo wąsko ich przedstawiam, żeby tylko nie pokazać ludzi z telefonami, nie? Oni wręcz mi powiedzieli, no słuchaj, no są te telefony i to jest jakby znak czasu, nie? I pokazujesz tą scenę trochę szerzej, więc nie wiem, czy Ty masz takie nastawienie, że Ty też chcesz pokazać tych ludzi w klapkach, czy raczej ich ucinasz?

GMP: Chcę, znaczy tak, no znaczy myślę, najzdrowiej jest zrobić jedno i drugie. Masz na to czas. Jak jesteś fotografem, to ogarniesz jedną scenę i drugą, ale jeżeli rzeczywiście jest jakiś pojedynczy element na takim kadrze, który no nie jest nieestetyczny, tak? Wyobrażamy sobie rzeczywiście to zdjęcie takie, no bardziej estetycznie, bez tego człowieka w sandałach czy w klapkach, to stara szkoła reporterska mówi idź szerzej, pokaż więcej, dlatego że, jeżeli wyobrazimy sobie panią młodą z reklamówką obok, to będzie ta reklamówka bardzo razić fotografa i te osoby, które będą patrzyły na to zdjęcie, jeżeli użyjesz obiektywu dwieście i będziesz chciał pokazać jakiś wiesz, portret beauty i z reklamówką, a jeżeli pojedziesz czternaście dwadzieścia cztery czy tam canonowe szesnaście trzydzieści pięć i pokażesz coś bardzo szeroko, to reklamówka w ogóle się zgubi, opowiesz historię zupełnie inną. Nie pokażesz historii pani siedzi i jest malowana, tylko powiesz pani siedzi, jest malowana w pokoju, gdzie tutaj jest jeden element, drugi, trzeci, czwarty, piąty i zupełnie inna historia z tego wychodzi. No tak, w sytuacji, kiedy rzeczywiście nie wiadomo, co zrobić, to bezpieczniej jest pójść szerzej. Jak wchodzi para do kościoła i wchodzi, no nie wiem, najprawdopodobniej początkujący kamerzysta i wprowadza ich stojąc metr przed nimi, i idzie tyłem do ołtarza, i nie jesteś w stanie dojrzeć tej pary, no to co zrobić, no nie będziesz się teraz wbijał teleobiektywem, żeby koniecznie dorwać parę, bo może Ci się nie udać. Idziesz szerzej i mówisz, tak wyglądało wasze cudowne wejście do kościoła, tak ludzie was postrzegali.

JS: No zdarzyło mi się właśnie tak, mieć faceta w dresie, który tam kroczył przed panną młodą, no ale ona widziała i potem mnie nawet przepraszała, więc takie historie się zdarzają. A powiedz mi jak wygląda tak od strony technicznej do takiego wyjazdu, czy ograniczasz się sprzętowo? W sensie, że masz ten sam sprzęt, który używasz w Polsce, a na zleceniach zagranicznych, czy jakoś starasz się kompaktowo zapakować?

GMP: Jeżeli lecę gdzieś bardzo daleko, to rzeczywiście staram się kompaktowo popakować, dlatego że, no wiesz, co się dzieje z tymi bagażami. Oczywiście zawsze aparat, obiektyw, jest w plecaku tym podręcznym, natomiast wszystkie takie rzeczy jak lampy i jak baterie, te wszystkie rzeczy, które są cięższe, wkładam, w bagaż rejestrowany. Jest teraz pewien problem, zwłaszcza jak ktoś będzie na wschód leciał z tymi bateriami do tych lamp błyskowych, jeżeli one są zewnętrznymi bateriami, może się zdarzyć, że ktoś po prostu nie będzie mógł wwieźć takiej baterii. W Malezji jest taki problem obecnie. No trzeba się trochę wcześniej poinformować, podowiadywać przepraszam, o tym. Być może warto zagadać jakiegoś po prostu fotografa przez Facebooka, chociaż w tej Azji ten Facebook nie do końca działa, ale można tam jeszcze zawsze kogoś znaleźć, jakiegoś zeuropeizowanego wiesz, Azjatę, żeby się dopytać czy czegoś przypadkiem, no nie można wwozić, jakiegoś rodzaju baterii. Ale nie w sprzęcie jest wiesz, jest cała frajda. No fajnie mieć, bo jak masz, no to możesz fotografować przy mocnym świetle, przy złotej godzinie jak już tego światła w ogóle nie ma, więc jesteś po prostu przygotowany na każdą ewentualność, ale to jest dla mnie jakby zupełnie drugorzędna sprawa.

JS: No właśnie słyszałem, że jest też taki problem a propos wwożenia sprzętu gdzieś do jakichkolwiek krajów, że no istnieje podejrzenie wśród tych celników całych, że no Ty tam jedziesz jednak do pracy, jeżeli masz tyle sprzętu, no i tu jest też pytanie, no bo jeżeli prowadzisz biznes zarejestrowany w Polsce, no to tutaj odprowadzasz podatki, no ale jednak zlecenie jest za granicą. Większość fotografów radzi, żeby się ograniczać sprzętowo.

GMP: No Jacek, ja mam zawsze jak na plener idę jeden aparat i trzy obiektywy czy tam cztery obiektywy w plecaku, więc nie jest to jakaś niezliczona ilość rzeczywiście sprzętu. No zawsze to jest takie ryzyko. Wiesz, ja znam historie od moich znajomych i przyjaciół, którzy lecieli na warsztaty, żeby poprowadzić i na przykład w Kanadzie ostatnio kolegi nie wpuścili.

JS: No właśnie o Kanadzie miałem tutaj powiedzieć.

GMP: A widzisz, no to być może to jest jakiś tam szerszy, może nie problem, tylko no po prostu państwo się próbuje bronić być może i chronić swoich fotografów, to też jakiś tam jest koncept. Nie wiem czy wiesz, że teraz niestety nie pamiętam, jaki to jest kraj, ale też jest na wschodzie, kraj, gdzie w ogóle jako Ty, zewnętrzny fotograf, nie możesz polecieć i fotografować. To jest zagrożone więzieniem. Żeby móc fotografować, musisz być stowarzyszony w takim stowarzyszeniu, jakoby w takim cechu fotograficznym w danym kraju, musisz mieć oficjalne zezwolenie.

JS: A to może Korea Północna?

GMP: Nie, na pewno nie Korea, ale nie pamiętam teraz, gdzie to jest.

JS: Aha, no to też ciężko mi jest sobie wyobrazić właśnie taką opcję, ale tak chciałem powiedzieć, może żartobliwie, że czasami taki japoński turysta ma więcej sprzętu, nie? Niż fotograf ślubny, tak na dobrą sprawę.

GMP: No tak, no przecież zobacz, popatrzmy, co się dzieje w Londynie. Jeżeli jedziesz, fotografujesz przy pomocy statywu, to od razu musisz mieć zezwolenie, od razu traktują Cię jako fotografa profesjonalnego i w ciągu trzech sekund najprawdopodobniej zaraz ktoś do Ciebie przyjdzie i Cię poinformuje, że tutaj nie wolno fotografować bez zezwolenia, ale jeżeli robisz to samo z parą, która ewidentnie jest parą młodą i ewidentnie jesteś ich fotografem ślubnym, a robisz to bez statywu, to częściej ujdzie Ci to na sucho. No są takie paradoksy, ale no trzeba po prostu umieć z tym żyć. W Irlandii też miałem kiedyś kosmiczny dla mnie problem, dlatego że w dniu ślubu para chciała, żebym zrealizował z nią plener, bardzo króciutki, półgodzinny, po ceremonii, przed imprezą i okazało się, że park wymaga od fotografa ubezpieczenia półtora miliona euro, tak?

JS: Żeby móc fotografować?

GMP: Tak, nie byłem w stanie takiego ubezpieczenia w Polsce wiesz, ogarnąć. Dzwoniłem do PZU, do Alliance i no wszyscy mi pukali palcem po głowie. I rozwiązaliśmy problem, ale no dużo wody upłynęło, żeby wiesz, uspokoić parę, bo to mieliśmy podpisaną umowę i nagle dwa tygodnie przed okazuje się, że musimy takie ubezpieczenie i skąd je wziąć w Polsce.

JS: No ciężka sprawa, ciężka sprawa. A powiedz mi w takim razie, bo widzę, że nam czas szybko płynie, a bardzo chciałbym jeszcze przejść do takich dwóch jakby gałęzi, które sobie zaplanowałem, jeżeli chodzi o to drzewo fotograficzne nasze, podcastowe.

GMP: Tak?

JS: O warsztaty Cię chciałem dopytać, jak u Ciebie ta sprawa wygląda, bo wiem, że szkolisz nie tylko w Polsce, ale też za granicą.

GMP: Wierzę w coś takiego jak warsztaty fotograficzne. Sam prowadząc je z jakimś innym kolegą czy z koleżanką, czyli w sytuacji, jeżeli jest dwóch wykładowców, jest wtedy większa grupa fotografów, sam się przecież uczę, patrzę jak koledzy i koleżanki w branży fotografują i wierzę w to, że jeżeli ktoś przyjdzie i dobrze wybierze dla siebie warsztaty fotograficzne, przepraszam, to może z tego skorzystać. Czasami wracamy z warsztatów z takim poczuciem, że mamy osiemdziesiąt procent nowej wiedzy. Czasami wracasz, że masz poczucie, że się nauczyłeś jednej rzeczy, ale być może po latach ta jedna rzecz spowoduje, że szybciej dojrzejesz, że coś zaczniesz rzeczywiście szybciej dostrzegać, ponieważ mało wciąż jest fotografów ślubnych, którzy są po szkołach fotograficznych. To to jest takie wiesz, poszerzanie horyzontów, poznawanie branży, posłuchanie, co w trawie piszczy, nauczenie się. Staram się zawsze jednej rzeczy unikać na warsztatach. Nie jestem miłośnikiem warsztatów, gdzie tylko i wyłącznie fotografujesz się byleby portfolio, byleby wiesz, fotografować fajne dziewczyny, bo to dla mnie nie są warsztaty. Warsztaty to jednak musi być ta część taka wykładowa, musi być ta część praktyczna, ale musisz rozumieć, co robisz i dlaczego, bo musisz wrócić do domu i móc to potem przenieść na swój właśnie codzienny biznes. No w Polsce jestem związany z Akademią Nikona, z czego jestem już, no bardzo dumny. To była marka, którą w życiu nie wyobrażałem sobie, że będę z tą marką związany. To była jakaś sfera marzeń moich. W Krakowie mam Szkołę Obrazu moją, która tylko jest w Krakowie. Wiesz, dużo mam takich indywidualnych konsultacji. Jest część fotografów, którzy nie przyznają Ci się nigdy do jakiejś niewiedzy albo po prostu nie mają czasu, może się trochę wstydzą i na grupówkę nie pójdą. Potrzebują tego indywidualnego podejścia albo są tak początkujący, że nie wiedzą właściwie, czego chcą się nauczyć. Chcą się nauczyć wszystkiego, bo to wiesz, są te etapy wiedzy. Szkolisz to wiesz, że na początku nie wiesz nic, a potem już zaczynasz rozumieć, czego nie wiesz i to jest ten piękny moment, kiedy możesz rzeczywiście wybrać sobie te warsztaty, które no spełnią Twoje oczekiwania. Niektórzy mają talent, niektórzy go po prostu nie mają i oni będą wciąż fotografować, ale będą tak bardziej takimi rzemieślnikami. Oni będą przynosić bardzo powtarzalne, dobre reportaże, jeżeli ktoś ich dobrze wyszkoli, ale nie będzie tej finezji. Tak jak u piłkarza, gra jedenastu, a czasami dwóch ma finezję, a reszta po prostu gra tak jak ich nauczono. No i ta zagranica, no to to jest coś, z czego jako czterdziestolatek już niemal jestem szczęśliwy, że mi się udało wbić w ten rynek, bo bądźmy byli uczciwi, też jak fotografujesz, po prostu podróżujesz. Gdybym ja miał wydawać wiesz, z własnego budżetu rodzinnego te pieniądze na te podróże, pewnie bym z połowy musiał zrezygnować, bo proza życia by mnie przygniotła. Natomiast dzięki temu, że gdzieś lecisz, to zawsze staram się ten jeden dzień, no więcej nie mam czasu, ale jeden dzień tak spędzić, żeby zobaczyć chociaż trochę to miasto. Staram się podróżować też bardzo z moją żoną i moją małą Hanką. I każdy taki wyjazd na dłużej niż cztery dni, to mimo że, no wtedy zamiast jedną osobę, to wiesz, opłacasz trzy osoby, więc jakby mniej przywozisz pieniędzy do budżetu rodzinnego, to jednak zyskujesz zupełnie coś innego i spędzasz ten czas też z kimś, kogo kochasz i to tak, no próbuję łączyć to wszystko.

JS: No to jest fajne, właśnie to balansowanie też życia prywatnego z takim czasem na pracę zawodową, a zauważyłem, że bardzo dużo też u Ciebie właśnie dochodzi do takich współprac, że to nie są tylko i wyłącznie Twoje autorskie warsztaty, tylko że na przykład właśnie kogoś innego można posłuchać. Powiedz mi jak dochodzi do tej współpracy? Ty znasz tych ludzi wcześniej czy to jest ten Twój networking, który działa w tym momencie, czy po prostu to są osoby, które zwracają się do Ciebie z prośbą o współuczestnictwo czy współprowadzenie takich warsztatów?

GMP: Wszystko po trochu. Są organizacje, są kongresy, seminaria. My w Polsce nie mamy tak jeszcze rozwiniętego tego rynku, to wszystko pewnie przyjdzie z czasem. Może Ty i ja coś razem zrobimy w przyszłości, dlaczego by nie? Są organizacje, które robią cykliczne, coroczne sympozja i zapraszają wykładowców. I to się zdarza trzy, cztery, pięć razy może w roku i to najczęściej są gdzieś dalekie kierunki. I to jest bardzo takie przydatne z punktu widzenia nowych znajomości, możliwości wiesz, spotkania się z ludźmi, którzy znasz tylko gdzieś tam w Internecie, a jeszcze piętnaście lat temu to w ogóle traktowałeś ich jako wiesz, totalnych bogów w branży. Są też w wyniku tych wszystkich nawiązanych kontaktów takie możliwości potem, chodź, zorganizuję dla Ciebie warsztaty, a potem Ty zorganizujesz u siebie i będziemy, krótko mówiąc, wzajemnie się wspierać. Trzeba oczywiście, no wykształcić sobie tą grupę, ja ją cały czas kształtuję, to jest wieloletni proces jakby zrzeszenia się z ludźmi, którzy są rzeczywiście Tobie wiesz, tak zwyczajnie życiowo przychylni, bo z jednej strony, no jest konkurencja, ale jeżeli mamy przyjaciela w Brazylii, to dla mnie nie jest codzienna konkurencja, nawet, jeżeli robimy tak zwane destination weddings, to on raczej obsługuje swój region, ja obsługuję swój region, więc łatwiej pewnie będzie polinkować się, połączyć się z kimś, kto jest, no nie zaraz przy Twojej miejscowości. A mamy kilka przecież spektakularnych już przykładów w polskiej branży, kiedy ktoś razem prowadził warsztaty, a potem już ich razem nie prowadził, dlatego że jednak na co dzień są wobec siebie konkurencją. Nie jest to proste. Facebook oczywiście, no jest bardzo przydatny w tym wszystkim, ale trzeba wyjść trochę do ludzi, trzeba wyjść z tego takiego wiesz, popularnego hejtu i trzeba po prostu wspierać innych fotografów. Ja bardzo często staram się pokazywać zdjęcia innych fotografów i mówić, to jest dobry, porządny fotograf, dlatego że nic mi po hejcie, a jeżeli chcesz mieć relacje, jeżeli chcesz zbudować to community, to musisz do tej społeczności dołączyć swoje normalne, rzeczywiście serdeczne emocje i bez tego, no wiesz, była taka grafika, myślę że większość słuchaczy ją widziało na Facebooku, takie schody, był taki napis lokalni fotografowie i każdy jeden drugiego zrzucał z tych schodów i było napisane potem międzynarodowi fotografowie, rzeczywiście oni się ciągnęli do góry i coś to jest na rzeczy rzeczywiście, te stowarzyszenia. Oczywiście wszędzie są minusy, wszędzie są kontakty, wszędzie jest polityka, wszędzie, no musisz o siebie walczyć, ale jest też duża szansa dla osób otwartych na taką zwyczajną, normalną, serdeczną relację.

JS: No, ja wiesz co, na YouTube swego czasu widziałem taki filmik, może się będziesz śmiał, może nie, ale jacyś Twoi fani, chyba z Turcji, wrzucili wiesz, Grzegorz Moment Płaczek przyjeżdża na warsztaty, nie? I tam Cię witają, przybijają piąteczki i tak sobie myślę kurczę, ciekawe czy w Polsce by była taka sytuacja, nie? Że facet przyjeżdża na warsztaty, a tutaj z takim entuzjazmem, nie? Witają fotografa.

GMP: Wiesz co, kocham polską fotografię i kocham to, co robię tutaj, natomiast szkolenie i warsztaty w Polsce, wiesz, bo szkolisz, nacechowane są trochę innym nastawieniem uczestników, nie gorszym, nie lepszym, innym. U nas jest bardzo technicznie. U nas jest bardzo często, ludzie przechodzą przez listę zagadnień, które miały być poruszane na warsztatach. Bardzo to jest takie merytorycznie poukładane, natomiast za granicą, jeżeli prowadzisz warsztaty, to oczywiście musisz zrobić swój program, natomiast są tam trochę inne takie, może luźniejsze nieco relacje.

JS: Tematy, tak?

GMP: I tematy, i relacje. W Polsce mi na przykład się nie zdarza często, żeby fotograf na warsztaty nie przyniósł aparatu. Tutaj raczej wszyscy przychodzą z myślą fotografujemy. A tam zdarza mi się bardzo często spotkać na swoich warsztatach, którzy w ogóle przychodzą bez sprzętu, dlatego że oni przychodzą pooglądać, posłuchać, popatrzeć. To nie jest czas dla nich na portfolio. To jest czas dla nich, żeby przyjechać do domu potem z wiedzą, właśnie czasami sposób jak ktoś fotografuje, też Ci daje więcej niż tylko to, co on Ci powie. Zdarzali mi się za granicą, wyobraź sobie, słuchacze, którzy nie rozumieją, co do nich mówię, dlatego że nie umieją po angielsku i dla mnie to jest niezrozumiała historia, a oni się zdarzają, przychodzą, żeby popatrzeć jak Ty prowadzisz, jak rozmawiasz, jak prowadzisz warsztaty, jak fotografujesz, jak układasz modelkę. Każdy szuka jakiejś wiesz, odpowiedzi w swojej codziennej branży. Różnimy się. Różnimy się bardzo, jeżeli chodzi o lokalny tutaj nasz rynek. Trzeba balansować. Wiesz, jedni i drudzy są ważni, jedni i drudzy są fajni, ale trzeba krótko mówiąc, balansować, żeby nie popełnić tego błędu, że z rozpędu po nie wiem, po miesiącu bycia za granicą nagle bierzesz na Akademię Nikona albo na moją Szkołę Obrazu i jesteś cały czas na tym, na tej takiej fali fanu trochę, wiesz. Nie, nie, bardziej tutaj trzeba być u nas jednak stonowanym i merytorycznie podchodzić do tematów.

JS: A wiesz co, to jest fajne w sumie podejście, to, co powiedziałeś, że przychodzą też bez aparatu, żeby pooglądać czy sobie zobaczyć, podejrzeć jak fotograf pracuje. W podcaście Justyna Kuświk, także polecam ten podcast, czasami idzie sobie na przykład w pewne popularne miejsce, gdzie jest dużo sesji i sobie tam leży na kocyku, i patrzy jak fotograf wiesz, rozmawia z parą, jak tam prowadzi taką sesję i tak dalej. Tylko właśnie, żeby sobie usłyszeć jak ten człowiek właśnie się komunikuje ze swoją parą. Nie, żeby oceniać kogoś, tylko żeby sobie zobaczyć, bo może ktoś ma inny styl, nie znaczy, że lepszy czy gorszy, tylko po prostu, żeby sobie tak dla własnej satysfakcji, żeby wiedzieć. To jest też ciekawe.

GMP: Mi przyszło teraz do głowy trochę pewnie z czapy, ale mówiliśmy o tym przed audycją, że wszystko jest ważne, zarówno to, żeby popatrzeć jak inni fotografują, ale też musisz sam z siebie coś wiesz, odkrywać w sobie i musisz też mieć pewnie jakieś predyspozycje, bo jak zaczniesz być rozpoznawalnym fotografem, mówię tu w imieniu całej branży, nie tylko swoim, no to mówiliśmy o tym, że musisz też takiej grubej skóry trochę nabyć, bo no hejt jest wszechobecny. Jak o tym mówił kiedyś klasyk Kryspin, czy żółć się musi lać, pozdrawiam hejterską brać. I to tak musisz wiesz, pół żartem, pół serio do tego podchodzić, ale musisz cały czas o tym pamiętać, że sukces nie jest zawsze po drodze wszystkim i jeżeli mówimy o rynku, już powiedzmy sobie żyjesz z fotografii i zaczynasz sprzedawać swoje usługi za konkretne pieniądze, to mówimy o konkretnych konkurentach i nie wszyscy zawsze są wiesz, przyjaźni, dlatego budowanie tej relacji wspólnej, to budowanie tych swoich wewnętrznych umiejętności przetrwania trudnych momentów, też jest ogromnie ważne.

JS: Powiedz mi jeszcze trochę o tym Magic Lands, bo to mnie ciekawe, to jest jakaś Twoja bodajże jedna z nowszych chyba inicjatyw.

GMP: Magic Lands to jest taka ogólno… ogromna inicjatywa. Inicjatywa, która na początku była moja, a teraz już na szczęście mam ogromną rzeszę ludzi, którzy się w to zaangażowali. Magic Lands to właściwie wszystko, co sobie możesz wyobrazić z punktu widzenia marketingu, czyli po pierwsze, Instagram, czyli hashtag magiclands, staramy się cały czas namawiać fotografów z całego świata, żeby jednym z hashy, które używali, było hash magiclands. Dzięki temu jesteśmy w stanie budować, no wiesz, tą grupę osób, które mają wspólne słowo, które nie promuje mnie, nie promuje Ciebie, nie promuje kogokolwiek, czyli jest jakby takie bardzo miękkie, ale zrzesza ludzi, czyli fotografów, jeżeli robią wiesz, follow hashtaga, czują się bezpieczni, dlatego że mówiąc zrobiłeś dobre zdjęcie, nie budujesz konkurencji, tylko tak naprawdę tworzysz tą siłę tej grupy fotografów. To też oczywiście grupa Magic Lands, grupa fotograficzna na Facebooku, obecnie tam mamy chyba ponad siedem i pół tysiąca fotografów z całego świata. Wymóg jedyny, język angielski. Zasada grupy jest prosta, jeżeli publikujesz swoje zdjęcia, nie ma self marketingu, publikujesz swoje zdjęcie to musisz napisać jak zostało stworzone, zarówno poprzez dane z aparatu, ale również to jak świeciłeś, bo jeżeli chcesz się pochwalić swoją twórczością, to pozwól, żeby się inni od Ciebie uczyli. Działa to w dwie strony, inni też muszą powiedzieć jak zrobili zdjęcie i każdy tak naprawdę podpatruje i uczy się też od innych. Początkujący fotografowie potrzebują tego typu opisu. Jak jesteś już bardziej zaawansowany to popatrzysz na zdjęcie i często widzisz jak ono zostało zrobione, ale tym młodym to z pewnością pomaga i to jest jakby wszystko wiesz, bezpłatne, darmowe, natomiast raz w roku odbywa się konkurs fotograficzny, gdzie mamy całą listę sponsorów. Wiem, że to nie czas na reklamę, ale bardzo serdecznie dziękuję, zwłaszcza ISO Polska, oni są jedni z naszych głównych sponsorów co roku i Jacek, muszę Ci, wiesz, jestem związany na co dzień też sercem jakby z ISO, dla słuchaczy, kochani, to jest jedna, jeżeli mogę Jacek.

JS: Oczywiście.

GMP: Jeżeli tego nie wytniesz.

JS: Jak zdradzisz, jaki masz w ogóle model, to też będzie dobre, dla ludzi.

GMP: To będzie teraz niespodzianka, dlatego że ISO co chwilę mi zmienia tej model wiesz, bo jestem tym globalnym ambasadorem ISO i tak dopiero co się nauczę, to już mam kolejne. Tak pół żartem, pół serio, ale słuchajcie, to jest firma, która reinwestuje mnóstwo pieniędzy i mówię to zupełnie z ręką na sercu, w nasz rynek fotograficzny i bardzo serdecznie dziękuję, zwłaszcza Karolinie i Dominikowi za to, że przykładają tyle serca i też, no tyle pieniędzy, do tego, żeby wspierać rynek. To jest coś fajnego. I między innymi taka firma jak ona, kończąc wątek z Magic Lands, wspiera nas i co roku finansuje nam czy sponsoruje, jak zwał tak zwał nagrody dla fotografów z całego świata. Mamy fajnych, międzynarodowych jurorów, to jest właśnie znowu budowanie tej wiesz, tego community, tej społeczności, bo to jest takie coś, co nie wiem, w co się to wszystko wiesz, przerodzi w przeciągu lat, natomiast, no widzę, że to nam wspaniale rośnie i ten Instagram Jacek, to jest rzecz nowa, dlatego że wcześniej był ten Facebook, ale Facebook jest zamknięty, bo grupa jest tylko dla fotografów. Ale zależy mi również, żeby promować tych fotografów wśród normalnych ludzi, potencjalnie naszych par, stąd cała inicjatywa Instagrama. Poznałem, cudownego człowieka, Gustavo Franko z Brazylii, który jest mistrzem Instagrama. Gość po prostu ogarnia Instagram niesamowicie. Zresztą ma ogromną rzeszę followersów i podpowiedział mi kilka rzeczy, które próbujemy wdrażać i Instagram używamy jako wspieranie fotografów, więc ktokolwiek jest aktywny w grupie, ma szansę być jako zdjęcie dnia na Instragramie i ludzie go zaczynają wiesz, oglądać i podziwiać. No to jest taka tego typu inicjatywa. No każdą wolną chwilę temu poświęcam.

JS: A powiedz mi, ile tych edycji, konkursów Magic Lands już za wami?

GMP: Dwie, bo to jest nowa inicjatywa, ona ma dopiero dwa lata.

JS: A jak dużo osób podesłało na ostatnią edycję swoje zdjęcia?

GMP: Mogę Ci tylko zdradzić, że…

JS: Znaczy tak orientacyjnie.

GMP: Że mamy uczestników konkursu, w tym roku było chyba sześciuset zgłoszonych, dokładnie teraz nie pamiętam, bo ja nie juroruję wszystkich grup, wiesz. Są jakby różni jurorzy i są kategorie, oczywiście tak jak wszędzie, w każdym konkursie, bardziej popularne, mniej popularne, łatwiejsze i trudniejsze, więc jakby to nie są dla mnie statystyki najważniejsze. Dla mnie najważniejsza jest ta liczebność tej grupy Facebookowej, bo to jest wiesz, tutaj jest ta dla nas najważniejsza grupa. A dlaczego? Dlatego, że nie zawsze ludzie chcą brać udział w konkursach, z różnych przyczyn. Bo nie chcą płacić. Uczestnictwo w konkursach jest wiesz, musi być związane z płatnością za uczestnictwo, więc niektórzy po prostu też nie są zwolennikami konkursów. Spotykam się również z dosyć silną, bardzo zresztą mądrą grupą fotografów, którzy są zdania, że konkursów nie powinno się organizować, dlatego że wprowadza się niepotrzebną właśnie taką zawiść między fotografami. Zawsze są plusy i minusy.

JS: Dopytuję z tego względu właśnie o ten konkurs, dlatego że kilka podcastów temu ja zaproponowałem, żebyśmy może zastanowili się nad ideą taką uruchomienia konkursu fotografii ślubnej w Polsce i szczerze powiedziawszy, no to właśnie grupa słuchaczy Niezłych podzieliła się na takie dwa obozy. Jedni byli za, a inni, co wręcz właśnie wyklinali, że nie, konkursów nie powinniśmy organizować.

GMP: Zobacz Jacek, to tak naprawdę jak ktoś popatrzy, co robi Grzegorz, no to tak jakby sobie teraz też strzelam w kolano, bo organizując konkursy, w których oczywiście sam w nich biorę udział jako fotograf, tak naprawdę promuję innych fotografów, tak? Zdarzają się też Polacy. No to nie jest tak, że nikt nie uczestniczy. No jasne, że się zdarzają, zdarzają się nawet Polacy, którzy wygrywają w tych konkursach. Mówimy o tym rocznym konkursie, ale jakby wkładam dumę w buty i przestaję w tym momencie traktować moich kolegów i koleżanki jako konkurentów, ale mówię, oni są też dobrzy, dlatego że dzięki temu właśnie budujesz te relacje fotograficzne, które potem przez lata być może dadzą Ci zupełnie coś innego, wiesz, jakieś inne możliwości niż walka tu i teraz, bo taka codzienna walka to nie wiem, ale moim zdaniem nie ma żadnego sensu.

JS: Dobra, to jeszcze ostatnie pytanie, na co zwracasz uwagę oceniając zdjęcia, takie podesłane na konkurs?

GMP: Wow Jacek, to jest rozmowa…

JS: Takie kompleksowe pytanie.

GMP: Wiesz, my mamy szkolenia z tych organizacji, które trwają po dwa czy trzy dni, żeby się nauczyć jak odseparować zdjęcie. Nie jestem w stanie Ci krótko odpowiedzieć. Teraz mogę tylko powiedzieć tak, że takie zdjęcie jest oceniane od zera do stu punktów. Masz dziesięć różnych kategorii, począwszy od bardzo technicznych, takich czy zdjęcie jest ostre, czy dobrze naświetlone, ale związane z tym jak bardzo jesteś kreatywny, możesz od zera do dziesięciu punktów dać odpowiadając sobie na pytanie, ile serca… to się nazywa the last impact, ile serca i emocji od siebie włożył fotograf, kiedy naciskał spust migawki. Jest cała rzesza rzeczy, która jest ważna. To, co mógłbym poradzić fotografom, jeżeli chcieliby się więcej na ten temat nauczyć, to wbić się kiedyś na jakiś międzynarodowy kongres albo na jakąś zorganizowaną imprezę, gdzie jest tak zwany open judge’ing, czyli można sobie usiąść, kupić sobie Colę…

JS: I posłuchać.

GMP: I przez dwa dni posłuchać jurorów, którzy się wypowiadają na temat ocenianych zdjęć. To nie jest tak, że ten konkursy są i Ty nie możesz zobaczyć, co się dzieje, tylko Ty masz prawo wejść i to się dzieje cały czas, i kiedy ja oceniam zdjęcie, mam świadomość, że być może autor tego zdjęcia jest za Tobą, być może to jest mój najlepszy kumpel, który jest w tym pokoju, a ja o tym nie wiem. Zdarzają się sytuacje, gdzie jeden z jurorów da dziewięćdziesiąt dwa punkty, a drugi da osiemdziesiąt dwa punkty, jest różnica dziesięciu punktów, to jest ogromna różnica. Jest tak zwany charement, czyli osoba, która się opiekuje nami, tą grupą pięciu osobową jurorów, który mówi zaraz, zaraz, to się nazywa oficjalnie u nas tam w organizacji challenge, bo jest różnica dziesięciu, dlaczego dałeś osiemdziesiąt dwa, Ty dałeś dziewięćdziesiąt dwa, musisz się wytłumaczyć z tego. Także to jest rzeczywiście taki poziom wiesz, konkursów, który z jednej strony wydaje mi się, że jest dosyć czysty, czyli nie ma tam takich sytuacji, że ktoś wygrał, bo kogoś znał, natomiast to jest cudna lekcja nauki. I jeżeli zadałeś to pytanie, jeżeli ktokolwiek by chciał się głębiej w to wiesz, głębiej wejść w temat, znajdźcie sobie taką organizację, najbliżej z tego, co ja wiem jest SWTB chyba w Wielkiej Brytanii, w Londynie, tam w lutym najprawdopodobniej będę też teraz w 2019 roku, są tanie loty z Polski, jeżeli ktoś jest w Polsce i zobaczycie, że po tych dwóch dniach wrócicie z naprawdę, no z takim poczuciem, że czegoś się nowego nauczyliście. Można by to zorganizować w Polsce, tylko nie wiem, właśnie tak jak mówisz, no są ci, którzy to kochają, są ci, którzy tego nienawidzą. To po prostu trzeba to lubić, nie może Ci to przeszkadzać, że ktoś ocenia Twoje zdjęcie. Oczywiście wiesz, ocena musi być absolutnie merytoryczna.

JS: No właśnie, takim głównym zarzutem byłoby to, tak właśnie, który się pojawiał to było, kogo dać do jury, nie? I ja myślę, że to by było czymś, co wzbudzałoby największe kontrowersje, nie? Nawet nie wygrane zdjęcie, tylko po prostu, kto siedział w jury. To by było najbardziej komentowane, więc…

GMP: No tak.

JS: Więc myślę, że tym akcentem zakończymy naszą rozmowę. Grzegorz, bardzo Ci dziękuję, że podzieliłeś się swoim doświadczeniem ze słuchaczami.

GMP: Ja również.

JS: Myślę, że jak ktoś będzie miał więcej do Ciebie pytań, to śmiało może pytać, nie?

GMP: No jasne. Słuchaj Jacek, tak, no też dziękuję…

JS: Tylko słuchaj, na którym profilu Ciebie tam złapać, bo Ty masz chyba z dziesięć?

GMP: Najlepiej wejść na moment.com.pl i tam jest wszystko.

JS: Aha.

GMP: Wiesz, jedna strona, do tego cała siatka. Ja ze swojej strony dziękuję za zaproszenie i oczywiście gratuluję cudnej inicjatywy. Trzymam też kciuki za to, żeby Ci się to wszystko rozwijało i zachęcam wszystkich, żeby mówili o tym, że Jacek Siwko robi tak cudowną rzecz w naszym radosnym kraju.

JS: Dzięki wielkie.

JS: Cześć. Mam nadzieję, że ten odcinek podcastu przypadł Ci do gustu. Jeśli chcesz by podcast Niezłe Aparaty ukazywał się cyklicznie, możesz wesprzeć audycję za pośrednictwem Patronite. Link do konta Patronite Niezłych Aparatów znajduje się w opisie tej audycji. Przy okazji dziękuję też wszystkim, którzy wspierają już Niezłe Aparaty na Patronite. Jesteście super. Gdyby nie wy, ta audycja na pewno nie ukazywałaby się, także dzięki wielkie i do usłyszenia w kolejnym odcinku Niezłych Aparatów.

Leave A

Comment

Dziękuję i trzymam kciuki za projekt!
Odpowiedz
    Jacek
    7 czerwca 2018
    Dzięki jeszcze Raz za wizytę w podcaście :)
    Odpowiedz