Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym czy da się pogodzić życie rodzinne z fotografią? Wieczna praca po nocach nad obróbką zdjęć, zlecenia głównie w wakacje, wszystkie weekendy poza domem i ciągły stres związany ze zdobywaniem kolejnych zleceń…

Jeśli to wszystko brzmi znajomo to zapraszam do oglądania audycji Fleszem po oczach.

Temat z ostatniego newslettera:

Cel na najbliższe wesele: 1 świetne zdjęcie, czyli rzecz o tym, że czasem zlecenie nie jest zbyt fotogeniczne i nie warto się tym przejmować, nie każde wesele nadaje się na Pinteresta, ale warto wtedy dać z siebie jeszcze więcej mocy.

Zaufanie: brak imienia i nazwiska na stronie fotografa, często brak zdjęcia w o mnie, często brak podpisu z imieniem w mailu.

Ostatni odcinek podcastu, czyli jak zarobić 1 000 000 na fotografii?

Przy okazji pochwalę się, że podcast Niezłe Aparaty dostał bardzo fajną recenzję od Klaudii (która jest też Patronem podcastu na Patronite)

Odnośnie ostatniego odcinka (10 Fleszem po oczach🙂 Michał Lis​ a nie uważasz że to są zupełnie inne umiejętności? na plener i na repo? są osoby które robią dobre plenery a na repo się słabo odnajdują i odwrotnie 🙂

Rzeczywiście, zdarzyło mi się kilkukrotnie być poproszonym o realizację reportażu, a inny fotograf wykonywał parze plener, ale w tych przypadkach problemem była cena, para chciała zaoszczędzić na plenerze, słyszałem też opinię od par, że każdy może zrobić ładne zdjęcia podczas sesji plenerowej, ale nie warto ryzykować ze zdjęciami z reportażu ślubnego. Odebrałem to jako komplement, choć osobiście o wiele fajniej czuję się w sesjach plenerowych.

Marek Twarowski w komentarzu pod 10 odcinkiem Fleszem po oczach:

Jacku może w następnym FPO poradziłbyś co nie co o zagospodarowaniu zakładki portfolio na stronie. Dawać podział na etapy ślubu, 30-40 najlepszych zdjęć, głównie z plenerów i ślubów? A może poszczególne historie jako całość?

W tamtym odcinku mówiłem o tym co sprzedaje usługi fotografa, czyli o zdjęciach plenerowych, więc jeśli chcesz robić zbiór najlepszych ujęć (coś w rodzaju galerii zdjęć na stronie to stawiałbym na plenerowe w tej galerii) lub ewentualnie jakieś naprawdę cudne strzały ze ślubów i wesel (spektakularne momenty). Moim zdaniem najlepiej sprawdzają się pełne historie bo panna młoda przeglądając Twoją stronę wkręca się w każdą kolejną historię, już nie wspominając o SEO, posty dają ogromną możliwość w pozycjonowaniu.

Pytania od odbiorców newslettera:

Kościół w remoncie co robić? To samo z telefonami czyli znaki czasu na zdjęciach, to są znaki czasu a od nas (fotografów) wymaga się byśmy udokumentowali stan faktyczny, to jak wygląda otaczający nas świat.

Uroczystość kościelna/USC – jak radzić sobie z niemiłym księdzem czy panią urzędnik, która każe fotografować z jednego miejsca?

(raczej spotkałem niemiłego pana od chórku kościelnego, który był ważniejszy od księdza, teraz weekend pani nie pozwoliła kwiaciarni udekorować kościoła i para miła stres, nie ma jednak sytuacji bez wyjścia, trzeba czasem zacisnąć zęby i nie pokazywać co w duszy gra i na spokojnie potakiwać np. pani urzędnik a podczas ceremonii to już niech się dzieje co chce, staraj się “zniknąć i po prostu skup się na dobrych zdjęciach, może mniej chodź, ale wyciśnij z danej sytuacji jak najwięcej a potem zmień kąt patrzenia, nawet jak wcześniej urzędnik mówił, żeby nie chodzić.

Jak i gdzie szukać (\”fajnego ślubu\”) klienta?

To jest pytanie! Kim jest Twój klient, zastanów się jakie pary najbardziej Ci pasowały, wypisz imiona,potem pomyśl nad tym co je łączy, może to co robią w życiu (lekarze, prawnicy, osoby uprawiające wolny zawód)? Może podobny przedział wiekowy… Podpytuj pary o zainteresowania podczas sesji, gdzie lubią spędzać czas, czy mają Insta, FB, a może kochają wycieczki (wtedy możesz prowadzić bloga opisującego Twoje wyprawy – jesteś fotografem więc masz dużo możliwości fajnie się przedstawić takim ludziom za pomocą zdjęć).

Czy warto wystawiać się na targach?

Polecam odcinek podcastu Niezłe Aparaty z dziewczynami od Silesia Wedding Day, to się trochę wiąże z poprzednim pytaniem o fajnych klientów,

Fleszem po oczach – audycja powstała jako odpowiedź na pytania odbiorców newslettera dla fotografów.

Gdzie mnie szukać?
Niezłe Aparaty: www.niezleaparaty.pl
Jacek Siwko: www.jaceksiwko.com

Zapis spotkania:

#11 FPO ŻYCIE PRYWATNE A FOTOGRAFIA 

Cześć! Czy zastanawialiście się może kiedyś nad tym, jak pogodzić życie rodzinne z pracą jako fotograf? Ciągłe wyjazdy weekendowe, wszystkie weekendy zajęte, praca głównie w wakacje i też ciągły, nieustanny stres związany z tym, czy będą kolejne zlecenia czy też nie. A także praca po nocach nad obróbką zdjęć. I to wszystko skumulowane w jednym, czyli w pracy fotografa.  

Jeżeli ten temat jest Wam bliski i jeżeli któreś z tych zagadnień przerabiacie, to zapraszam do audycji Fleszem Po Oczach.  

To jest odcinek jedenasty. Ja nazywam się Jacek Siwko, a w dzisiejszej audycji porozmawiamy sobie właśnie o tym życiu fotografa – jak to jest? Poruszymy sobie też temat z poprzedniego newslettera, czyli stawianie sobie pewnych wyzwań na najbliższe zlecenie – jeżeli nie fotografujecie pinterestowych wesel, to co robić wtedy? Jak sobie poradzić? Jak wzbudzić w sobie ekscytację czy może dawać sobie właśnie wyzwania? 

Porozmawiamy też na temat zaufania. Myślę, że to jest bardzo ważny temat związany z pracą jako fotograf. Opowiem Wam tutaj o tym, jakie mam wnioski po przeanalizowaniu kilku stron fotograficznych. Odpowiem też na pytania odbiorców newslettera. 

Codzienne życie fotografa  

Zaczniemy może od tego tematu, który pojawił się w tytule odcinka, czyli opowiem Wam o tym życiu codziennym fotografa. Tutaj pojawiło się takie zagadnienie, czy łatwo być jednocześnie swoim szefem i pracownikiem?  

Ja do tego zagadnienia podszedłem troszeczkę inaczej. Oczywiście w opisie odcinka podlinkuję Wam ten artykuł. Natomiast tutaj podszedłem do tego tematu w ten sposób, że jest to pewnego rodzaju wyzwanie – jesteśmy swoim szefem, oczywiście, ale to wszystko się łączy z życiem rodzinnym. Nie będę tutaj jakoś bardzo scrollował – przeczytacie sobie ten cały artykuł później, jak ktoś będzie zainteresowany. 

Natomiast chciałbym tutaj bardziej się skupić na tym, jak to jest w ogóle – bo pewnie część z Was wie, a część z Was jeszcze nie wie, że ja jestem ojcem trójki dzieci i prowadzę też swój własny biznes, jestem fotografem. To jest mega wyzwanie, z którym się mierzę i nie mam tutaj na myśli samej firmy fotograficznej, bo przy życiu rodzinnym firma fotograficzna to jest pikuś po prostu. To jest jedna wielka masakra, jeżeli ma się trójkę dzieci i chce się łączyć taką pracę, jak fotograf ślubny, który pracuje właśnie w wakacje – w tym czasie, kiedy jest najlepsza pogoda… Dzieciaki oczekują tego, żeby tata zabrał je nad jezioro albo żebyśmy pojechali nad morze, a wszystkie weekendy są zajęte i tak naprawdę trzeba to jakoś wszystko godzić.  

Powiem Wam, że oczywiście sytuacja z trójką dzieci jest jakąś nowością dla mnie i dla mojej żony Kasi, natomiast zawsze staraliśmy się to wszystko łączyć. Czyli na przykład w zeszłym roku, jak miałem zlecenia, które były w okolicach trójmiasta, postanowiliśmy, że… Akurat dwa weekendy pod rząd się nakładały i postanowiliśmy, że użyjemy tego jako takiej bramki wejściowej do tego, żeby zaplanować urlop w tamtym momencie. Pojechaliśmy sobie do takiego domku, który znajdował się w relatywnie bliskiej odległości od trójmiasta i stamtąd jeździłem na moje zlecenia. Starałem się zawsze wykorzystywać takie momenty, że mam na przykład daleki wyjazd, to pogodzić to z tym wyjazdem rodzinnym. 

Wydaje mi się, że jeżeli nie będziemy jako fotografowie szukać tego balansu, to wkrótce okaże się, że historie tych fotografów, które znamy z zagranicy – tych amerykańskich czy innych fotografów, którzy wszystko poświęcają dla swojej pracy, dla tych wyjazdów i tak dalej, i rozlatuje im się życie rodzinne – to wydaje mi się, że jeżeli nie będziemy szukać tego balansu, to prędzej później spotka nas ten sam los. 

Niezależnie od tego, że teraz nam się wydaje, że wszystko luz. Żona jest oczywiście tolerancyjna i ja mogę sobie jeździć po świecie i po Polsce, ale wydaje mi się, że na dłuższą metę musimy postawić taki znak przewagi dla rodziny, bo inaczej ta praca nie ma sensu. 

Nie wiem, jakie Wy macie doświadczenie? Czy staracie się pogodzić taką pracę wakacyjną czy pracę weekendową z różnymi wyjazdami rodzinnymi?  

Też pojawiają się takie głosy, że jestem zajęty w najważniejszych strategicznie momentach, czyli właśnie w te wakacje, lato, kiedy wszyscy inni wyjeżdżają, ale mam dużo czasu na przykład wiosną czy późną jesienią i oczywiście zimą.  

Oczywiście to jest wszystko prawda, możemy zaplanować taki dłuższy wyjazd wakacyjny, rodzinny poza sezonem, ale tak na dobrą sprawę nic nie zastąpi wyjazdów wakacyjnych. Jeżeli macie dzieciaki w starszym wieku… Ja mam jeszcze bardzo młode. Najstarsza nasza córka ma cztery i pół roku, więc ona jeszcze nie mają takich znajomych w szkole, że na przykład wszystkie dzieci wyjeżdżają, a ona musi siedzieć w wakacje. Jeszcze ten temat nas nie dotyczy, ale domyślam się, że część z Was już ma takie dzieciaki starsze, które wręcz oczekują tego, żeby gdzieś wyjechać. To jest moim zdaniem ważne, żeby to wszystko połączyć. 

Może Wam opowiem kilka historii związanych z tym, jak podróżowaliśmy, jak mieliśmy jedno dziecko. Wtedy Kasia pracowała ze mną. Powiem Wam, że to było dosyć niewygodne, ale nam się wydawało, że tak już po prostu musi być. Postanowiliśmy, że jakoś spróbujemy to wszystko ogarnąć i udowodnimy światu, że nawet to, że mamy bardzo małe dziecko zupełnie nie przeszkadza w tym, żeby rozkręcać firmę. To było w zasadzie na początku działalności, więc zdarzyło się tak kilka razy… Nawet nie kilka razy – cały sezon tak podróżowaliśmy z moją mamą albo z moją teściową i one zostawały z naszą najstarszą córką, Zuzią, i zajmowały się nią. 

Ja bym to porównał do życia takiego koczowniczego – takich współczesnych nomadów, którzy za pracą gdzieś podróżowali z całym dobytkiem. Samochód kombi wypełniony po brzegi, z wózeczkiem i tak dalej. To był jeden wielki hardkor. Łącznie z tym, że Kasia musiała karmić. Wyobraźcie sobie, że jest ceremonia, ślub w kościele – Kasia wychodzi z kościoła w jakimś dogodnym momencie i karmi dziecko. To jest coś, co jest niepowtarzalne. Natomiast wszystko da się zrobić.  

Wiem, że część z pań fotograf, których jest przecież pełno w naszej branży… Znacie mój pogląd. Ja uważam, że teraz dziewczyny przebojem zdobywają rynek fotografii ślubnej i wiele dziewczyn pisało do nas, żeby mówić o tym temacie, jak to jest, jak to pogodzić? 

Mamy takich znajomych, którzy planowali wręcz zajście w ciążę, żeby tak wycelować wszystko, żeby urodzić poza sezonem. Wydaje mi się, że może jest to humorystyczne podejście, ale w tej kwestii niczego się nie zaplanuje. Zresztą nie „wydaje mi się” – po prostu wiem, jak to jest. Do tego trzeba podejść tak, że okej, firma jest firmą. Wiadomo, są pewne nasze zobowiązania, ale – tutaj mówię szczególnie do dziewczyn – że jeżeli planują urodzić dziecko kiedykolwiek, to warto się nad tym zastanowić, że ten czas płynie i jest pewne okienko. I nie ma co czekać, nie ma co przekładać. Nawet jeżeli będzie tak, że części zleceń nie będziecie w stanie zrobić, to zawsze jest ta część fotografów, których znacie, z którymi się trzymacie, którzy będą mogli pomóc Wam zrealizować te zlecenia. Nawet można oddać to zlecenie lub powierzyć je komuś – oczywiście za odpowiednie wynagrodzenie. 

Wydaje mi się, że warto tu stawiać najpierw swoją rodzinę, a później dopiero swoich klientów. Inaczej, jeżeli ten balans będzie zachwiany, to zobaczycie, że na dłuższą metę, jak cierpi życie rodzinne czy osobiste, to firma tak samo nie da rady. To wszystko opiera się w dużej części na tym, że te fotograficzne firmy są jednoosobowe. Wyobraźcie sobie: jeżeli ja na przykład mam doła, to znaczy, że cała moja firma ma doła. Jak ja mogę wypełniać swoje obowiązki, kiedy mam doła? No nie mogę, więc muszę zadbać o to, żeby był szczęśliwy jako człowiek, a dopiero potem myśleć o sprawach firmowych. Tak że mam nadzieję, że tu się ze mną zgodzicie.  

Radek pisze, że też jest ojcem trójki i doskonale to rozumie. Na dodatek na śluby jeździ razem z żoną.  

I to jest konkret, że są takie pary, które dają radę to godzić. Ja szczerze gratuluję Wam takiego samozaparcia. Jak pojawiła się nasza druga córka… a jak Feliks, czyli nasz synek, który się urodził dwa miesiące temu, to już w ogóle – stwierdziliśmy, że nie damy rady pracować razem. Musi na ślubach być jedno z nas. I tutaj wybór padł na mnie, dlatego, że ja zacząłem tę firmę i jednak na barkach ojca spoczywa ta odpowiedzialność, żeby dostarczać środki na życie rodziny.  

Może część osób się ze mną nie zgodzi. Część osób może powiedzieć, że jednak woli taki model nowoczesny, że na przykład ojciec siedzi z dziećmi i ja tego nie kwestionuję. Akurat my wybraliśmy taki dosyć konserwatywny tryb życia i nam to pasuje. Jeżeli Wam pasuje co innego, to okej. Pełna zgoda i luz. Wydaje mi się, że nie powinniśmy się prześcigać na argumenty w tej kwestii.  

Natomiast wracając do tego, co Radek napisał – jeździcie razem, to jest oczywiście wszystko fajne. Dla nas akurat problem się pojawił tego typu: co zrobić z dziećmi? Trzeba zorganizować całą rodzinę, żebyśmy my mogli wykonać swoją pracę. Wyobraźcie sobie, że macie kogoś takiego u siebie w rodzinie. Ja wiem, że tutaj mówię do fotografów, więc to jest zupełnie inny punkt widzenia, ale wyobraźcie sobie, że na przykład ktoś w Waszej rodzinie ma równie dziwny interes, jak bycie fotografem. Żeby on wykonał czy ona wykonała swoją pracę, cała rodzina musi się zająć jej czy jego dziećmi, poświęcić swój czas w wolnym okresie, jak na przykład weekend, wyłącznie po to, żeby ta osoba mogła realizować swoje obowiązki służbowe.  

Czy Wam wydaje mi się to dziwne? Mi wydaje się, że to byłoby dziwne i nie wiem, czy mi do końca by to pasowało, żeby poświęcać mój czas, dlatego, żeby ktoś inny mógł jakoś tam pracować, robić swoje obowiązki służbowe. Wydaje mi się, że zasugerowałbym takiej osobie w swoim najbliższym otoczeniu, żeby trochę zmieniła model firmy. My też właśnie po rozmowach z Kasią stwierdziliśmy, że postaramy się tak dopasować do życia naszej rodziny tej większej, nie tylko nas i dzieciaków, żeby nikomu nie zawadzać – żeby nasza praca była wykonywana przez nas i niekoniecznie absorbowała czas naszych rodziców czy kogokolwiek innego. 

Nie wiem, jak Ty sobie tam Radek radzisz – kto się zajmuje dzieciakami, ale oczywiście wszystko jest wykonalne. Polecam Wam podcast z Krzysztofem Ziętarskim. Nie pamiętam w tej chwili, który dokładnie numer, ale Krzysztof jest ojcem pięciu synów! To jest chyba rekord, jeżeli chodzi o fotografów, których ja znam. Znam osoby, które mają po czwórkę dzieci, czyli przy nich czuję, że ja jestem – powiedzmy – poziom początkujący. Chociaż nie no… Nie wydaje mi się, żeby trójka dzieci to był poziom początkujący. Chociaż są też osoby, dla których problemem będzie zorganizowanie opieki dla jednego dziecka. Tutaj też jest rzecz do przemyślenia. 

Natomiast tak, jak powiedziałem na początku – jedna taka rada dla Was, żeby najpierw pomyśleć o rodzinie, bo wystarczy sobie zobaczyć, jak Jonas Peterson czy Ryan Brenizer – jest chyba taki fotograf… Oni wszyscy stracili swoje rodziny przez to, że mieli taką pracę. I wydaje nam się, że to jest taka super robota, robota marzeń, że cały czas jeździsz, spotykasz się z ludźmi i tak dalej, ale są też osoby w naszym najbliższym otoczeniu, które mogą cierpieć przez to. Warto to przeanalizować wcześniej i wziąć to wszystko pod uwagę. 

Może tutaj skończę już z tym tematem rodzinnym. Widzę, że pojawiły się jeszcze jakieś pytania na czacie.  

Czemu Mac, a nie Windows? 

Jacek pyta, czemu Mac, a nie Windows. A tu Ciebie mam, bo akurat ta transmisja leci z komputera, na którym hula Windows 10 Pro. To jest w ogóle ewenement, że ja zapamiętałem jakąś techniczną informację. 

Ja oczywiście pracuję nad zdjęciami na Macu, co zresztą pewnie widać, natomiast postanowiłem się zaprzyjaźnić troszeczkę z Windowsem i to są moje pierwsze kroki. Jeżeli coś będzie nie domagało, to wybaczcie – po prostu mam pewne opory. Jeżeli coś tu wymaga jakiejś mojej interwencji, dlatego, że każdy sprzęt musi mieć osobne oprogramowanie. To wszystko trzeba na nowo instalować. To jest dla mnie pewnego rodzaju nowość, dlatego, że od ośmiu lat siedzę w systemach macowskich i tam się po prostu podłącza, i wszystko działa, i jeszcze są fajerwerki, i wszyscy się cieszą. To nie jest nic wymagającego jakiejkolwiek ingerencji mózgu. To jest taki komputer dla takich właśnie bezmózgowców sprzętowych, jak ja. Dlatego właśnie używam Maca.  

Wydaje mi się, że łatwiej mi się też po prostu pracowało nad tematami zdjęciowymi na Macu. Oczywiście wiadomo, że tak samo musisz komputer macowski skalibrować, jak każdy inny, jeżeli chodzi o kolorystykę zdjęć, ale też przez długi, długi czas pracowałem bez żadnej kalibracji monitora na Macu i wszystko udawało mi się fajnie obrabiać. Nie miałem problemu z wydrukami.  

Jedyna sprawa jest taka, jeżeli chodzi o macowskie monitory, to one troszeczkę bardziej świecą i wydaje mi się, że jest takie wrażenie, że te zdjęcia są jaśniejsze niż w rzeczywistości są. Przed wysłaniem do druku trzeba ustawić exposure plus dwadzieścia i wtedy się jakoś tam zgadza z tym, co się widzi.  

Nie wiem, czy to Was śmieszy czy nie, ale dla mnie ten temat kalibracji monitora i tego wszystkiego technicznego związanego z monitorem wydawał mi się długi czas nieważny. Dopiero jakoś niedawno się tym tematem zainteresowałem po spotkaniu z Adamem Jędrysikiem. Zresztą też jest podcast. Jeżeli ktoś nie słuchał, to może sobie posłuchać ten podcast. Tam Adam troszeczkę mówi o kalibracji, tłumaczy co i jak. Jak ktoś chce troszeczkę liznąć dopiero ten temat, czy wejść w to, to może.  

Wrócę jeszcze na chwilę do tych Maców. Wielu fotografów, których ja znam i którzy robią międzynarodową karierę – jeżdżą po Europie czy po świecie, przez to, że nie mają czasu obrabiać w swoim domu, to obrabiają na laptopach, na MacBookach Pro. Nie zauważyłem, żeby ich zdjęcia były w jakikolwiek sposób gorsze. Nawet pytałem kilku z nich, to nikt nie kalibruje tych monitorów, bo te monitory są fabrycznie dosyć dobrze skalibrowane… ale to jest dosyć dobrze – mała rzecz, która robi różnicę.  

Cel na najbliższe wesele: jedno świetne zdjęcie 

Powiem Wam o temacie z ostatniego newslettera. Otóż jest taki temat, o którym pisałem, że to jest cel na najbliższe wesele, czyli jedno świetne zdjęcie. Czasami jest tak, że wesele nie jest pinterestowe, czyli – wiecie – nie ma tych wszystkich dodatków typu boho, jakieś suknie, vintage, jakieś świece i tak dalej. Wesele nie jest w klimatycznej stodole. I wtedy pytanie, co robić? Człowiek tak patrzy i „kurczę, sfotografowałbym, ale nie jest pięknie”.  

Pamiętam taki podcast – nagrywałem go z Szymonem Nyklem… Tak mi się wydaje, że Szymon Nykiel tak się odmienia. Nie wiem, nie jestem polonistą, ale z Szymonem z LMFoto rozmawiałem na podcaście i Szymon taki temat zarzucił, że jeżeli masz takie zlecenie, które po prostu nie daje rady, jeżeli chodzi o wizualną stronę, to wrzuć sobie taki temat, że „ja muszę zrobić jedną klatkę, która będzie killerem, którą będę mógł wysłać na konkurs”. Niekoniecznie będzie to zdjęcie przedstawiające główny wątek. My się, mam wrażenie, jako fotografowie ślubni za bardzo skupiamy na głównym wątku i przez to uciekają nam takie tematy poboczne związane z gośćmi czy z dziećmi na weselu. Jeśli więc macie nieciekawe wizualnie zlecenie, to na przykład przełączcie swój mózg na tryb czarno-biały. Wtedy kolory nie będą odciągały Waszej uwagi i wtedy będziecie mogli się skupić na łapaniu takich chwil, takich momentów, które będzie można z powodzeniem wysłać na konkurs.  

Wydaje mi się, że stawianie sobie takich celów, że „zrobię jedno zdjęcia, takie po prostu żyleta” sprawi, że wszystkie inne też będą lepsze niż przy takim podejściu, że robię, bo robię – bo mi się nie podoba, to sobie jakoś postrzelam, żeby tylko było. Nie. Jeżeli chcesz jako fotograf wejść na wyższy poziom zleceń, które są atrakcyjniejsze wizualnie, to trzeba dużo uwagi poświęcić na to, żeby te zlecenia realizować tak, jakby to było właśnie zlecenie z najwyższej półki.  

Nie wiem, czy jesteście odbiorcami newslettera, ale właśnie tydzień temu w newsletterze o tym pisałem i mam nadzieję, że w ten weekend powstało kilka takich fotografii, które właśnie z powodzeniem będą mogły być wysłane na konkurs. Jeżeli nie udało Wam się ustrzelić takiej foty, po prostu takiego killera, to nie ma co się przejmować. 

Ja nawet nie wiem, czy mi się udało takie zdjęcie złapać w ten weekend. Zdjęcia, które wybieram na bieżąco, kiedy jest jeszcze mózg czy serce rozgrzane emocjonalnie tym zleceniem, które robiłem, to ten osąd nie jest też jasny. Mój mózg jest zarzucony różnymi informacjami tych zapachów, dźwięków, które otaczały mnie wtedy, gdy fotografowałem. A jednak fotografia jest medium cichym – wymagającym skupienia, wymagającym ciszy. Tutaj stawiam na to, żeby troszeczkę odczekać. Oczywiście nie za długo. 

Za długo to też niedobrze. Ja staram się, żeby galeria dla moich klientów była gotowa w dwa tygodnie po zleceniu i wtedy im wysyłam, dlatego, że zależy mi na tym, żeby też ich emocje były jeszcze w podobnym stanie, jak w czasie ślubu. Jak oni wrócą już z podróży poślubnej… Nie wszyscy oczywiście jeżdżą, ale jak wrócą już do tych swoich obowiązków domowych, to już nie ma tej ekscytacji. A jeżeli nie ma tej ekscytacji, widząc ten materiał, który fotograf dla nich przygotował, to nie będzie też ekscytacji i oni nie będą też ewangelistami Waszej marki. Nie będą w superlatywach opowiadać o Tobie. Powiedzą „no fajne zdjęcia, bardzo cieszyliśmy się z tych fotografii”. A jeżeli szybko dostarczycie ten temat, kiedy te emocje są jeszcze żywe, to wtedy będzie takie „wow, to jest najlepszy fotograf, bardzo go polecamy” – tak będą mówili do swoich znajomych. Warto więc zadbać o to, żeby zdjęcia nie były dostarczane po trzech miesiącach czy po pół roku.  

Ja słyszałem nawet o takich ekstremalnych przypadkach, kiedy fotograf oddawał materiał po roku. Dla mnie to jest coś nie tak. Jeżeli ktoś oddaje materiał po roku, to znaczy, że inne rzeczy po prostu w jego życiu zawodowym były ważniejsze, a wydaje mi się, że nie ma ważniejszych rzeczy niż terminowe czy szybkie oddanie fotografii. Nie wiem, jaki czas Wy potrzebujecie na to, żeby zrobić tę pracę z postprodukcją i z selekcją.  

Zaufanie do fotografa i zakładka „O mnie” 

Powiem Wam jeszcze o innej rzeczy, która wydaje mi się fundamentalna, jeżeli chodzi o pracę fotografa. To ten temat zaufania. Zaufania, które wydaje mi się ważne – żeby budować takie relacje z klientami.  

Jak wiecie, prowadzę konsultacje online z fotografami. To głównie polega na tym, że ja robię taki audyt strony i tego, jak wygląda Wasza obecność w internecie. Zauważyłem na części z tych stron fotograficznych, które oglądam, że jest tam problem w sekcji „O mnie”. Nie ma tam informacji, które by opisywały Was jako osoby, tylko bardziej staracie się jako fotografowie powiedzieć coś o tej pasji fotograficznej. Wbrew pozorom to nie jest takie ważne. Jak ktoś wszedł na Waszą stronę, zobaczył portfolio, mniej więcej ma taką koncepcję, czym się zajmujecie zawodowo. On – czy bardziej ona – wchodząc w strefę „O mnie”, bardziej jest zainteresowany czy zainteresowana tym, żeby się dowiedzieć czegoś o człowieku, z którym chciałaby współpracować. Tutaj stawiałbym, żeby było więcej „o mnie” w „O mnie”. Często daję taką radę.  

Konkretne przykłady oczywiście daję na konsultacjach, ale jedna rzecz, która wydaje mi się fundamentalna: jako fotograf musisz mieć swoje zdjęcie w tej sekcji „O mnie”. Musi być konkretnie widać – to jest ten fotograf i z tym fotografem będziesz miała do czynienia, jeżeli go wynajmiesz. A na wielu stronach fotograficznych ja po prostu nie mam pojęcia, jak wygląda fotograf. Już nie wspominam o tym, że tam na przykład nie ma imienia i nazwiska. Wydaje mi się, że to też jest ważna sprawa. 

Okej, niektórzy mówią, że to jest ich praca dodatkowa, nie chcą się za bardzo afiszować, żeby szef nie zobaczył, ale imię przynajmniej musi być. Ja w takim razie nie wiem, do kogo piszę. Często jest tak, że nawet jak robię ranking najlepszych zdjęć z hashtagu #niezleaparaty na Instagramie, to patrzę – jakieś konto na Insta i tam nie ma imienia, którego ja mogę użyć w kontakcie, jeżeli byłbym klientem.  

Pomyślcie o tym, żeby ułatwiać ludziom zaciągnięcie tego kredytu zaufania wobec Was, a nie tracić na samym początku. Fotografów w sieci jest tyle, że jak pojawi się jakiś problem, typu brak zaufania, to panna młoda myśli sobie „nie, coś nie pasuje mi za bardzo na stronie tego fotografa” albo na jego Instagramie, „idę do następnego”. Jak dodaje się to imię, to przynajmniej tutaj się podkreśla, że „jestem jaki jestem” – to akurat chyba z jakiejś piosenki. Głupio mi się przypomniało, więc kolejny sucharek tutaj w audycji.  

Jeżeli oglądaliście poprzednie odcinki, to wiecie, że od czasu do czasu w mojej głowie pojawiają się takie sucharki. Jeszcze nie śpiewałem w żadnej audycji, więc jeszcze się takiego przypału tutaj nie doczekaliście, ale już cytaty różne były.  

Więc jak „jestem, jaki jestem” – dodacie sobie to w opisie na Insta – to będzie jasne przedstawienie, „można mi ufać”. Są też pewne informacje o Was, które mogą powodować, że ten poziom zaufania wzrasta wśród klientów. 

Takim fajnym elementem, który moim zdaniem jest ważny, żeby moi klienci wiedzieli o mnie, to jest to, że ja jestem ojcem trójki dzieci. I to nie jest już takie hopsia, hopsia, tylko każdy, kto zna temat dzieciaków wie, że to jest takie zobowiązanie życiowe, które wymaga od człowieka, żeby był rzetelny, był prawdomówny albo w ogóle innego sortu… Taki prawilny. O! To jest to słowo, którego szukałem. Żeby był kimś, na kim można polegać. Ja dając informację, że jestem ojcem trójki dzieci nie mówię, że jestem porządnym gościem, tylko daję tą możliwość domyślenia się, że można na mnie polegać. Jeżeli ktoś ma trójkę dzieci czy dwójkę, czy jak ma jedno… czy nawet, jak ma kota, który mu nie zdechł… Ale nawet jak nie macie kota, to napiszcie, że macie kaktusa i on nigdy nie usechł. Dajcie taki dowód, że jesteście rzetelnymi osobami i można na Was polegać. To jest właśnie budowanie tego zaufania.  

Ale zacznijmy od tego tego, że dodamy te swoje imiona i nazwiska. Jeśli ktoś ma na przykład Images of Weddings – dajmy na to, że ktoś z Was, którzy oglądacie, ma taką markę, to skąd ja mam wiedzieć, że Ty się nazywasz jakiś Romek albo jakaś Paulina. Ja nie jestem Duchem Świętym i nie wpadnę na to, że House of Images czy inne nazwy, które są nazwami własnymi, to tam za tą marką siedzi jakaś Paulina.  

Uczepiłem się tej Pauliny, więc pozdrawiam wszystkie Pauliny przy okazji.  

Zacznijcie też od tego, żeby w mailach podpisywać się imieniem i nazwiskiem, bo to jest cały czas możliwość dotarcia do mózgu tego osobnika, który pyta Was o ofertę. Tak, jak wspominałem chyba w odcinku dziesiątym – wydaje mi się, że to było w odcinku dziesiątym – żeby zbudować zaufanie, żeby zbudować takie coś, jak pamięć o marce, to jest potrzebne siedem czy więcej kontaktów z taką marką. Wyobraźcie sobie, że ktoś czyta takiego maila i podpisane jest Jacek Siwko, to już jest kolejna możliwość powtórzenia tego mojego imienia i nazwiska, żeby ono się wbiło komuś do głowy. 

Jak zagospodarować portfolio na stronie i blogu fotograficznym? 

Można by było powoli przejść do tematów, które Wy proponujecie. I oprócz tych pytań z newslettera, które przyszły, pojawiły się jeszcze komentarze pod dziesiątym odcinkiem Fleszem Po Oczach. 

Marek pisze, żebym w następnym Fleszem Po Oczach poradził coś niecoś o zagospodarowaniu zakładki portfolio na stronie. Marek się pyta, czy dawać podział na etapy ślubu czy trzydzieści, czterdzieści najlepszych zdjęć głównie z plenerów i ślubu, a może poszczególne historie jako całość?  

Pierwsza rzecz, jaką muszę powiedzieć, to że trzeba zrezygnować z takiego oldschoolowego moim zdaniem podziału na poszczególne elementy ślubu. Nie wiem, czy pamiętacie i kiedy Wy, poszczególni słuchacze i oglądacze Fleszem Po Oczach, dołączyliście do zaszczytnego grona fotografów ślubnych, ale ja pamiętam, że jak zaczynałem około osiem lat temu, to zrobiłem sobie takie małe badanie rynku i zobaczyłem, jak wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o strony fotograficzne. Praktycznie wszystkie strony miały ten podział: przygotowania, ślub, ceremonia, wesele. Wtedy krążyły takie opinie po internecie czy też takie ustnie przekazywane wśród par młodych czy potencjalnych klientów, że „zwróć uwagę, jakie ten fotograf robi zdjęcia na weselu, bo jeżeli nie robi dobrych zdjęć z wesela to nie bierz, bo ci schrzani i będziesz miała beznadziejne zdjęcia z wesela, bo na sesji każdy jest w stanie zrobić dobre zdjęcia”. I to jest prawda. Oczywiście, że tak.  

Przyszedł jeszcze drugi komentarz: to są zupełnie inne kompetencje – robienie reportażu i robienie sesji. Wiadomo, że każdy ma trochę inny zestaw zdolności czy umiejętności. To wszystko się oczywiście sprawdza. Natomiast dzielenie tego, żeby klient miał łatwiejszy dostęp do tego, żeby klient widział, że o tutaj są zdjęcia z wesela, a tutaj z przygotowań… Stawia się fotografa w roli takiego wyrobnika. Szukam takiego słowa, które nie będzie brzydkie. No może nie pachołek… To jest złe słowo. Chyba za dużo ostatnio czytałem tych książek typu „Chłopi” i tak dalej. Tam byli tacy parobkowie. O, może właśnie parobek – fotograf to jest taki parobek, że ktoś mówi: „Chodź tutaj, zrób zdjęcia. Pokaż jakie jakie ty robisz zdjęcia. Pokaż, jakie ty robisz z przygotowań, pokaż jakie ty robisz z ceremonii, jakie robisz z wesela, to zobaczymy, czy jesteś dobrym parobkiem czy nie”. 

Fotograf to ma być bardziej artysta moim zdaniem. To ma być Twoja wizja i przedstawiając ją od A do Z, czyli tworząc takiego blogposta, taki wpis na blogu, dajesz możliwość ludziom zobaczenia, że okej, to jest mój styl, ja tak fotografuję. 

Ktoś może mieć nawet takie oldschoolowe podejście do tego tematu i chce zobaczyć „jak on fotografuje wesela?”. Scrolluje na dół i myśli „tak on robi wesela, mhmmm”. Wydaje mi się, że jeżeli będą takie pary, które będą chciały koniecznie zobaczyć więcej zdjęć z wesela, bo oczywiście tych zdjęć nie publikuje się za często na blogu w całości, to tak jak mówiłem w ostatnim odcinku Fleszem Po Oczach, dziesiątym, że możecie po prostu wysłać im galerię z całością i tam sobie te pary doobejrzą. Nie wiem, czy jest takie słowo, jak doobejrzeć… Więc sobie doobejrzą to Wasze portfolio.  

Ja bym zrezygnował z tego podziału na typowe momenty ślubu. To jest taki oldschool. Jak zobaczycie sobie strony, które są z lat dziewięćdziesiątych, bo fotografowie na przykład nie pozmieniali, to tam zawsze jest ten podział. 

Być może ktoś się obrazi na mnie i powie, że ja jestem jakimś ekstremistą fotograficzny czy biznesowym i fotograficznym. Owszem, może i jestem, ale ja Wam daję tylko mój pogląd na to, jak budować fajniejszy wizerunek w sieci. Taki wizerunek fotografa, który będzie na czasie. Wydaje mi się, że takie dzielenie portfolio na poszczególne etapy to jest takie oldschoolowe podejście. 

Jeżeli już się upieracie, że musi być przynajmniej jedno zdjęcie z ceremonii czy przynajmniej jedno, dwa zdjęcia z wesela, ileś tam z sesji, to zróbcie sobie taki rotator, czyli taką galerię, która będzie faktycznie pokazywała najlepsze zdjęcia z sesji i najlepsze ujęcia reportażowe, ale niech to będą wycmokane. Skróćcie to nawet do dwudziestu zdjęć, do piętnastu, nawet do dziesięciu takich petard, którymi chcecie się promować, które chcecie, żeby były pierwszą rzeczą, którą widzi klient na Waszej stronie.  

Rozdrabnianie się na mniejsze elementy grozi tym, że „a… brakuje mi jeszcze kilku zdjęć z przygotowań, żeby nie było tylko siedem, to jeszcze dobiorę jakieś gorszego sortu”. I wtedy macie takie nie bardzo te zdjęcia z przygotowań, tylko po to, żeby były. A portfolio to nie ma być rzecz, która ma być na zasadzie, żeby tylko była, bo musi być, tylko to ma być coś, czym się chwalicie. Coś, z czego jesteście dumni. Tutaj pomyślcie o tym, żeby jak najmniej w takiej galerii, jeśli już chcecie galerię, a ja stawiałbym bardzo na te posty z całą historią.  

Tak, jak wspominałem wcześniej, wymaga to wkręcenia się w temat. Im dłużej trwa taka wizyta pary młodej na Waszej stronie internetowej, tym bardziej się taka para wkręci w temat. Wydaje mi się, że blogposty czy wpisy na blogu są takim dobrym motywem do tego, żeby się wkręcić w daną historię.  

Tak sobie myślę, że nawet z punktu widzenia SEO fotograficznego, jest to szalenie istotne, żeby wykorzystywać te posty. Jak sobie piszecie tą treść, to ona gdzieś tam trafia do silnika wyszukiwarki i ona sprawia, że ten ruch jest kierowany na Waszą witrynę. A chyba każdy z nas chce, żeby jak najwięcej osób trafiało na naszą stronę.  

Z drugiej strony, wiadomo, że wystarczyłoby dziesięciu odwiedzających stronę miesięcznie, kiedy na przykład trzech stawałoby się naszymi klientami. Jak byście się zainteresowali tematem SEO, to… Ten temat może się jeszcze pojawi w tej audycji, ale ja mam też w głowie przygotowanie kursu na ten temat – możliwe, że będzie PDF. 

Czas na stronie się liczy. Wyobraźcie sobie, że ktoś klika galerię, dziesięć zdjęć, pach, pach, pach, „dobra, nie podoba mi się”, wychodzę. A tu się wkręca w historię – czyta jakiś tekst i to nie jest tak, że ten tekst jest napisany ciurkiem, tylko on jest rozbity tak, że się go czyta etapami. Jak jest fajnie sformatowany, przyjaźnie dla oka, oko sobie leci, czyta. To wszystko wydłuża czas na stronie i dla Google to jest jasny sygnał, że to jest wartościowa strona. Jeżeli ktoś ma średni czas na stronie, powiedzmy, dwie minuty, a ktoś ma dziesięć sekund, to jest to niebo a ziemia, jeżeli chodzi o sygnał zwrotny dla Google, którą stronę promować wyżej w wynikach wyszukiwania. Ale tu już nie będę się produkował więcej na ten temat – może jeszcze przyjdzie czas, żeby ten temat szerzej omówić.  

Oddawanie zdjęć parze młodej po dziewięćdziesięciu dniach 

Chciałbym przejść do tematów od odbiorców newslettera. Sorry, że tak dzisiaj mało zaglądam na czat. Wasze komentarze – Piotr pisze, że maksymalnie dziewięćdziesiąt dni oddaje materiał. 

Myślę, że trzy miesiące to jest taka górna granica. To jest jeszcze w pamięci pary młodej, więc oni jeszcze jako tako pamiętają, że brali coś takiego, jak ślub, więc jeszcze gdzieś tam zahaczasz o to. 

Spróbuj sobie stworzyć – mówię tutaj do Piotra konkretnie albo do tych, którzy te dziewięćdziesiąt dni praktykują – żeby stworzyć sobie taki rygor pracy, że owszem, w umowie podpisywanej masz te dziewięćdziesiąt dni, ale na przykład postaraj się co jakiś czas skracać ten okres wyczekiwania i zaskakiwać przez to pary młode. Obiecałeś im dziewięćdziesiąt dni, a oddasz im po sześćdziesięciu. Nie na tej zasadzie, że obiecałeś dziewięćdziesiąt, a oddasz po dwóch, bo wtedy dla pary młodej będzie taki sygnał, że „kurde, tyle tysięcy zapłaciliśmy za zdjęcia, a on sobie to w dwa dni pyknął? To znaczy, że to jest turbo łatwe”.  

Ja też miałem takie momenty w swoim życiu fotograficznym, że obrabiałem zaraz po zleceniu, ale trzymałem przez jakiś czas te zdjęcia na dysku, zanim je pokazałem parze młodej, żeby oni też mieli taki jasny sygnał, że to nie jest coś, co można zrobić tak hop siup. Wiadomo, że można obrobić w jeden dzień i to jest wszystko jakby wiadomą sprawą, natomiast nie zawsze masz czas, żeby się od razu tą obróbką zająć. 

To też wszystko od zlecenia zależy. Na przykład, jak miałem w zeszłym roku bodajże… To była taka para ze Stanów Zjednoczonych. Im zależało, żeby dostać album jeszcze zanim wylecą do Stanów, więc ja tutaj postawiłem sprawę na ostrzu noża, że po prostu zająłem się obróbką bardzo szybko. Wysłałem galerię, oni wybrali zdjęcia do albumu i ten album przyszedł przed ich wylotem. Wiadomo, że to da się zrobić, ale nie przy każdym zleceniu. Nawet jak obrabiacie sobie dwa dni po zleceniu i macie to wszystko gotowe, to też bym tu w drugą stronę poszedł i trochę te zdjęcia na dysku przytrzymał.  

Dzień ślubu: kościół w remoncie. Co robić? 

Przejdę tylko do Waszych pytań, które przychodzą po wysyłce newslettera i jedno jest fantastyczne po prostu. Bardzo mi się spodobało. „Kościół w remoncie. Co robić?! Jak sfotografować kościół w remoncie, bo para załamana i nie wiadomo, jakie zdjęcia będą?”. 

Chyba Kubę Nowotyńskiego widziałem wśród osób na czacie – pozdrawiam Kubę. Nie jestem pewien, ale chyba ten temat był poruszany w rozmowie z Kubą. Nie wiem, czy to było w podcaście czy to było poza anteną, ale mówiliśmy sobie, żeby fotografować po prostu tak bardziej reportażowo. Podejść do tego z dystansem. Jeżeli jest ten kościół w remoncie, to już tak musi być. 

Ja bym na przykład powiedział parze, że „słuchajcie, jak często jest remontowany kościół? Raz na sto lat. Uświadomcie sobie, że to jest wyjątkowa chwila. Wy sobie nie zdajecie sprawy, jakie to jest wiekopomne wydarzenie. Będziecie mogli mówić wnukom, że jak braliście ślub to ten kościół był w remoncie, a to jest raz na sto lat – zobaczcie, jakimi jesteśmy szczęściarzami”. Oczywiście można wszystko w taki sposób przedstawić. Szklanka jest do połowy pełna albo do połowy pusta. Kościół jest w remoncie, no i co z tego? No jest w remoncie, to pokażmy, że był w tym remoncie, a nie starajmy się ściemniać i kadrować tak mega wąsko, żeby tych rusztowań nie było widać. Czasami jest, wiadomo, jakaś chamska reklama firmy, która dostarcza tynki czy jakiejś innej, która cement robi czy też podwykonawcy. No i trudno.  

Ja widziałem takie zdjęcia. Chyba dwa lata temu czy rok temu kościół świętej Anny był w remoncie w Warszawie i pełno było właśnie takich zdjęć, które pokazywały reklamy różnych firm budowlanych. No ale tak to po prostu wyglądało i nie ma co! 

Powiem Wam, że na przykład w tym roku wybieram się do takiego kościoła – wiem od pary, że jest w remoncie. No i wiem, że proboszcz wymyślił, że tylko jedna część będzie naraz remontowana. „Jak będziesz fotografował tylko z jednej strony to nie będzie widać”. Dobrze, ja mogę część zdjęć zrobić tak, ale też muszę pokazać inną stronę, bo jeżeli przedstawię to tylko od tej strony, że wszystko było idealnie, nie było żadnego remontu, to kurczę – nie przedstawię tej historii w pełni.  

Tak że są pewne rzeczy, z którymi trzeba się pogodzić na zleceniu, ale też przy okazji przygotować parę młodą, że tak po prostu musi być, że tak jest. W naszych podcastach, chyba w Niezłych Aparatach albo w tej audycji – Fleszem Po Oczach, pojawił się też temat ludzi z komórkami na zleceniu. To było, zdaje się, nawet w dziesiątym odcinku. Ja mówiłem o tym, że po prostu ci ludzie są. To jest znak czasu. To jest znak tego, jak było w danym momencie. Nie kadrujmy tak, żeby nigdy tych ludzi nie było widać. Wykorzystajmy wręcz tych ludzi z komórkami. 

Była taka sprawa głośna. Fotoblogia to w Polsce nagłaśniała, a na świecie to chyba Fstoppers puścił taki materiał, w którym fotograf domagał się, żeby ludzie nie przychodzi z komórkami na śluby. Dobra, można się domagać, ale moim zdaniem to jest taka życzeniowa podstawa. Ludzie i tak przynoszą te swoje małpki. Kiedyś może Polaroidy nosili to może było bardziej stylowo. A teraz przynoszą te swoje iPhony i inne dzikie węże – to nie jest tak piękne jak Polaroid. Ale cóż, co zrobimy? Trzeba po prostu brać z dobrodziejstwem inwentarza i fotografować tak, jak po prostu jest.  

Jak radzić sobie z problematycznym księdzem lub panią urzędnik? 

Dobra, kolejne pytania, które przyszło to: „Wyobraź sobie, że jesteś na uroczystości kościelnej w urzędzie stanu cywilnego. Jak radzić sobie z niemiłym księdzem czy panią urzędnik, która każe fotografować z innego miejsca?”.  

Szczerze powiedziawszy ja się jeszcze nigdy nie spotkałem z księdzem, który jest nieuprzejmy. To jest kwestia może mojego podejścia. Ja uprzedzam atak potencjalny. To oczywiście jest też tak żartobliwie… Po prostu wchodzę, przedstawiam się, mówię kim jestem – że nie będę fotografował w danych momentach mszy i tak dalej. Pokazuję, że znam swoją robotę. Pokazuję swoje kompetencje, które mam, które zgromadziłem przez ileś tam lat fotografowania ślubów. Podobnie jest w urzędach.  Też mi się nie zdarzył jakiś urzędnik, który byłby jakiś mało bystry czy… małolepszy – o, tak jak mój dziadek mówił: małolepszy. Taki, który kazałby mi stać tylko w jednym miejscu.  

Ale wyobraźmy sobie teoretycznie, że byłaby taka sytuacja, że ktoś nam mówi „tutaj nie możesz wejść”. Faktycznie miałem taką historię z panem, który prowadził scholę taką dziecięcą, która śpiewała. On mi mówił, że „tutaj nie możesz wchodzić człowieku”, więc ja oczywiście udałem, że mnie nie ma, ale zagotowałem się wewnętrznie. Krew mi uderzyła do głowy, że co mi tu jakiś będzie mówił, któremu się wydaje jeszcze, że jest ważniejszy w kościele niż ksiądz. I to z reguły tak właśnie jest, że ktoś, kto jest przy parafii, wydaje mu się, że jest bardziej kompetentny niż ksiądz, żeby kazać fotografowi to i tamto.  

Tak samo w ten weekend mieliśmy taką sytuację, że para młoda była spanikowana… Może nie spanikowana… Bardziej mama pana młodego była spanikowana, że pani z kwiaciarni nie mogła wejść do kościoła udekorować kwiatami, dlatego, że pani jakaś, która zajmuje się administracją kościoła powiedziała, że nie, nie ma takiej opcji – nie można dekorować kościoła kwiatami. To nie jest nawet w gestii tej pani kościelnej – church lady, jak to się nazywa w Stanach – tylko wiadomo, że to gospodarz, czyli proboszcz, ewentualnie jakiś ksiądz, który będzie udzielał ślubu może cokolwiek kazać czy sugerować. Te osoby, które są gdzieś tam wokół powodują najczęściej zamieszanie i do nich najczęściej też nie ma dostępu. One się pojawiają znikąd. Wyrastają nagle. 

Oczywiście namawiałbym do tego, żeby wszystkie tego typu uwagi przyjmować z pokorą – tonować emocje, które mogą się pojawić. W tych kluczowych momentach, typu udzielanie sakramentu czy też zawieranie związku cywilnego w urzędzie, jesteśmy już poza zasięgiem rąk takich urzędników czy też church lady, która nie może nas złapać za pasek. Wtedy okej, wiesz, że nie możesz chodzić, bo jesteś pilnowany czy pilnowana, więc starasz się maksymalnie wykorzystać to położenie, w którym jesteś, czyli jak najbardziej kreatywnie kadrami operować. Ale jak już wiesz, że więcej nie wyciśniesz, to musisz się przesunąć. I trudno. Najwyżej będzie potem skandal – ktoś powie złe słowo, że „miałeś nie chodzić a poszedłeś”. Trudno. To już jest poza Wami. Tak najczęściej bywa, że dochodzi do takiej małej, mikro spinki przed ceremonią. A potem, jeżeli nawet obiecałeś, że „dobra, nie pójdę tam z lewej na prawą”, a poszedłeś, to i tak nie ma żadnych konsekwencji.  

Pamiętajcie jedną rzecz: fotograf jest rozliczany ze zdjęć, które przynosi. Jeżeli więc church lady powiedziała, że tam nie można chodzić, a panna młoda potem patrzy: 

  • hmm, tylko zdjęcia z lewej? A jak to wyglądało z drugiej strony? Gdzie są zdjęcia rodziców?. 
  • Church lady powiedziała, że nie mogę chodzić i ja się posłuchałem. 

Wyobrażam sobie, że nie byłaby moja klientka pocieszona. Ja się staram oczywiście zachować wszystkie kwestie związane z grzecznością. Nie jestem w żaden sposób chamski dla ludzi, szanuję ich, ale moje obowiązki względem moich klientów są priorytetowe i nie ma to tamto. Mam nadzieję, że Wy też macie takie podejście. 

Jak i gdzie szukać fajnego klienta? 

Przejdę jeszcze do dwóch pytań, które zostały. Pierwsze pytanie, które się pojawiło jest związane z szukaniem klientów. Jak i gdzie szukać fajnego ślubu czy fajnego klienta? 

Myślę, że jak znacie taki monolog „być albo nie być – oto jest pytanie”, to ja mówię, że „gdzie i jak szukać fajnego ślubu oraz klienta – oto jest pytanie”. Ten temat to jest studnia bez dnia. Można by się godzinami zastanawiać nad tym, czy się pozycjonować, na jakie słowa kluczowe, gdzie się reklamować, jakich mediów społecznościowych używać, żeby dotrzeć do tych fajnych klientów. To można, tak jak mówiłem, godzinami. 

Warto natomiast zapytać siebie, jeżeli już mieliście jakiś klientów – takich fajnych, z którymi Wam się lepiej współpracowało – kim są ci klienci. Czyli mamy na przykład parę Gosia i Robert – tak sobie wyobraźcie. W Waszym przypadku może być to Monika i Tomek czy jakakolwiek inna zbitka imion. Zastanówcie się nad tym, jakich klientów najfajniej było Wam fotografować. Spiszcie sobie, wybierzcie kilka par, z którymi to był po prostu miód na serce – współpraca z nimi, rozmowa, wymienianie maili czy wysyłanie do nich albumu, odbieranie od nich opinii na temat tej pracy. Wypiszcie sobie kilka imion tych par i usiądźcie sobie nad tą listą na spokojnie. Zastanówcie się, co te pary mają wspólnego ze sobą.  

Na pierwszy rzut oka może się wydawać „nie no, Gosia i Robert to nie mają nic wspólnego z Moniką i z Tomkiem”, ale zdziwicie się. Dużo mają wspólnego. I nie chodzi nawet o kolor włosów czy stylówę. Może być na przykład stylówa ślubna – że byli bardziej na luzie albo dziewczyny miały suknie na kole. O, kiedyś na kole było takie popularne. Wielu fotografów nie lubi właśnie tych sukien na kole. To mogą być tego typu rzeczy, ale mogę to być też rzeczy związane z pracą, którą wykonują ci Wasi klienci. Na przykład, jeżeli to byli prawnicy albo jeżeli to byli lekarze, jeżeli to były osoby, które uprawiają wolny zawód, to wpiszcie sobie, że te rzeczy się powtarzają. W pewnym momencie zobaczycie, że kilka jest takich charakterystycznych elementów, które się powtarzają w tych najlepszych klientach. I właśnie do takich osób muszę ja, jako fotograf kierować swoją ofertę. 

Ja wiem, że moje pary mają na przykład specyficzne poczucie humoru i ja też mam takie specyficzne poczucie humoru. Zawsze powtarzam, że nie każdy rozumie mój żart czy mój dowcip. Natomiast ja wiem, że pewne rzeczy mogę w kontaktach z klientami powiedzieć. Na przykład często mi się zdarza powiedzieć, że panna młoda jest ładna, ale pan młody jest na przykład trochę brzydki i wiem, że zawsze się z tego śmieją. Jak ktoś byłby wyczulony na punkcie swojej urody i ja powiedziałbym, że pan młody jest niezbyt urodziwy, to mógłby się zmieszać – powiedzieć „kurczę, ten fotograf ma nierówno pod sufitem, on klientom mówi że są brzydcy”. Wiem, że moje pary bardzo często traktują to jako świetny dowcip i dziewczyny się nawet cieszą z tego, mimo tego, że tak na dobrą sprawę, gdyby były wrażliwe, to mogłyby powiedzieć, że „krytykuje wybór moje przyszłego męża – to nie jest dobry fotograf”. Akurat to poczucie humoru wiem, że w moich parach jest. Mi jest dobrze wtedy z nimi rozmawiać, mogę sobie pożartować. Oni też zresztą na przykład różne chamskie rzeczy mówią i wiedzą, że mogą mi to powiedzieć, a ja się też z drugiej strony nie obrażę.  

Kiedyś też zrobiłem sobie taki rachunek. Zsumowałem fajne cechy w moich parach i ja wiem, że jak będę pisał nawet moje posty z myślą o takich ludziach, o tych konkretnych parach, tak jak bym pisał dla tej Moniki i Tomka – „słuchajcie, tu wam opowiadam historię innej pary”. Tak tworzę posta. Mam w głowie, wyobrażam sobie tych ludzi, do których kieruję te słowa. I wiem, że ci potencjalni klienci, którzy są zbliżeni cechami charakteru czy też jakimikolwiek innymi cechami, dla nich to będzie zrozumiałe i do nich dotrze ten mój komunikat. Od tej strony warto podejść do tego tematu, jak i gdzie szukać tego właściwego klienta, tego fajnego klienta. 

To się nawet nie rozchodzi o to, czy ten klient zorganizuje nawet w jakimś super wypasionym miejscu wesele czy też zaprosi Was na sesję rodzinną do swojego domu, który będzie mega fajny, fotogeniczny i tak dalej, jasny, cuda na kiju. Po prostu ten fajny klient i fajne zlecenia, to są ci ludzie, z którymi Wam się najprzyjemniej współpracuje. To daje takiego mega kopa i też daje takie poczucie, że robimy fajną rzecz, fotografujemy dla fajnych osób.  

Pod tym kątem podejdźcie do tego. Spiszcie sobie te imiona par i zastanówcie się, co mają ze sobą wspólnego.  

Czy warto wystawiać się na targach ślubnych? 

Tutaj jeszcze kolejne pytanie – ostatnie. To jest pytanie, które się poniekąd wiąże z poprzednim pytaniem. „Czy warto wystawiać się na targach?” ktoś zapytał. 

Wydaje mi się, że ten temat już był poruszany w podcaście. Nie wiem, czy jeszcze we Fleszem Po Oczach o tym mówiłem czy nie. Natomiast czy warto się wystawiać na targach? Polecam podcast z dziewczynami z Silesia Wedding Day. Tam akurat prowadziła ten podcast moja żona Kasia, więc tak bardziej od kobiecej strony, ale uwierzcie, że dziewczyny znają się na ślubach o wiele bardziej niż faceci. 

Polecam Wam serdecznie posłuchanie tego podcastu, a to dlatego, żeby wziąć pod uwagę te targi, które już się targetują pod innych klientów. Czyli to nie jest taka wolna amerykanka w stylu tych targów, które były od zawsze. Tych masówek, które są oczywiście w wielkich miastach, ale są też w mniejszych miejscowościach. Je nawet po plakacie łatwo poznać. Tam zawsze jest jakaś taka uśmiechnięta dziunia. Może nie uśmiechnięta… To nie ma znaczenia. Ale jest dziunia, obrączki, chmurka tam najczęściej jest. Te targi się jakoś dziwnie nazywają. I są też targi, które są adresowane do ludzi, którzy już czegoś innego oczekują od swojego wesela. Są właśnie te targi alternatywne. Agata robi w Folwarku Wąsowo pod Poznaniem. Właśnie jest Silesia Wedding Day. Jest mnóstwo takich imprez. W Warszawie ostatnio były… Nie będę Wam teraz wszystkich wymieniał dlatego, że znajdziecie jest na blogu SweetWedding.pl w artykule alternatywne targi ślubne.

Wydaje mi się, że warto zajrzeć na coś takiego. Nawet jeżeli się nie wystawiacie, to warto zobaczyć, jak się tam różne firmy wystawiają. Ja między innymi – powiem może trochę backstage’ową informację – ale te wszystkie gadżety czy wszystkie elementy dekoracji, które widzicie w tym YouTube’owym studio, pochodzą z moich wyjazdów na targi. Ja tam niektóre rzeczy ustawiałem na jednych targach, innych używałem na innych targach. One mi się w konsekwencji przydały, kiedy przeniosłem je do biura swojego. I tak na dobrą sprawę teraz mi się przydają na YouTube’ie. To nie jest tak, że zainwestujecie w coś i to się Wam nie przyda. Wydaje mi się, że warto robić recycling takich rzeczy, takich przedmiotów. I tutaj właśnie upatruję kolejny sens jeżdżenia na takie targi. 

Szybko jeszcze tylko powiem, że to jest też możliwość dotarcia właśnie do tych fajnych klientów. Do tych klientów, którym zależy na ciekawszym otoczeniu, braku tych nieciekawych elementów typu jakieś tam zabawy weselne – mam nadzieję, że wiecie, o czym mówię. Tu bym upatrywał taką szansę dotarcia do tych osób, bo tak na dobrą sprawę większość tej roboty, tej selekcji klientów, robią za Was organizatorzy. Jeżeli w odpowiedni sposób się wystylizujecie, jeżeli chodzi o Waszą markę, czyli stronę internetową czy Wasze stoisko, czy Waszą prezencję i to, jak będziecie się prezentować w rozmowie z tą parą, to będzie już kolejny etap. Ale te pierwsze przesiewy już zrobili za Was organizatorzy. Tam macie dostęp naprawdę do super par. Oczywiście nie w stu procentach, bo czasem też się tam zabłąkane owieczki pojawiają na takich targach, ale mimo wszystko warto – uważam, że tak. 

To zależy też oczywiście, na jakim etapie kariery jesteście. Jeżeli macie dużo zleceń przez Facebook czy przez jakiekolwiek inne źródło – czy to będzie Google czy polecenia – i uważacie, że nie warto się wystawiać, to oczywiście ja też się z Wami zgadzam. Czasami może być to strata czasu. Ja na przykład jeździłem na takie targi… Czy to było już dwa lata temu? Nie wiem, ten czas tak szybko leci… Też po to, żeby praktykować swoją gadkę, mówiąc kolokwialnie. To w jaki sposób rozmawiam z parami. Po prostu uznałem, że tych rozmów na Skype’ie jest z piętnaście, dwadzieścia rocznie, a tu mam możliwość porozmawiania z osiemdziesięcioma parami w ciągu dwóch dni. Zobaczcie, jaka to jest skala. Jaka to jest praktyka, w której mogę zastosować pewne chwyty – w ten sposób zagaić rozmowę, tutaj przejście ładne zrobić…  

Może ktoś, kto będzie myślał nad warsztatami u Niezłych Aparatów – może znacie takich typów – może się spodziewać, że taka wiedza też jest tam przekazywana, ten schemat rozmowy. Głównie chodziło mi o to, kiedy konstruowałem model standardowy rozmowy, żeby nie było takich momentów ciszy, że ani fotograf nie wie, co powiedzieć, para też się trochę głupio czuje i tak dalej – to wszystko musi iść płynnie. To nie ma być taki mega proces sprzedaży, że „to co pan, kupujesz cegłę czy nie?”. Tylko to ma być fajna, przyjemna rozmowa, ale bez tych momentów krępujących i oczywiście bez naciskania na sprzedaż.  

Jednego w życiu nie znoszę – jak mi ktoś chce wcisnąć jakiś produkt i najczęściej to jest tak, że dzwonią do mnie ci marketingowcy i mówią „panie Jacku, przygotowaliśmy wspaniałą ofertę!”. Tych momentów nie znoszę. To jest taki hard selling, ta twarda sprzedaż, stawianie człowieka pod murem. Nie chcę, żeby moi klienci się tak czuli i mam nadzieję, że Wy też nie chcecie, żeby Wasi klienci się tak czuli.  

I z tą myślą bym Was zostawił.  

Tak jak wspominałem, jestem wdzięczny za wszystkie łapki w górę. Dzięki za to dzisiejsze spotkanie. Widzimy się na kolejnym live’ie za tydzień. I cóż, zapraszam przy okazji do subskrypcji tego kanału. Przypominam, że po prawej stronie w dolnym rogu jest taki przycisk – kwadrat z napisem „subuj”. Po najechaniu myszką można kliknąć, pyk, i już jest subskrypcja dodana.  

Dzięki. Bardzo się cieszę, że już ten kanał jest taki duży, że jest ponad tysiąc subskrybentów. Mam nadzieję, że dzięki Wam to się będzie tak fajnie, szybko rozwijać.  

I cóż, widzimy się oczywiście za tydzień. Do usłyszenia. Dzięki za obecność! 

Leave A

Comment

Jabba
12 grudnia 2018
pracuj nad wypowiedzią... od tych "co, nie?" czy "właśnie" odechciewa się tego słuchać (choć merytorycznie nie mam większych zastrzeżeń"
Odpowiedz
    Jacek
    13 grudnia 2018
    Jabba, dziękuję za tę uwagę. Popracuję nad sobą.
    Odpowiedz