Tym razem zaryzykuję takie oto stwierdzenie: większość fotografów ma DUŻY problem z marketingiem. No dobra, przecież to oczywistość, więc o czym tu mówić? Wydaje mi się jednak, że jest. Wystarczy tylko zastanowić się czy czasem ten problem nie dotyczy czytającego / czytającej te słowa?

Tak łatwo widzimy problemy innych i to co mogliby poprawić w swoim biznesie (byyyznesie) a nie dostrzegamy tego co dzieje się nie tak u nas samych. Może spadek zapytań, osłabienie zainteresowania naszą usługą to właśnie wynik ignorancji wobec tego jak zmienia się Internet? Dziś z Pauliną Drozdą pomówimy w podcaście o marketingu fotograficznym i masie innych rzeczy. Zapraszam.

Podcast jest dostępny na iTunes
Grupa słuchaczy podcastu: Niezłe Aparaty Podcast
Więcej odcinków tutaj: Archiwum podcastu

Paulina Drozda w sieci:
DID shop fb: facebook.com/DIDshopPL
DID shop insta: instagram.com/did_shop
www: drozdaimmagine.pl
fb: facebook.com/DrozdaImmagine
insta: instagram.com/drozdaimmagine

Kolejny odcinek Niezłych Aparatów już wkrótce. Jeśli macie specjalne życzenia dotyczące tematów, które powinny pojawić się w audycji, lub chcielibyście zaproponować fotografa, który powinien Waszym zdaniem wystąpić w jednym z odcinków podcastu to piszcie, znajdziecie mnie na:
instagram: instagram.com/jaceksiwko/
fb: facebook.com/jaceksiwko/

PS. Więcej informacji o fotografii ślubnej i pracy jako fotograf wysyłam przez darmowy newsletter Fleszem po oczachjaceksiwko.com/newsletter

Zapis podcastu:

#30 PAULINA DROZDA 

Wstęp 

Wydawać by się mogło, że największym problemem fotografów jest brak klientów. A co zrobić, kiedy tych klientów jest za dużo? O tym dziś w audycji Niezłe Aparaty.  

Cześć, z tej strony Jacek Siwko! Witam Was wszystkich serdecznie w trzydziestym odcinku podcastu.  

Zanim przedstawię dzisiejszego gościa, pozwólcie, że zrobię takie małe ogłoszenie. Otóż na stronie NiezleAparaty.pl pojawiły się już daty jesiennej rundy warsztatów o tej samej nazwie, co podcast. W tej edycji odwiedzimy takie miasta, jak Toruń, Gdańsk, Warszawa, Kraków i Wrocław. Jeżeli chodzi o bliższe informacje, to znajdziecie je wszystkie na stronie. Zdecydowaliśmy się ogłosić warsztaty nieco wcześniej niż zwykle to robimy, z tego względu, że było sporo zapytań i już nie chcieliśmy Was trzymać w niepewności. Mam nadzieję, że terminy Wam przypasują i też lokalizacje tych warsztatów będą dla Was dogodne.  

A dzisiejszym gościem jest Paulina Drozda, znana oczywiście jako fotograf ślubny, ale też ze względu na to, że prowadzi sklepik z akcesoriami dla fotografów. Te wszystkie tematy oczywiście poruszymy w trakcie rozmowy. W trakcie rozmowy poruszymy też temat marketingu fotograficznego, który jest najrzadziej występującym składnikiem wielu polskich – i nie tylko polskich – interesów fotograficznych. Niezależnie od tego, na jakim etapie kariery jesteście, zawsze trzeba myśleć o tym, jak promować swoje usługi. Te tematy właśnie pojawią się trakcie dzisiejszego podcastu.  

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak – mówiąc delikatnie – przymknąć się i zaprosić Was do wysłuchania rozmowy z Pauliną. 

Rozmowa 

Jacek: Paulina, miło mi cię gościć w podcaście Niezłe Aparaty.  

Paulina: Bardzo dziękuję za zaproszenie. 

Cześć! Tak może dla słuchaczy przedstawimy taki szerszy kontekst naszego umawiania się na spotkanie, bo mieszkamy tak względnie niedaleko siebie i jak to bywa, ciężko jest nam się umówić nawet na jakąś kawę.  

Tak, i dlatego zamiast na kawę w ogródku to umawiamy się na podcaście. I teraz cała Polska będzie słuchać tego. 

Dokładnie. Jesteśmy podsłuchiwani i to nie są tajne służby, tylko same Niezłe Aparaty nas słuchają w tej chwili. 

Tak jest – cześć grupo Niezłych Aparatów! 

Tak jest. Myślę, że dla części Paulina jesteś znana, więc zróbmy takie krótkie przedstawienie dla tej drugiej części, która o tobie nie słyszała. W trzech słowach, jakbyś mogła opowiedzieć.  

W trzech słowach, kim jestem – tak? Jestem takim marzycielem, który zawsze starał się robić to, co uważa za fascynujące, pasjonujące, przyjemne i wciągające, dlatego zaczęłam jakiś czas temu fotografować, bo z wykształcenia jestem ekonomistą, marketingowcem i byłam szkoleniowcem. Ale gdzieś tam wkradła się fotografia – fotografia zawładnęła moim życiem. Niespodziewanie stałam się zawodowym fotografem, któremu całkiem fajnie szło. No i można powiedzieć, że gdzieś tam u szczytu swojej małej życiowej karierki, postanowiłam z fotografią skończyć, bo zajmowała mi tak dużo czasu, że tego czasu już właściwie nie było dla rodziny. Natomiast swoją energię ukierunkowałam w tej chwili na inne rzeczy. To znaczy prowadzę sklepik internetowy dla fotografów i teraz tam się spełniam twórczo i jeśli chodzi o kontakt z ludźmi, to również. 

Czyli nie odcięłaś kompletnie pępowiny od tego środowiska fotograficznego – nadal jesteś aktywna w tym świecie. Tak już powiedziałaś, od razu wyjawiłaś, że już skończyłaś swoją karierę fotograficzną, ale może przejdźmy najpierw do tego etapu, który był taką pierwszą fascynacją fotografią. Jak to wyglądało u Ciebie? 

Tak naprawdę historia jest trochę może śmieszna, bo mój dziadek był artystą fotografikiem, więc ja wychowałam się w domu, w którym było mnóstwo albumów o sztuce, o fotografii i śmieję się, że uczyłam się czytać, czytając podpisy pod zdjęciami w albumach. Natomiast widząc, jak ciężki jest to zawód – bo mój dziadek był fotografikiem przyrody – i ja z nim czasami jeździłam w Tatry, dźwigałam te okropnie ciężkie plecaki ze sprzętem i to było po prostu coś strasznego. To było naprawdę okropne! Natomiast wydaje mi się, że to jest tak, że jeżeli ktoś nie rozumie pasji i widzi tylko koszty, które są z tym związane, czyli brak czasu, brak czasami pieniędzy – bo przy takiej pracy pieniądze raz są, a raz ich nie ma – to nie jest w stanie zrozumieć wyborów tej osoby. I wtedy to dokładnie tak było. Ja widziałam dziadka poświęcenie, natomiast nie widziałam tej pasji, nie widziałam tego, jaką mu to sprawia radość. Byłam pewnie za młoda, żeby to zrozumieć.  

I w związku z tym powiedziałam, że nigdy w życiu nie zostanę fotografem i nigdy w życiu nie wezmę aparatu do rąk. Minęło wiele, wiele lat i urodziła mi się córa. I jak to każda mama, bo oczywiście dziecko jest oczywiście tak słodkie – te uśmiechy, rączki, nóżki, w ogóle wszystko… Więc zaczęłam ją fotografować zwykłym kompaktem. Zaczęło mnie fascynować wtedy to, że te zdjęcia mi nie wychodzą. To znaczy, jestem takim strasznie uparciuchem okropnym i przez to, że właśnie te zdjęcia mi nie wychodziły tak, jak chciałam, to się po prostu wkurzyłam i stwierdziłam, że się nauczę. I tak naprawdę to był sam początek nauki głównie o świetle, bo to chodziło – potem się dowiedziałam – żeby zdjęcie wyszło lub nie, to przede wszystkim potrzebuje dobrego światła. I tak mnie to w jakiś sposób zafascynowało, że po roku kupiłam sobie pierwszą lustrzankę, a mniej więcej po półtora roku od tych moich pierwszych podrygów już zaczęłam dostawać zapytania od ludzi, czy ja nie zrobię im sesji. I ja bardzo długo się trzymałam, byłam dzielna i odpisywałam ludziom, że ja nie jestem w ogóle fotografem, że ja tylko fotografuję swoje własne dzieci i ewentualnie znajomych. Nie brałam za to oczywiście żadnych pieniędzy.  

Pamiętam taki moment, taką moją pierwszą sesję, za którą wzięłam pieniądze – napisała do mnie dziewczyna w ciąży, czy nie zrobiłabym jej właśnie sesji. I ja wtedy dojrzałam do tematu na tyle, że stwierdziłam „hmm… właściwie to nie jest taki głupi pomysł – skoro mi sprawia to przyjemność, komuś sprawię tym radość, a jeszcze mogę sobie dorobić do kupna obiektywu…”. Pamiętam, że chciałam wtedy kupić chyba trzydziestkę piątkę, która kosztowała 800 zł, więc wymyśliłam sobie, że jak zrobię kilka sesji, to dorobię do tego obiektywu, więc pomyśl, jaką szaloną skalę przychodów ja sobie planowałam, żeby kilka sesji na te 800 zł dorobić! To były jakieś śmieszne pieniądze, które wtedy wzięłam za tę sesję.  

Stała się sprawa fajna i myślę, że to był kluczowy moment w moim życiu, bo jak oddałam zdjęcia tej pani, ona napisała do mnie takiego maila, że po prostu skrzydła mi urosły. Napisała, że czuła się niezbyt fajnie w tej ciąży, bo wiadomo – człowiek inaczej wygląda, zatraciła jakieś swoje wewnętrzne poczucie kobiecości, a sposób, w jaki ją pokazałam, to, jak ja na nią patrzę, co widać przez pryzmat zdjęć, sprawiło, że ona poczuła się przepiękna. Poczuła się fenomenalnie. Ja naprawdę, jak przeczytałam tego maila, to się autentycznie wzruszyłam i właśnie wtedy pomyślałam sobie, że ten talent, który mam, to, jak potrafię ludzi pokazać, jak na nich patrzę, jest niesamowitym darem. Ja jestem w stanie ludziom dać naprawdę dużo i wzruszeń, i radości. I wtedy postanowiłam, że skoro potrafię to robić, to chyba trzeba to robić. I tak to się właśnie wszystko zaczęło.  

Czyli poczułaś, że tu nie chodzi tak naprawdę o fotografowanie, tylko to jest pewien rodzaj misji? 

Dokładnie tak. To jest to, jak patrzę na świat i na ludzi. To jest to, co ja w ludziach widzę. 

To już był właśnie ten moment, w którym pomyślałaś sobie, że okej, wszystkie ręce na pokład i chcesz się poświęcić tej pracy czy jakoś tam stopniowo dochodziłaś do tego?  

Nie, to nie było jeszcze tak szybko. Wyglądało to w ten sposób, że ja wtedy miałam firmę szkoleniową, więc też byłam wtedy freelancerem, ale na zupełnie innym rynku. Ale miałam już firmę, więc dopisanie nowego PKD nie było tutaj kłopotem. I stwierdziłam, że mogę od czasu do czasu jakąś sesję sobie zrobić. Z tym, że to od czasu do czasu nie wiem, jakim cudem, potoczyło się tak szybko, że po trzech miesiącach usiadłam i stwierdziłam, że albo rezygnuję ze swojej pracy szkoleniowca, albo rezygnuję z fotografii, bo w ciągu dnia pracowałam na sali szkoleniowej. Wieczorami się przygotowywałam jeszcze do szkoleń, w weekendy fotografowałam i obrabiałam, więc tak naprawdę pracowałam non-stop.  

I przy okazji jeszcze byłaś mamą? 

Dokładnie, przy okazji jeszcze międzyczasie urodziło się drugie, tak że miałam dwa małe bąble w domu i nie miałam kompletnie na nic czasu. I pomyślałam sobie właśnie tak, że po pierwsze fotografia jest świetna i jest naprawdę strasznie przyjemnym kontaktem z ludźmi. Po drugie pomyślałam sobie – i to był duży błąd, teraz to wiem – ale pomyślałam sobie, że fotografując będę miała dużo więcej wolnego czasu i że będę mogła sobie tak wtedy ustalać czas pracy i czas z dziećmi, i tak dalej. Okazało się oczywiście później, że to też nie jest do końca tak, jak mi się wydawało, bo tego czasu wcale nie było więcej.  

Wybór fotografii na pewno był dobrą decyzją. Ja tak naprawdę wszystkie swoje decyzje podejmuję pod wpływem intuicji i jakiegoś takiego odczucia tego, co jest dla mnie i dla moich bliskich dobre. I chyba nie żałuję tej decyzji. Po trzech miesiącach już zrezygnowałam z tej swojej pracy szkoleniowca i wtedy już poszłam na całość. To znaczy zmieniłam lokal, wynajęłam studio swoje pierwsze fotograficzne i stwierdziłam „niech się dzieje wola nieba – muszę dać radę”.  

Ta intuicja to jest coś, o czym ja zawsze mówię, że kobietom zazdroszczę, bo macie taką umiejętność przewidywania pewnych rzeczy na podstawie jakiś tam niejasnych przesłanek. Okej, ktoś przeszedł przez ulicę i jakiś tam kot wskoczył na płot, i to znaczy, że jutro będzie piękny zachód słońca, dlatego umawiam się na sesję. Tak mniej więcej w skrócie to wygląda. 

Tak, to widzisz, tak?  

Z mojej perspektywy męskiej. Ale fajnie, że tutaj tak zadziałałaś i poszłasz all in, jak to mówią gracze w pokera, czyli wynajęłaś studio. To już poważnie zainwestowałaś, bo to wiązało się z jakimś tam stałym kosztem, no nie?  

Dokładnie. Wtedy też musiałam się dosprzętowić, bo w momencie, w którym zdecydowałam, że będę takim – nazwijmy to – porządnym fotografem, to musiałam sporo zainwestować również w sprzęt. To była poważna decyzja. Poza tym, z dnia na dzień tak naprawdę zrezygnowałam ze swojego stałego źródła dochodu, ale wierzyłam, że mi się uda. 

Okej, a czy ta inwestycja w to studio fotograficzne i w ten sprzęt to się wiązało z jakimś kredytem? Czy miałaś swoje własne oszczędności, które zainwestowałaś? 

Miałam swoje własne oszczędności, które poszły wszystkie na ten cel, ponieważ, jak już wspomniałam, jestem ekonomistką i marketingowcem z wykształcenia, więc podeszłam do tego tematu również poważnie. Usiadłam z kartką, z długopisem, rozpisałam sobie plan, a tak naprawdę to trzy plany – rozpisałam sobie pesymistyczny, optymistyczny i realistyczny. Dałam sobie pół roku na to, żeby ewentualnie dokładać do biznesu, wychodzić na tym na zero, w sensie bez wynagrodzenia dla mnie. Postanowiłam, że daję sobie te pół roku na rozkręcenie, na to, żeby ludzie mnie poznali, a po pół roku muszę wyciągać z tego pieniądze, z których będę zadowolona, czyli muszę po prostu na tym zarabiać.  

To ambitnie podeszłaś do tematu, bo pamiętam podcast z Bartkiem Wyrobkiem – on mówił, że jakieś chyba trzy lata mu to zajęło.  

Wiesz co, wydaje mi się, że jeżeli nie wiemy, dokąd idziemy, to na pewno trudniej jest tam dojść. I ja wiedząc, jakie muszę osiągać wyniki w każdym momencie wiedziałam, w którym punkcie się znajduję, czyli wiedziałam, czy muszę coś jeszcze więcej zrobić, czy mogę sobie dać troszeczkę luzu, bo idzie nieźle.  

I tak tylko w kwestii podsumowania, to powiem, że ja swój plan optymistyczny zrealizowałam nie w pół roku, tylko w trzy miesiące. Tak że poszło mi tak dobrze, że nawet sama w optymistycznym planie w ogóle tego nie wzięłam pod uwagę, że może być aż tak dobrze.  

To ciekawe. To może zapytam tak z drugiej strony – w takim razie, jeżeli ten sukces przerósł twoje oczekiwania, to nie miałaś tak, że jakaś palemka ci odbiła w pewnym momencie?  

Wydaje mi się, że nie. Powiem ci, że ja nawet do teraz – to znaczy teraz już nie robię tych sesji dziecięcych i rodzinnych, ale robiłam je jeszcze rok temu – nie podniosłam ani razu cen swoich sesji rodzinnych i dziecięcych. Cały czas kierowałam się bardzo podobną filozofią i założeniami, które miałam na początku, czyli postanowiłam, że sesja musi być u mnie czymś takim, na co stać każdą normalnie zarabiającą rodzinę. To nie może być takie dobro luksusowe. Nie chciałam, żeby to było takie dobro luksusowe. Chciałam dawać tą radość, którą jestem w stanie dawać ludziom, właśnie takim normalnym rodzinom. I tak jak mój cennik sesji ślubnych szedł do góry – bo też na początku myślę, że nie wyceniłam się tak, jak powinnam, więc musiałam to korygować przez jakiś okres. Ale na przykład te sesje rodzinne u mnie były w tej samej cenie na początku, co na końcu. 

I chyba nadal nie mam żadnej palemki. Nie wydaje mi się. Zawsze powtarzam sobie takie jedno zdanie, które bardzo ładnie mnie szereguje w kontakcie z klientem. Zawsze mówię, że to ja jestem dla klienta. Przychodzi klient i ja staram się spełnić jego oczekiwania, dostarczyć mu to, czego on potrzebuje. To ja muszę kierować tym całym procesem, bo to ja jestem w nim doświadczona. Wielu ludzi pierwszy raz jest u fotografa, więc to ja muszę przejąć całą inicjatywę. I dla wielu osób takie postawienie sprawy właśnie, że to ja jestem dla nich, bardzo ładnie od razu porządkuje mi kwestię priorytetów. Sprawia, że w takiej sytuacji nie może mi odbić żadna palemka, tak? 

No tak, ale nie chodzi mi tutaj o jakieś gwiazdorzenie, ale czasami są takie sytuacje na sesjach, że klient sobie życzy jakieś ujęcie, które kompletnie nie pasuje do twojego stylu i wiesz – takie bycie dla klienta non-stop i na wszystkie jego zachcianki to też, nie wiem czy… 

Też niedobre. I ja to nazywam bańką komfortu u siebie. To znaczy, są rzeczy, które znajdują się w tej mojej strefie komfortu i które zrobię dla klienta bez żadnego problemu, jeżeli mnie o to poprosi. Oczywiście są rzeczy, które są poza tą moją strefą komfortu i z którymi po prostu czułabym się źle. Ale myślę też, że taki równy poziom portfolio na przykład też filtruje klientów, którzy przychodzą do nas. Nie przyjdzie ktoś do mnie, kto lubi – nie wiem – dramatyczne, wieloplanowe czarnobiele na przykład, bo ja jestem fotografem pastelowym, delikatnym, radosnym. Więc tutaj też poprzez pewną konsekwencję w budowaniu swojego stylu powodujemy, że ci ludzie, którzy przychodzą do nas wiedzą, dlaczego przychodzą.  

Może nawet nie tyle stylu, co pokazywania tego na zewnątrz w portfolio.  

Również – dokładnie tak, bo my robimy często różne rzeczy, ale nie wszystko musimy pokazać.  

Interesuje mnie ten temat podnoszenia cen, bo widzę, że nie doszacowałaś tej ceny – tej na fotografię ślubną. Jak to u ciebie wyglądało: to był drastyczny skok z roku na rok czy nawet z miesiąca na miesiąc?  

Na początku było tak, że jak dostałam pierwsze zapytanie ślubne – bo na początku w ogóle nie planowałam zostania fotografem ślubnem, chciałam się bardziej skupić na tej fotografi ślubnej, dziecięcej, ale świat już jest taki, że gdzieś tam nas pcha w nowe rejony co jakiś czas. Zrobiłam taki research na lokalnym rynku i fotograf uznawany wtedy w Olsztynie za najlepszego brał chyba 2200 zł za taki pełen pakiet z albumem, ze wszystkim. No to było już kilka solidnych lat temu. Więc stwierdziłam, że skoro ja jestem zupełnie nowa w branży, to nie mogę brać tyle, co najlepszy fotograf, tak? Ustaliłam swoją cenę na 1800 zł, ale szybko zobaczyłam, że to jest zdecydowanie za mało. Ja miałam politykę takiego stopniowego podnoszenia cen, czyli co pół roku mniej więcej podnosiłam o te 10-15%, czyli rocznie podnosiłam o około 25-30% ceny.  

Poza anteną powiesz mi nazwisko tego lokalnego fotografa – tutaj przyjąłem taką politykę, żeby nie mówić nazwiskami, ale interesuje mnie, kto tam był najlepszy w Olsztynie ileś tam lat temu.  

I dobrze. 

Wiesz, tak do annału sobie gdzieś tam piszę. 

Dobrze.  

Czyli podnosiłaś te swoje ceny aż dotarłaś do takiego punktu, gdzie poziom tej ceny dotarł do poziomu satysfakcjonującego ciebie?  

To znaczy on był właściwie już po dość krótkim czasie satysfakcjonujący, bo wydaje mi się, że jeszcze na tamte czasy, branie sobie 2500-3000 zł za ślub to są naprawdę dobre pieniądze i to były bardzo dobre pieniądze. Jeszcze pracując intensywnie – ponieważ znowu w fotografii ślubnej udało mi się tak samo, jak w dziecięcej wskoczyć w ten taki rytm pełnego obłożenia. Tak że ja pierwszy sezon ślubny rozpoczęłam w marcu i już miałam osiem ślubów w tym roku. W marcu był ten pierwszy pomysł na zasadzie, że zrobię jakiś ślub. A już każdy kolejny rok miałam pełne obłożenie. Tak sobie też ustaliłam, że nie robię więcej niż 20-25 ślubów rocznie. I tak tyle, ile sobie ustaliłam, że mogę, to tyle zawsze miałam.  

Tak że przy takim obłożeniu i takich cenach to są naprawdę dobre pieniądze i ja nigdy nie miałam takiego zgrzytu osobistego, że „Jezu, nie chce mi się, bo to, bo to… się nie opłaca na przykład”. Uważam, że z jednej strony pieniądze nie są dla mnie motywatorem – to nie jest ta siła napędowa, która mnie w życiu gdzieś tam pcha do przodu. Ale z drugiej strony, jeżeli ciężko pracujemy, to też musimy mieć świadomość tego, że dzięki temu po prostu stać nas na normalne godne życie – że mogę pojechać z dziećmi na wakacje, że mogę się cieszyć tym życiem, a nie martwić potem, jak od pierwszego do pierwszego zwiążę koniec z końcem. Więc jeśli chodzi o te ceny to jest takie moje dwutorowe myślenie, bo z jednej strony staram się na nich naprawdę nie skupiać, a z drugiej strony trzeba tak wszystko zorganizować – i myślę, że przemawia przeze mnie bardziej ekonomista w tym momencie – że jeżeli to jest praca, to po prostu musi się opłacać. 

To się zgadzam z tobą i myślę, że wiele osób, w tym też – podejrzewam – część słuchaczy gdzieś tam jest poniżej takiego poziomu opłacalności, ale nie będziemy tutaj wyrokować, jaki jest poziom opłacalności. Dla każdego pewnie będzie to inny. Każdy ma inną sytuację życiową. Ktoś tam ma jakiegoś bogatego męża, ktoś ma jeszcze inną pracę, więc nie wiemy.  

Oczywiście – ktoś wynajmuje studio, a ktoś ma na przykład w domu u siebie i nie ponosi kosztów tego, więc to wygląda naprawdę bardzo, bardzo różnie. 

Dokładnie. Tutaj mówimy ogólnie o takiej sytuacji, że ktoś traktuje fotografię jako takie stałe zajęcie, pełen etat i wtedy to się musi jakoś kalkulować. Naturalnie chciałbym przejść do takiego tematu o delegowaniu pracy. Rozmawialiśmy sobie przed wejściem na antenę, że do pewnych decyzji trzeba dojść i tak sobie pomyślałem, że jak ktoś jest tak obłożony pracą jak ty, to w tym momencie miałaś kiedyś taką myśl, żeby powierzyć komuś pracę nad obróbką?  

Oczywiście że to rozpatrywałam, bo była to naturalna konsekwencja ilości obowiązków, które miałam. Stanęło na tym, że obróbka jest integralną częścią mojej pracy. Jest tak samo kwestią mojej wizji, jak samo fotografowanie. Najczęściej naciskając spust w aparcie ja już wiem, jak chcę, żeby to zdjęcie wyglądało. Niestety nie byłabym w stanie wytłumaczyć komuś innemu tak zwanego „co autor miał na myśli”, więc byłoby to ciężkie. Miałam asystentkę, która zajmowała się takimi rzeczami, które są powtarzalne – które trzeba zrobić, trzeba na nie poświęcić czas, ale nie wymagają już takiej decyzyjności. Czyli na zasadzie: założyć galerię dla klienta, wysłać zdjęcia do druku, odebrać zdjęcia, zapakować, nagrać gdzieś tam na płytę czy pendrive i tak dalej. Tak że te rzeczy już później wykonywała u mnie asystentka i to już było spore odciążenie dla mnie. 

Natomiast obróbkę zawsze zostawiałam dla siebie, bo z jednej strony to jest kwestia wizji, a po drugie, szczerze mówiąc ja nawet lubię klikać, więc nigdy jakoś obróbka nie była dla mnie takim ciężarem. Właśnie bardzo doceniam w pracy fotografa taką harmonię tego, że z jednej strony jest to bardzo intensywny kontakt z ludźmi, bo wychodzę na sesję, spotykam nowych ludzi, muszę od razu bardzo szybko skrócić dystans, stworzyć tę atmosferę takiego zaufania i tak dalej. A z drugiej strony po tym intensywnym kontakcie z ludźmi wracam do domu, robię sobie kubek kawy, siadam przed monitorem i nikt mi nie przeszkadza i jestem sama w swoim świecie. To jest bardzo fajne, że z jednej strony jestem taka właśnie ekstrawertyczna, a z drugiej jestem introwertyczna, więc tutaj każda strona mojej osobowości ma swój kawałek dla siebie.  

A miałaś takie jakieś największe wyzwanie, które stało przed tobą, kiedy zaczęłaś pracować z ludźmi, z aparatem? Powiedziałaś o tym łamaniu dystansu i dla niektórych osób może to być kłopotliwe.  

Na pewno może być, bo w ogóle tak naprawdę kontakt z człowiekiem jest kłopotliwy – tak to można uznać, bo wymaga od nas bardzo wiele. Wymaga od nas wyczucia drugiej strony, wymaga często przełamania jakiegoś swojego własnego strachu, wymaga przejęcia inicjatywy i tak dalej. Natomiast ja może miałam o tyle łatwą sytuację, że jako szkoleniowiec prowadzący warsztaty dla naprawdę różnych grup – bo prowadziłam i na przykład dla wieloletnich bezrobotnych, zagrożonych wykluczeniem społecznym, prowadziłam dla pracowników dużych firm… To są naprawdę bardzo, bardzo różni ludzie. I to było elementem mojej pracy, żeby stojąc przed grupą dwudziestu takich osób potrafić przejąć inicjatywę, ukierunkować ich pozytywnie, fajnie do całej sprawy. Też uważam, że nie ma nauki, jeżeli nie ma do tego dobrej atmosfery. Nic nie da się na siłę człowiekowi do głowy wtłoczyć. On musi chcieć. Ale to jest moja rola, żeby on chciał. 

Tak samo podchodziłam do fotografii. Na identycznej zasadzie. Moją rolą na sesji było stworzenie takiej atmosfery i takie ukierunkowanie człowieka, żeby on chciał, żeby on się otworzył, żeby on chciał dobrze wyjść na tych zdjęciach. Tak że tutaj przełamywanie bariery z osobami, które „nie… ja tu nie… może ja tu sobie stanę w kąciku, a pani zrobi żonie z dzieckiem, a ja sobie tutaj zostanę”. Uważałam zawsze, że to jest moją odpowiedzialnością, żeby taką sytuację tak zmienić, żeby jednak wszyscy chcieli być na tym zdjęciu.  

A czasami na weselu są takie osoby, które się chowają. Też śledziłaś takie osoby? Chciałaś za wszelką cenę zrobić im zdjęcie czy raczej odpuszczałaś sobie? 

To znaczy tak: nikogo nie będę napastować. Jeżeli widzę, że ktoś ewidentnie po prostu nie chce, bo są takie osoby, to nie będę się narzucać. Ja myślę, że strasznie dużo drzwi można otworzyć uśmiechem. I naprawdę wydaje mi się, że jeżeli człowiek się fajnie uśmiechnie i jeszcze coś wesołego powie, to naprawdę przed takim uśmiechem się ciężko obronić, więc zazwyczaj nie miałam większych problemów.  

To można uśmiechem naprawdę najtwardsze serce skruszyć. Zgadzam się z tobą. 

Dokładnie tak. To jest najlepsza broń na świecie.  

Dokładnie. Słuchaj, powiedziałaś, że byłaś „marketingowcem-szkoleniowcem”. To cytat z tego, co powiedziałaś.  

Mhm. 

I w związku z tym mam takie pytanie, bo jako specjalista branży masz pewnie jakąś gotową odpowiedź, dlaczego wiele osób ma z tym problem? W sensie z marketingiem.  

Hmm… Dlaczego? Przede wszystkim tak: marketing jest strasznie szerokim pojęciem. W marketingu zobacz, co my mamy mówiąc „marketing” na myśli – mamy na myśli zarówno ustalanie ceny, jak i kontakt z klientem, kontakt taki sprzedażowy, bo na przykład ktoś wysyła nam zapytanie na maila i musimy coś fajne odpowiedzieć, więc tutaj jesteśmy postawieni w roli sprzedawcy. Potem jesteśmy postawieni w roli kogoś, kto oddaje materiał – to też jest bardzo ważny punkt programu. I tak naprawdę nas tego nikt nie uczy. 

My jesteśmy, jako fotografowie, wrzuceni w ten zawód, bo po prostu złapiemy aparat, jest to pasja, uczymy się fotografować, jeździmy na warsztaty, uczymy się panować nad światłem błyskowym, nad naturalnym i tak dalej. Natomiast prowadząc firmę – i myślę, że tu nie ma większej różnicy, czy my jesteśmy fotografami czy jesteśmy, nie wiem, grafikami czy dziergamy na drutach – ale decydując się na to, żeby zarabiać w ten sposób na życie jesteśmy postawieni w roli kogoś, szczególnie właśnie w małej firmie, jednoosobowej, takiego „wszystko w jednym”. Musimy i sprzedać, i się jakoś zareklamować, i jakoś się pokazać. A nie daj Boże zdarzą się jakieś obiekcje klienta, bo coś się podoba. A nie daj Boże będzie pytanie jakieś negocjacyjne, cenowe, czyli tak naprawdę lekka presja w kierunku obniżenia naszej ceny. I ludzie są w tym momencie bezradni, ale są bezradni bardzo często dlatego, że po prostu nikt nas tego nie uczy. Nie ma przedmiotu „prowadź swoją firmę” w szkole. Myślę, że stąd to wynika. 

No tak – duże tutaj zacofanie, jeżeli chodzi o program nauczania, ale może nie będziemy tego tematu poruszać. Powiedziałaś fajną rzecz o tym radzeniu sobie z reklamacjami tak zwanymi. To, jak się firma zachowa, też może zdecydować o opinii, którą później ma klient. Nie do końca możesz na przykład uzyskać satysfakcję klienta poprzez to, jak wypełnisz daną umowę, ale potem reagując fajnie na jakąś skargę czy reklamację możesz właśnie wygrać całą sprawę.  

Oczywiście, że tak. Ja uważam, że tak naprawdę, jeżeli pojawia się jakiś problem, jakaś obiekcja, to są dwie ważne rzeczy. Po pierwsze ja zawsze uznawałam, że poniekąd jest to moja wina. Nie dlatego, że ja dałam ciała gdzieś tam i rzeczywiście te zdjęcia są na przykład brzydkie. Tylko w zupełnie innym momencie. Tak jak wspominałam, ja zawsze uważałam, że jestem odpowiedzialna za cały ten proces. Jeżeli, załóżmy – ja akurat nie miałam takiego przykładu, ale często gdzieś spotykam to na grupach: „dlaczego ciocia w trzecim rzędzie jest nieostra?”. Jeżeli pojawiłby się taki problem to wyszłabym z założenia, że to ja nie wytłumaczyłam moim klientom, na czym polega mój styl. To znaczy, że nie zapoznali się wystarczająco z moim portfolio. 

I tak naprawdę, jeżeli prześledzimy różne problemy z klientami, to bardzo często można dojść do wniosku, że gdybyśmy im coś wcześniej powiedzieli na ten temat, gdybyśmy ich przygotowali inaczej, to mogłoby tego problemu w ogóle nie być. Tak że starałam się opracować sobie taki plan kontaktu z klientem – od pierwszego maila, do oddania materiału – który poprowadziłby go przez ten cały proces po prostu, jak za rączkę. Żeby nie było takich momentów, w których on jest pozostawiony sam sobie. Zawsze powinien znaleźć w nas wsparcie. Zawsze powinien znaleźć w nas odpowiedź na swoje pytania i wtedy takich problemów nie ma zazwyczaj.  

Wiesz co, ostatnio natknąłem się na Instagramie na taką technikę marketingu czy reklamy swoich własnych usług rodem z lat dziewięćdziesiątych. Było zdjęcie, że ktoś tam się zaręczył i fotograf skomentował, że „no piękny pierścionek, a przy okazji to zapraszam na mój fanpage – tam można wygrać sesję zaręczynową” i tak dalej. Co sądzisz o takim nachalnym marketingu? 

Zawsze byłam przeciwniczką takiego tak zwanego hard selling. Na przykład w Stanach bardzo jest popularna taka sprzedaż z presją. Czyli jeżeli na przykład sprzedajemy dodatkowe ujęcia, to sadzamy klienta na kanapie, mamy piękne wydruki i pytamy się go „chcesz to zdjęcie?”, a on mówi „nie”. To my je drzemy i do kosza. „Chcesz to zdjęcie?”. „Yyy… no dobrze, to to wezmę”, tak? To są takie metody wywierania wpływu w dosyć brutalny sposób. Ja nie lubię tego. Myślę, że mamy w dzisiejszych czasach taki natłok takiego mocnego marketingu… 

I myślę, że w ogóle taka mocna sprzedaż zrobiła bardzo złą reklamę samemu marketingowi jako takiemu. Część ludzi, słysząc marketing, już się wzdryga, bo mamy reklamy farmaceutyczne, bo mamy po prostu natłok tego wszystkiego wszędzie. Nawet nie można się obrócić, żeby nie wpaść na coś, co powinniśmy w tej chwili kupić. Tak że raczej starałam się swoimi metodami tak delikatniej, łagodniej… Wolałam zawsze, żeby to klienci do mnie przychodzili, a nie ja do klientów. Oczywiście są metody na to, żeby oni do nas chcieli przyjść. 

Tutaj w ogóle zawsze moim podstawowym, pierwszym pytaniem jest to, dlaczego klient w ogóle potrzebuje zdjęć? Dlaczego on do nas przychodzi? Po co klientowi są zdjęcia? I tutaj odpowiedź nie jest wcale taka jednoznaczna, oczywista i prosta, bo ludzie potrzebują zdjęć z bardzo różnych powodów. Oczywiście mogą potrzebować po prostu pamiątki. Ja to nazywam efektem stopklatki. Taką funkcję pełni fotografia, ale zdjęcie z telefonu komórkowego też spełnia tę funkcję. Więc oni przychodzą do nas z jeszcze innych powodów. Przychodzą, bo potrzebują się na przykład dobrze poczuć, bo na sesji będą tacy zaopiekowani, pięknie ich pokażemy i tak dalej. Przychodzą bo – nie wiem – koleżanka była, więc ona też chce. I tak dalej, i tak dalej. Te powody naprawdę można mnożyć i one zależą od typu osobowości człowieka. Teraz tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy zastanowimy się nad tym i będziemy wiedzieli czego ludzie od nas potrzebują i czego oczekują, to dopiero wtedy będziemy mogli dobrze spełnić te potrzeby. A jeżeli to zrobimy, to gwarantuję ci, że przyjdą też następni. 

Ale trzeba tutaj też podkreślić, że nie każdy klient jest dla ciebie. I takie hardkorowe sprzedawanie może skutkować tym, że przyjdzie do ciebie jakiś Zenon z Krystyną i okaże się, że to nie jest twoja para. I później same problemy… 

Dokładnie tak. Mi się zdarzyło raz jeden w życiu tak poprowadzić rozmowę wstępną, jak ja to nazywam, ślubną, że starałam się świadomie – nazwijmy to – nie zachwycić klientów, dlatego że w rozmowie poczułam, że to nie tyle nie ludzie dla mnie, co ja nie jestem dla nich. Jak opowiadali mi, jaka jest ich ulubiona fotografia i jaki rodzaj zdjęć… Właśnie zaczęli mi opowiadać o czarno-białych reportażowych i tak dalej, to ja już wiedziałam, że tutaj nie znajdziemy płaszczyzny porozumienia. Lepiej czasami sobie odpuścić niż robić potem coś – ja oczywiście starałabym się spełnić wtedy ich oczekiwania, ale to nie byłoby takie moje. To ja bym się naginała wtedy do nich i też nie byłoby to komfortowe. Tak że zdecydowanie lepiej mieć takich swoich, takich dopieszczonych, fajnych klientów, którzy oczekują ode mnie dokładnie tego, co ja mogę im dać. I wtedy to jest komfortowa sytuacja. 

Ale to też z czasem przychodzi, bo nie każdemu wychodzi to wszystko tak łatwo. Nie każdy ma bardzo dużo zapytań od samego początku. Też ja rozumiem taką sytuację, że ktoś ma mało zapytań i bierze wszystko, jak leci.  

Oczywiście, bo to są też kwestie finansowe, tak jak wcześniej wspominaliśmy, tak? No niestety, ale jeżeli prowadzi się firmę, płaci się ZUS, płaci się jeszcze jakiś na przykład wynajem, no to trzeba na to zarobić. I ja też oczywiście robiłam dużo rzeczy w swoim życiu – bardzo dużo różnych rzeczy – które niekoniecznie bym pokazała w portfolio, bo nie są spójne z moim stylem. Robiłam, nie wiem, zdjęcia budynków dla dewelopera i tak dalej, i tak dalej. To właśnie to, o czym też wspomniałeś wcześniej – niekoniecznie określa nas to, co robimy lub nie, ale określa nas to, co pokazujemy lub nie. Tak że zawsze starałam się spójnie budować swoje portfolio. 

Ja też myśle, że takie nawet wzbranianie się przed przyjmowaniem niektórych zleceń skutkuje tym, że pary cię jeszcze bardziej chcą. Pamiętam taki pierwszy moment, kiedy poczuliśmy – wtedy jeszcze fotografowałem z Kasią i rozmawialiśmy z jedną panną młodą – i stwierdziliśmy „to nie jest nasz typ”. Powiedzieliśmy jej, że raczej nie będziemy w stanie spełnić jej oczekiwań. No to ona dostała jakąś taką lampkę, że ona musi nas mieć. Nie wiem, czy to może być jakaś taktyka dla innych fotografów, jakaś podpowiedź, żeby spławiać pary, to jeszcze będą chciały was bookować bardziej.  

Limited edition. 

Ale tak to działa, nie? Że jak jest taki niedostępny produkt, to koniecznie musisz go mieć. 

Zdarzało mi się z kolei na przykład tak, że miałam zaplanowany jakiś urlop w jakimś czasie i właśnie informowałam parę, że właściwie to mam trochę inne plany na ten termin, ale najczęściej wiesz, jak się to kończyło – właśnie tak…  

Para przychodziła z butelką wina i negocjowali? 

Dokładnie. Poza tym to był też jeden z moim problemów – akurat tego się nie potrafiłam nauczyć. Zawsze byłam i chyba nadal jestem tak zwaną miękką bułą, czyli nawet przy pełnym, zabookowanym kalendarzu, jeżeli zgłaszali się na przykład moi stali klienci albo przyjeżdżał ktoś z zagranicy i mówił, że jest tylko tydzień w Polsce, i ja już naprawdę wiedziałam, że nie mogę nikogo wciskać w kalendarz, ale zawsze jednak wciskałam. I tego się nie nauczyłam, bo zawsze jakoś – nazwijmy to – dobro drugiego człowieka, jeżeli on mnie tak prosił i prosił, było dla mnie ważniejsze niż potem te zarwane nocki przy obróbce. I to też powodowało, że byłam właśnie strasznie, strasznie zapracowana.  

Czyli przyznajesz się teraz publicznie, że da się wziąć ciebie pod włos. W związku z tym zastanawiam się – skoro tak szumnie ogłosiłaś, że już nie robisz zdjęć ślubnych, no to, dajmy na to, przyjdzie jakiś czarujący młodzieniec, taki jak ja i będzie chciał ciebie namówić na reportaż ślubny. No i co wtedy? 

To znaczy to jest trochę tak, jak z niejedzeniem czekolady. Jak mi lekarz kiedyś powiedział, że powinnam ograniczyć czekoladę, to co ja zrobiłam? Ponieważ nie potrafię ograniczyć, to stwierdziłam, że ja nie jem słodyczy w ogóle. Łatwiej mi jest z czymś zerwać kompletnie niż ograniczać, bo ta granica jest wtedy dla mnie tak niewyczuwalna, że w zasadzie trochę w tą, trochę w tamtą i za chwilę wracam na stare tory. I dlatego właśnie postanowiłam zerwać w ogóle z przyjmowaniem zleceń, bo stwierdziłam, że nie dam rady ograniczać, po prostu nie umiem.  

Natomiast nie mówię też „nie” i nie mówię, że całe życie nie będę fotografować. Być może za dwa, trzy lata na przykład odpocznę albo zobaczę jakąś inną ścieżkę rozwoju. To co jest najważniejsze – ja fotografować nadal kocham. Uwielbiam aparat i uwielbiam to, jak świat wygląda przez wizjer. I łapiąc aparat przestaje się dla mnie liczyć to, że jestem zmęczona, że coś mnie tam na przykład boli, że jestem niewyspana. To w ogóle przestaje mieć kompletnie znaczenie, bo ja wtedy zaczynam widzieć świat tym jednym okiem, a to drugie jest przymknięte i w ogóle pół świata nie ma.  

Tak że jeżeli coś znowu we mnie drgnie takiego, że postanowię, że jednak fajnie byłoby do tego wrócić, to oczywiście wrócę. Natomiast w tej chwili nie robię wyjątków i rzeczywiście żadnych zleceń nie przyjmuję.  

Okej, to rozwińmy może ten wątek, jak to było z tym zerwaniem z tym nałogiem fotograficznym. Miałaś jakieś objawienie?  

Trochę tak. To znaczy to było tak, że zaczęłam czuć się coraz bardziej zmęczona i gdzieś tam zauważyłam w sobie, że mam takie chwile zawahania, że ta fotografia już nie daje mi takiej radości i to nie jest to, co było na początku. I zaczęłam się martwić, i tak naprawdę nawet się przestraszyłam, że ja przestaję lubić fotografować – że się wypaliłam. I tak sobie z tą myślą troszeczkę funkcjonowałam. Natomiast pamiętam dokładnie: to było po ślubie, który miałam w Warszawie – obudziłam się rano w hotelu, w pustym pokoju hotelowym, który, jak wiesz jest pusty i niewdzięczny, i nieprzytulny. A był to dokładnie dzień moich urodzin do tego wszystkiego. I pomyślałam… 

Dodajmy, że osiemnastych. 

Tak, tak – prawie… Nie wiem czemu zaczęłam myśleć o swoim dziadku wtedy i pomyślałam sobie, że on fotografował na zupełnie innych zasadach. To znaczy on jako artysta nie fotografował pod klienta. I nie fotografował z presją czasu, tylko najpierw sobie robił zdjęcia – wtedy kiedy chciał i jakie chciał. Chodził po tych górach, jak coś zrobił to dobrze, jak nie zrobił to niedobrze, ale też się nic nie stało. Co prawda to się wiązało z tym, że potem albo sprzedał, albo nie sprzedał. Ale jednak dawało się. Miał zdjęcia w National Geographic. Jego kampania na przykład „Mazury: siódmy cud natury”, którą chyba wszyscy znają, bo była i w Brukseli, i tak dalej, to właśnie jego zdjęcia.  

I pomyślałam sobie, że ta wolność, która jest związana z kreacją wtedy, kiedy chcesz i jak chcesz, jest niesamowita. Pomyślałam sobie: „Jak tak właśnie chcę fotografować – chcę fotografować spędzając na tym tyle czasu, ile będę chciała. Jeżeli będę chciała porobić ludziom zdjęcia, poznać ich, pojechać do nich… I nie chcę fotografować z tak zwaną list must have w głowie. My idąc na ślub wiemy, że lubimy mieć zakładanie obrączek, panna młoda zakłada buta i tak dalej. To jest bardzo w porządku. Potrzebujemy takiego szkieletu, dlatego, że ci młodzi ludzie, którzy biorą ślub, dla nich to jest ich pierwszy ślub i oni mają pewne swoje naturalne oczekiwania. Ale z drugiej strony ja jako twórca w pewnym momencie stwierdziłam „dlaczego ja mam stać tutaj i robić akurat to zdjęcie, skoro akurat z tyłu za mną dzieje się coś innego, i ja chciałabym być tam?”. 

I pomyślałam sobie, że właśnie taka fotografia, bez nałożonych tych sztywnych oczekiwań, przywróci mi tą moją dziecięcą radość patrzenia na świat. I tak sobie właśnie pomyślałam… Pomyślałam sobie „rety, właściwie to ja mogę to zrobić”. Właściwie najbardziej taką często naszą niemocą, taką bezsilnością jest, jeżeli usłyszymy w głowie głos, że się nie da – „no dobrze, fajnie by było, ale właściwie to nie mogę”. A ja stwierdziłam „a dlaczego nie mogę? Dlaczego nie mogę stwierdzić, że przestaję to robić?”. I tak właśnie stwierdziłam. I tak to było. 

Pamiętam ten twój film, który – nie wiem – można nazwać mianem virala, który gdzieś tam krążył po internecie. Różne profile się nim dzieliły i też przykuł moją uwagę. Wysłuchałem tego twojego… Nie wiem, jak to nazwać? 

Wyznania… 

Wyznania wiary – tak to ujmijmy. I zainteresował mnie ten temat takiego odwiedzania ludzi i mieszkania z nimi przez jedną dobę, i fotografowania tego życia takiego, jak jest. Nie takiego cukierkowego, nie ułożonego, nie takiej ingerencji, którą robimy odwiedzając kogoś w dniu ślubu, że na przykład leży sobie skarpetka na dywanie, to butem ją przesuniemy czy jakąś inną częścią. I zawsze byłem takiego zdania, że fotografia oczywiście kłamie, ale w przypadku fotografii ślubnej kłamie na plus. Widzi tę samą rzeczywistość, natomiast przedstawia ją w trochę lepszym świetle i to już zupełnie inaczej wygląda. W związku z tym jestem ciekaw, jak to wyglądało w twoim przypadku, kiedy odwiedzałaś tych ludzi. I co – leżała na skarpetka i ona była na tym zdjęciu czy jakoś inaczej? 

Tutaj jest tak: ja temat zrobienia tych zdjęć, jeżdżenia do ludzi, sobie zaplanowałam na wiosnę tego roku, ponieważ musiałam pozamykać wszystkie swoje fotograficzne sprawy. No bo to, że ja postanowiłam, że nie będę brać więcej zleceń, to nie oznacza, że ja ich nie miałam. Jak wiesz, podpisujemy swoje umowy z rocznym, dwuletnim wyprzedzeniem, więc nawet teraz jeszcze robię zdjęcia ślubne. Oczywiście planowałam, że od wiosny tego roku będę miała więcej czasu. Oczywiście to się nie stało – jeszcze.  

Tak że tak naprawdę ten temat jest jeszcze przede mną. Natomiast mam całą listę ludzi, którzy chcą, żebym ich odwiedziła. Muszę do tego usiąść, zrobić plan, mapkę. Natomiast wiem zdecydowanie, jak chciałabym, żeby to wyglądało. Sama jestem mamą i wiem, jakie zdjęcia są dla mnie najcenniejsze – jakie zdjęcia moich dzieci. I to nie są wcale te takie ustawiane, pozowane, gdzieś tam… 

W koszyku? 

Tak jest. No właśnie – albo w koszyku, albo jak są już starsze na własnych dwóch kończynach to „tu stań i się uśmiechnij”. Dla mnie najcenniejsze są te zdjęcia, które pokazują takie prawdziwe chwile bliskości. Gdzieś tam, gdzie moje dzieci się na przykład spontanicznie zupełnie do siebie przytulą albo – nie wiem – moja córa pomaga młodszemu wkładać skarpetkę na nogę. I jest w tym tyle czułości i opiekuńczości, że to są najważniejsze wspomnienia. I właśnie takie rzeczy chciałabym dokumentować. A takich rzeczy na sesjach na przykład nie zobaczymy, bo jeżeli nie uczestniczymy w tym normalnym życiu, to niestety te normalne chwile nas omijają. A myślę, że są najprawdziwsze i najcenniejsze.  

A nie myślisz, że ludzie się będą czuć jakoś skrępowani twoją obecnością? 

Właśnie dlatego chciałabym, żeby to nie było tak, że wpadam na godzinę do kogoś, bo wtedy na pewno. Chciałabym przyjechać wcześniej, najpierw usiąść, zjeść z nimi śniadanie, wypić kawę, potem pójść na spacer, postrzelać jakieś foty, a potem tak naprawdę wrócić do domu, zjeść obiad, a potem posłuchać jak czytają dziecku bajkę na dobranoc. I myślę, że w pewnym momencie po prostu siłą rzeczy zaczną traktować mnie jako swojego gościa, a nie fotografa.  

Ja właśnie też podobną stosuję technikę, przychodząc nawet na ślub, że nie wyjmuję nawet od razu aparatu. Też tak robiłaś w czasie swojej aktywności ślubnej? 

Ja dlatego bardzo lubię fotografować śluby z przygotowaniami. Jak jestem od rana z panną młodą i poznaję jej mamę, tatę, siostrę i psa, który biega, i jestem z nią potem u fryzjera i gdzieś tam – to zupełnie inaczej i oni się potem przy mnie czują, i ja w związku z tym jestem inaczej odbierana w tym otoczeniu. Dużo trudniej jest mi się odnaleźć, jeżeli na przykład spotykamy się dopiero pod kościołem – no to dobrze, wybija punkt szesnasta i się zaczyna ceremonia. Tak że zawsze gorąco zachęcałam pary do brania tych pakietów właśnie z przygotowaniami. Super tutaj funkcję też pełni sesja narzeczeńska. Jeżeli też możemy się wcześniej poznać i oni widzą, jak to wszystko wygląda – że to nie jest strasznie, że w zasadzie to jest śmiesznie i wesoło, i przyjemnie. I nie wracają umęczeni do domu. To po prostu wszystkim lepiej się wtedy pracuje. 

No właśnie – wymieniłaś tę sesję narzeczeńską. Myślę, że to jest właśnie killer – już użyję tego cudzoziemskiego sformułowania, za które pewnie dostanę baty od językoznawców z grupy naszej facebookowej. Natomiast właśnie to takie spotkanie na sesji narzeczeńskiej powoduje to, że już nie przychodzi na ślub fotograf, tylko przychodzi Paulina albo Jacek, albo ktokolwiek inny, kogo oni znają.  

Dokładnie tak. Bo nie dość, że z nami wcześniej już pracowali i na przykład ja zawsze, jak pracuję tak plenerowo z ludźmi, to mam do nich kilka takich próśb, żeby nam się fajnie pracowało, więc oni wtedy już wszystko wiedzą o tym, jak to wygląda. To po pierwsze. A po drugie, to już widzieli zdjęcia z sesji narzeczeńskiej, więc zdobywam wtedy zaufanie ich jako fotograf, bo wiedzą, że te zdjęcia wyglądają trochę inaczej niż oni widzą świat. Więc pod tym względem też jest łatwiej, bo mam ich większe zaufanie od razu, jeżeli chodzi o efekt.  

Tu jest jeszcze jedna kwestia, o której się rzadko mówi – że klienci, którzy decydują się na danego fotografa, oglądają jego portfolio, ale tak naprawdę to są inni ludzie przedstawieni na tych zdjęciach. A każdy ma taką obawę „czy ja na pewno dobrze wyjdę” u tego danego fotografa. I wtedy to jest taki punkt przełomowy. 

Dokładnie tak. Tak naprawdę tutaj przecież fotografię możemy nazwać takim kotem w worku, bo to jest usługa taka sama, jak – nie wiem – u fryzjera. I to, że ktoś inny w tej fryzurze ładnie wygląda, to nie oznacza, że będzie świetnie też i u mnie. Więc ja rozumiem tą niepewność, która towarzyszy klientom i staram się na każdym etapie – to jest to, o czym wspominałam, że mam taki cały swój proces – na każdym etapie staram się ich wspierać, bo tak naprawdę oni nie wiedzą, jakie będą efekty naszej współpracy. 

Natomiast bardzo pomaga mi takie stwierdzenie – ja zawsze mówię: „słuchajcie, oglądaliście moje portfolio i widzieliście te wszystkie pary na zdjęciach”. I pytam się jakie na nich zrobiły wrażenie te pary, ci ludzie – nie zdjęcia? I oni mówią „o Jezu, oni wszyscy tak pięknie pozują, tak ładnie i tak w ogóle”. A ja mówię im wtedy – co jest zupełnie zgodne z prawdą – „słuchajcie: ci ludzie siedzieli tutaj na tej samej kanapie przed wami jakiś czas temu i mówili dokładnie te same rzeczy, czyli, że nie potrafią pozować i że nie przepadają w ogóle za byciem fotografowanym” i tak dalej, i tak dalej. I mówię „zobaczcie, jak to wyszło na końcu – spokojnie, tak naprawdę to jest wszystko do zrobienia i my to zrobimy”.  

Czyli pomagasz też parom. A słuchaj: pomagasz parom, ale pomagasz też fotografom. Wiem, że prowadzisz grupę na Facebooku, która zajmuje się właśnie rozwiązywaniem pewnych problemów, które ludzie zgłaszają.  

Rozwiązywaniem problemów to jedno – ja nawet chciałabym zrobić coś więcej. Chciałabym przygotować fotografów… Właśnie to, o czym mówiliśmy, że pewne rzeczy sprawiają kłopot, bo nie jestesmy tego nauczeni. Ja mam delikatną ambicję ich tego nauczyć, ponieważ mam już i swoje doświadczenie w byciu fotografem, i swoją wiedzę wynikającą z marketingu. I myślę, że fajnie to wszystko można połączyć, bo ja czytam – czytam na tych wszystkich forach, grupach, z jakimi problemami się borykają ludzie. Czytam i widzę, że na te problemy są rozwiązania. Tylko najczęściej jest tak właśnie, że nawet jeżeli jest jakiś wątek z pewnym problemem i my go rozwiążemy, to najczęściej tak naprawdę problem leży zupełnie gdzie indziej. Do tego problemu trzeba by się przygotować wcześniej. Na przykład brak był jakiegoś ogniwa po drodze, dlatego ten problem w ogóle wypłynął. 

Ja bym chciała od A do Z pewne rzeczy przedstawić. To, jak obsługiwać klienta. To, jak wyceniać usługi. To, jak szanować nasz czas pracy, jak szanować nasze pieniądze. Jak stworzyć firmę, która nie dojść, że oddaje piękne zdjęcia, ale jest fajną, przyjazną i opłacalną firmą. To właśnie, o czym też mówiliśmy – z jednej strony fajnie, to jest nasza pasja, ale jeżeli chcemy, żeby to była nasza praca również, to bilans musi być na plus. Inaczej przyjdzie rozgoryczenie. Też widzę takie przykłady, że ludzie zamykają działalności z tej racji, że im się to po prostu nie opłaca.  

No tak – nikt nie jest Matką Teresą wśród fotografów.  

Dokładnie. I stąd właśnie taki mój zamysł tej grupy „MARKETING dla fotografów”. Staram się tak cyklicznie podrzucać pewne tematy do dyskusji, do pozastanawiania się, i pokazać, że czasami to wygląda różnie z różnych punktów widzenia. Chociażby właśnie rozmawialiśmy na samym początku o tym, po co klientowi są zdjęcia i tutaj to są bardzo ciekawe rozmowy. Natomiast ogólnie w planach mam i myślę, że już ten podcast mnie pewnie do tego zmobilizuje – mam w planach zrobienie live’ów takich i przelecenie warsztatowo po prostu po pewnych tematach, żeby sobie ludzie mogli usiąść i posłuchać. 

Z tym że też będę musiała z góry zastrzec, że to jest mój punkt widzenia. Tych marketingów – że się tak brzydko wyrażę – też jest dużo. Jest dużo różnych metod i sprzedaży, i kontaktu z klientami. Ja mam jakieś swoje wyrobione zdanie na ten temat, jak lubię, żeby to wyglądało, jak nie lubię, żeby to wyglądało. Tak że ja będę przedstawiać swój punkt widzenia i ktoś może się z nim zgadzać albo nie, ale i tak myślę, że będzie to wartościowe. 

Tak, są pewne narzędzia, których się używa i to wszystko w tym worku marketingowym mieści. A zapytam tak troszeczkę może z innej strony. Nie wiem, czy się zgodzisz, ale jak dla mnie jesteś liderem opinii w tym środowisku. Masz swoją grupę, dosyć dużo followersów – znowu cudzoziemskie pojęcie. Czujesz w związku z tym pewien stopień odpowiedzialności za tych ludzi?  

To jest trudne pytanie. 

Dziękuję! 

Lubię internet. Lubię to życie właśnie na grupach na Facebooku, ponieważ Facebook kiedyś bardzo mi pomógł. Ja też uczyłam się mnóstwa rzeczy, właśnie czytając, rozmawiając z ludźmi, czytając o problemach innych ludzi – bo dobrze jest się uczyć na czyiś problemach, a nie na swoich. Facebook kiedyś mi pomógł. Ja się z tymi ludźmi bardzo zżyłam. Stworzyłam m.in. grupę Aparatki, do której teraz należy tam ponad sto dziewczyn z całej Polski i która jest taką grupą zamkniętą. Mamy swoje spotkania, zloty, zjazdy i tak dalej. Jest to świetna społeczność i daleko wykracza w tej chwili już poza tematy fotograficzne. To jest po prostu grupa przyjaciółek teraz. Ale mam też grupę Marketing. Bardzo się aktywnie udzielałam na grupie Caffe Akademii Fotografii Ślubnej i tak dalej. Ja po prostu tych ludzi lubię, więc staram się pomagać na tyle, na ile mogę. I czuję się za nich odpowiedzialna na tyle, na ile się czujemy odpowiedzialni za znajomych. Jeżeli ktoś ma jakieś kłopot, to nie jest to z mojej strony na zasadzie „a, no dobra tam Kowalski miał wtopę”. Tylko jeżeli widzę, że Kowalski miał wtopę, a wiem, co można w takiej sytuacji zrobić, to po prostu piszę.  

Wiesz co jest fajne ogólnie w tych grupach fotograficznych, które dla mnie są pewnym przedłużeniem życia forów – takich, które były popularne na początku lat gdzieś 2001 czy nawet w latach dziewięćdziesiatych. Teraz tę funkcję przejęły grupy. Ty tworzysz grupę i tam pojawia się jakiś problem, i to nie jest tak, że ty za każdym razem rozwiązujesz ten problem. To już ta społeczność – ona pracuje już dla ciebie. Oni sami sobie rozwiązują te problemy, sami gdzieś tam piszą. Ja też to obserwuję na mojej takiej ukrytej grupie uczestników warsztatów. Wiesz, nawet nie zdążę otworzyć tego wątku, bo tam się coś pojawi, a tam już jest odpowiedź od ludzi, którzy byli nawet na innej edycji. Oni sobie tam pomagają sami – to jest fenomenalne.  

Ta wymiana doświadczeń jest w ogóle czymś rewelacyjnym. Ja, jak jeżdżę na warsztaty, czy to jako uczestnik czy jako prowadzący, to zawsze mówię, że z jednej strony uczymy się oczywiście od prowadzącego. Jesteśmy na tych zajęciach, słuchamy – słuchamy jego doświadczeń, metod pracy, ale jednocześnie jest też grupa i te interakcje w grupie pomiędzy uczestnikami są fantastyczne. Ja na przykład pamiętam, że jedną z najważniejszych rzeczy dotyczących fotografii, a konkretnie ułożenia dłoni – zwracania uwagi na dłonie w portrecie – nauczyłam się tak naprawdę nie od prowadzącej warsztaty, ale nauczyła mnie tego moja współtowarzyszka warsztatów. Więc bardzo często jest tak, że to ci ludzie, którzy są dookoła nam pomagają i rozszerzają nasze horyzonty.  

Dokładnie, to jest fantastyczne. W ogóle robienie sobie takich kontaktów w branży i nie tylko poprzez widzenie tych avatarów, tylko wyjście gdzieś poza ten teren. Tak że my może tutaj nie jesteśmy dobrym przykładem, ja i ty, na podstawie tej naszej interakcji, że mieszkając blisko, zamiast się spotkać, to nie – umawiamy się na wieczne niespotkanie. Ale też tutaj wykorzystując chwilę zachęcam tych ludzi, którzy mają taką okazję, że jak ktoś mieszka blisko, to po prostu umówić się na tę kawę, spotkać się, pogadać. Nawet tak, jak ty mówisz o tej swojej grupie Aparatki, że tam nie gada się tylko non-stop o fotografii, bo kiedyś trzeba z tego tematu zejść, tylko po prostu o dzieciach, o psach.  

Dokładnie. Tym bardziej, że my jako fotografowie mamy częssto podobne problemy pozafotograficzne, bo właśnie ta praca czy ciągłe wyjazdy, czy konieczność podziału tego czasu na fotografowanie, ale potem obróbkę, praca w domu – to są tematy, z którymi większość z nas ma do czynienia i można się tymi doświadczeniami podzielić. Ja na tej swojej grupie Marketing… Też był temat dotyczący pracy w domu. Do osób, które pracują w domu. Zasady, żeby w domu można było skutecznie pracować, bo to nie jest wcale proste.  

Widzę, że nam czas delikatnie ucieka, a jeszcze jest taki temat dosyć gorący – nie wiem – może z mojej perspektywy. Natomiast chodzi mi o tę taką chwilę, kiedy kończysz z fotografią czy oficjalnie ogłaszasz taki rozbrat. Nie wiem, czy to jest na stałe – może na jakiś tylko czas, ale w pewnym momencie, jeżeli rezygnujesz z tego źródła dochodu, to musisz sobie zapewnić inne finansowanie. I chciałbym cię zapytać o tą twoją działalność pozafotograficzną? 

No tak, ja nie mam bogatego męża ani cioci w Stanach, ani nic takiego, chociaż były też takie podejrzenia. Jak powiedziałam, że rzucam fotografię, to zaraz było, wiesz: „aaa, w głowach się poprzewracało – pewnie ma bogatego męża”. A tu nic z tego. Ja muszę sama zarobić na swoje utrzymanie. 

Gdzieś tam mi się po drodze urodził sklepik internetowy. I on tak sobie funkcjonował na boczku przy mojej działalności fotograficznej. Wyobraź sobie, że na początku robiłam wszystko sama, to znaczy sama przyjmowałam zamówienia, pakowałam, oklejałam tymi tasiemkami wszystkimi ślicznymi, szłam na pocztę, wysyłałam, odpowiadałam na maile, robiłam dostawy. No i jeszcze oczywiście intensywnie pracując jako fotograf dawałam radę to wszystko sama robić. Sklepik tak zaczął, wiesz, galopować w zasadzie – tak bym to powiedziała. Zaczął się rozwijać ładnie. I w tej chwili oczywiście już nie robię tego sama, mimo że już nie fotografuję i mam więcej czasu. Zatrudniam kilka fajnych dziewczyn, z którymi współpracuję i tak naprawdę tworzymy zespół w tej chwili już.  

I to jest tak: sklepik daje mi ogromną radochę i frajdę, bo z jednej strony nadal robię coś kreatywnego. Po drugie, nie wyszłam z branży. Nie pozostawiłam tych moich znajomych ludzi – mam dalej do czynienia z tą samą grupą, bo to jest sklep dla fotografów. Daje mi ogromną radochę, bo mamy tak pozytywny feedback, że jak ja czytałam maile od naszych klientów, to naprawdę nie sposób się nie uśmiechnąć. Mogłabym tutaj naprawdę cytować, cytować i cytować, co ludzie do nas piszą, ale wystarczy wejść na fanpage Did Shopu i zobaczyć. Tak naprawdę swoją zarówno tę energię kreatywną, jak i czasową, włożyłam w rozbudowę i rozwój sklepu. A jednocześnie on mi pozwala się z tego właśnie wszystkiego utrzymać nie fotografując. 

Tak że, jak to mówią, czas to pieniądz i to, w co my angażujemy swój czas i wysiłek też powinno nam się zwracać właśnie finansowo, jeżeli robimy to zawodowo.  

Ale troszeczkę się zdekonspirowałaś, bo powiedziałaś wcześniej o tej kobiecej intuicji, jak to się dzieje – że wszystkie decyzje dzięki tej intuicji, a tu widzę, że to jest, kurczę, takie chłodne kalkulowanie, takie przygotowywanie gruntu przed tym, co może nadejść.  

Wiesz co, ja myślę, że ten sklepik dał mi ten komfort właśnie w momencie, gdy się obudziłam i stwierdziłam, że chciałabym fotografować, ale bez tej presji. To po prostu sklepik był czymś, co pozwoliło mi podjąć tę decyzję, bo gdybym nie miała innego źródła utrzymania to musiałabym się pięć razy zastanowić „okej, ale co teraz? Albo wrócę na etat…”, chociaż ja prawie nigdy nie pracowałam na etacie – raz kiedyś może. Natomiast, wiesz, po prostu musiałabym podjąć jakieś inne decyzje. Natomiast sklepik pozwolił mi bezboleśnie przełożyć ten mój wysiłek w inny kanał.  

W ogóle ze sklepikiem też była śmieszna sprawa, bo tak samo jak nigdy nie planowałam bycia fotografem, to tak samo nigdy nie planowałam bycia – nie wiem kim – sklepikarzem?  

Sklepikarzem, tak.  

Albo sklepikową. Też nie planowałam. I to było tak, że ja ileś tam lat temu jako fotograf stwierdziłam, że nie mam w co zapakować swoich zdjęć, bo pudełka na zdjęcia, które były, żeby były ładne, kosztowały 50 zł, a przy sesji rodzinnej, która nie jest drogą sesją, gdybym chciała tak zapakować ludziom zdjęcia, to musiałabym po prostu podwyższyć ceny sesji. A przy mojej filozofii tych cen, o której już wspominałam, że nie chciałabym, aby były drogie, po prostu nie chciałam tego robić, więc musiałam szukać innych rozwiązań. 

No i szukałam, szukałam, nic nie było ciekawego kompletnie. Wymyśliłam sobie pudełko z okienkiem i zderzyłam się ze ścianą, bo ja blondynka chciałam tych pudełek… No ile ja mogę rocznie zużyć takich pudełek? Nie wiem, pięćdziesiąt, sto? I wszędzie, gdzie pisałam z prośbami o wyceny, to uzyskiwałam odpowiedź „okej, możemy wykonać takie pudełko według pani projektu, ale… paletę”. No i stwierdziłam, ja – blondynka, optymistka, marzycielka i w ogóle – mówię „no to skoro tylko paletę mogę zamówić, mniej nie, to dobra, to jedziemy, zamawiam paletę, coś z tym zrobię”. I tak się zaczęła historia sklepiku. 

Ja pamiętam, że wrzuciłam zdjęcie prototypu na Facebooka i zapytałam się moich znajomych fotografów „słuchajcie, mam taki pomysł, mam takie coś – czy jesteście zainteresowani?”. I ruszyłam z przedsprzedażą. Międzyczasie mi kroili te pudełka, tę paletę. I słuchaj, jak paleta do mnie przyjechała, a trwało to mniej więcej tydzień czy ileś, to ja miałam już sprzedane wszystkie pudełka z tej palety i już musiałam dzwonić, zamawiać drugą. Tak że okazało się, że to był strzał w dziesiątkę, że ludzie potrzebują niedrogich, ale ładnych rozwiązań. Czegoś, co byłoby solidne, a nie rujnowałoby kieszeni. I wiesz, zaczęło się od tych śmiesznych pudełek, a skończyło tak naprawdę na całym sklepie, gdzie po prostu jest wszystko do zapakowania. Tak że znowu taka historia, która wyszła niechcący. 

Taka przy okazji. No to jeżeli ktoś jest zainteresowany, co tam jeszcze w sklepiku Pauliny, to zapraszamy. Adres będzie w opisie odcinka podcastu. I co? Wydaje mi się, że tym tematem możemy podsumować ten cały odcinek. Dzięki Paulina za wizytę! 

Dzięki. 

I myślę, że jeżeli będziecie mieli pytania do Pauliny, to ona jak zwykle chętnie odpowie i pomoże – już w dyskusji na grupie.  

Dziękuję bardzo w takim razie. 

Leave A

Comment

13 lipca 2017
Już odpalam :)
Odpowiedz
13 lipca 2017
1
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Chyba jednak byłem szybszy 😀
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Przy pierwszym wyświetleniu nie ;) ale co to za różnica :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    pfff.. a Jacek Marek Siwko słyszał przed Wami :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    hueee hueee masz rację Paulina ;)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Ok wygrałeś 👏😀
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    ;)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
3 :)
Odpowiedz
13 lipca 2017
wiiii odpalam:)
Odpowiedz
13 lipca 2017
robię kanapki i jedziemy :)
Odpowiedz
13 lipca 2017
Kto klika lubię przed wysłuchaniem ? :D :D
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Ja 😀😀😂
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    W przypadku tego odcinka można śmiało to robić, Paulina Drozda jest świetna :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Można zawsze potem odklikać albo zmienić na "wrrr" 😂
    Odpowiedz
13 lipca 2017
A właśnie włączyłem sobie Tool-a do słuchania :D
Odpowiedz
13 lipca 2017
Skończę Szustaka i odpalam :)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Nie wykańczaj mnie Piotr Hołowienko :))
    Odpowiedz
13 lipca 2017
A ja na weselu... :( będę słychać jutro.
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Zbigniew Waligórski tak wcześnie zaczynasz?
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Jacek Marek Siwko Tak wyszło, o 9 przygotowania żeby o 13 startować do kościoła. To i tak jest fajna godzina. Wiele śląskich wesel jest w kościele już o 11.00 wtedy fotograf zaczyna pracę o 6.00 :)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Jak ten czas ucieka... znów czwartek :D
Odpowiedz
13 lipca 2017
Idealnie do edycji :)))
Odpowiedz
13 lipca 2017
Na ten podcast czekałam! :D
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Paulina Cieślak koniecznie podziel się swoją refleksją po wysłuchaniu :)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
uwielbiam już słuchamm :D
Odpowiedz
13 lipca 2017
Ooo jak z Paulina Drozda to na pewno będzie super! :D
Odpowiedz
13 lipca 2017
N a r e s z c i e! <3
Odpowiedz
13 lipca 2017
Paulina Drozda a jaka to grupa, ta dotycząca marketingu dla fotografów? :)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    MARKETING dla fotografów :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Dokładnie tak :) Zapraszam serdecznie, tylko plis, plis dawajcie linki do stron/fanpagy bo weryfikuję członków. We wtorek ruszamy z pierwszym marketingowym livem :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Paulina Drozda już wysłane! :) dzieki
    Odpowiedz
13 lipca 2017
przesłuchane! czekałam na to. :D <3 Paulina - masz bardzo przyjemny głos!
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    dziękuję :* Ja jeszcze samej siebie nie słuchałam, bo się wstydzę ;)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Paulina nie ma czego! super wyszło i patrząc na to, jak bardzo jesteś ogarnięta (grupy, foto, sklep), uderza mnie w tej rozmowie, że brzmisz jak taka przystępna, "normalną" i skromna osoba. :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Kinga Madro hahah, uwierz, że "normalnym" osobom też może się udać :) Wstaję rano, robię dzieciom placuszki, potem kanapki do szkoły.. Toczę zupełnie normalne życie, w którym dodatkowo dbam o to żeby było - nazwijmy to najszerzej - dobre :)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Super podcast! Dzięki <3 A produkty uwielbiam <3 I znów pojawia mi się pytanie :D Jak godzisz tą pracę z dziećmi? Pracujące mamy to dla mnie osoby, które podziwiam ogromnie!
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Przeszłam przez różne etapy - od pracy w domu, poprzez pracę w studio, aż z powrotem do pracy w domu :) Teraz moje dzieciaki są już w wieku szkolnym, więc właściwie w godzinach pracy są w szkole. Ale fakt - nie zawsze było prosto, stąd też pewne moje decyzje - by odzyskać część czasu dla rodziny, bo potem już tego nie odzyskam..
    Odpowiedz
13 lipca 2017
"Zamawiam paletę, coś z tym zrobię." :) :) :) heheh dobra Paulina Drozda
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    jak zawsze niepoprawna optymistka :) Jak coś- to miałabym zapas jeszcze na 3 lata :D
    Odpowiedz
13 lipca 2017
bardzo fajna rozmowa :) Paulina, Ty jesteś obecna w moim fotograficznym świecie od samego początku - pamiętam, że Twoja pierwsza grupa (chyba właśnie Aparatki?) pomogła mi ogromnie, kiedy otwierałam firmę i zaczynałam. Szkoda, że nie publikujesz już tak często zdjęć - trochę nam chyba za nimi tęskno wiesz? ;) jesteś i byłaś zawsze dużą inspiracją!
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Dziękuję Magda - ja śledzę Twoją ścieżkę od początku - i teraz to ty jesteś inspiracją :) A ze zdjęciami - faktycznie mało publikuję, chociaż dyski pełne - zawsze obiecuję sobie, że w lutym.. W lutym opublikuję te wszystkie zdjęcia.. W lutym obrobię zdjęcia z wakacji 2014 :) I tak dalej..
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Ojej, to życzę Ci (i nam), żeby luty trwał conajmniej przez 10 mc w roku :D PS. właśnie pakuję foty w Twoje pudełka <3
    Odpowiedz
13 lipca 2017
"Jestem Jacek 'Killer' " ;)
Odpowiedz
13 lipca 2017
ooo, lece słuchać!!! <3
Odpowiedz
13 lipca 2017
Będzie do obróbki jak tylko uwolnie mojego kota z pokoju wspólokatora ^^
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    udało się uwolnić? :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    tak!!
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Ten moment kiedy możesz uciec wcześniej z pracy bo szefostwa nie ma, ale siedzisz do końca bo chcesz dokończyć podcast ❤
Odpowiedz
13 lipca 2017
czy mogla bym, prosze dolaczyc do grupy (marketingowej?)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Proszę wysłać zgłoszenie :) MARKETING dla fotografów
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Paulina Drozda dziekuje pieknie :)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
słuchamy :)
Odpowiedz
13 lipca 2017
Zawsze dobrze posłuchać osób pełnych pasji. Paulina, Ty do tego jesteś dla mnie mega odważną osobą! Właśnie tej wiary warto się od Ciebie uczyć. Jesteś najlepszym przykładem na to, że aby coś zyskać, trzeba najpierw dać. Dzięki!
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Dziękuję bardzo :* Co prawda odwagę od szaleństwa dzieli jedynie prawdopodobieństwo sukcesu - więc staram się do wszystkiego dobrze przygotowywać :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    otóż to! Wszystko w granicach rozsądku, chociaż z tą paletą.. ;)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Sylwia Janiak hahah, z paletą, to powiedzmy, że była intuicja :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    jak widać równie ważna :) I odrobina szczęścia :)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Dziękuje za podcast ! jak zawsze bardzo fajnie się słuchało - mam już ładną ripostę na prośby o nieobrobione zdjęcia -"obróbka=integralna część mojej pracy" dobre ! i od dziś moje motto które do mnie trafiło wprost w serducho i jakby do mnie pasowało wręcz :) - "dużo drzwi można otworzyć uśmiechem" JESZCZE RAZ DZIĘKUJE ZA PODCAST ♥
Odpowiedz
13 lipca 2017
Może ktoś i podpowie jak ściągnąć podcast,było chyba na grupie ale szukajka nie znajduje:(
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    korzystasz z iTunes?
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Nie.
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    no to nie pomogę
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Filip Maniuk Dzięki,ściągnąłem:)
    Odpowiedz
O super! Wieczorem przesłucham
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Adrianna Monika Sawińska trzymam za słowo :)
    Odpowiedz
    Jacek Marek Siwko mam utrudnione zadanie, bo zaczęłam niedawno i przesłuchuję poprzednie podcasty ;) ale jestem już na 18 odcinku :D ( plus podcast z Ewelina ;)), także spokojnie, nadrobię ;)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
No w końcu mi się udało, że w pracy mogłam przesłuchać podcast :) ale zanim go włączyłam właśnie zastanawiałam się skąd znam to nazwisko.. no i się wydało, że na Paulinę trafiłam poprzed didshop :) Mega pozytywne i hmm.. uświadamiające wiele rzeczy nagranie :) myślę, że większość z nas ma za sobą taki nachalny marketing..., ale jak to mówią człowiek uczy się na błędach. Niestety bardzo często sprowadza nas on do złych klientów albo inaczej... takich, w których nie jesteśmy się w stanie wpasować. Przypadek chciał, że wczoraj zapisałam się do grupy marketingowej, którą prowadzi Paulina :) dzięki za już 30sty czwartek! :)
Odpowiedz
13 lipca 2017
Paulina Drozda mam ogromną nadzieję, że kiedyś wrócę do czasów kiedy fotografuję coś w 100% dla siebie tak jak w czasach, kiedy zajmowałem się tylko krajobrazami.. Jak mówiłaś o tym w podcaście to od razu wróciłem myślami jakieś 4, 5 lat wstecz.. ;)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Marcin.. wiesz, mam wrażenie, że tak bardzo skupiamy się na aspektach biznesowych, na klientach, obróbce, albumach, cenach.. że za rzadko zadajemy sobie pytanie "gdzie jestem i dokąd zmierzam". I to jest kierunek którego pragnę. Co zrobić żeby się w tym wszystkim nie zgubić i nie zapędzić.. Mało się mówi też o kosztach z jakimi związany jest ten zawód - nie finansowych, ale tych życiowych. O tym jak ciężko zachować swój kręgosłup pod presją klientów, o tym jak mało czasu zostaje często dla rodziny.. Czasem może wystarczy na chwilkę się zatrzymać, zrobić coś dla siebie i na nowo odkryć tę radość :) Czego sobie, Tobie - i wszystkim serdecznie życzę :)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
dość prawdziwe i życiowe jakby nie patrzeć... poszukać złotego środka tak aby znaleźć czas dla siebie, rodziny, przyjaciół i na prace. A fotografowanie dla siebie... chyba wypadałoby raz na jakiś czas wrócić do tego co się na początku robiło czyli koncerty :)
Odpowiedz
13 lipca 2017
absolutnie super podcast, przemiły głos, czuć pasję, ale też nastawienie pod Klienta i jego satysfakcję. I też mam tą refleksję, ze ta praca daje idealny balans - ekstremalna dawka kontaktów międzyludzkich podczas dnia ślubu czy sesji, podczas których można wykorzystać swoje umiejętności interpersonalne i późniejszy relaks przy kawie, obróbce i Spotify ;)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    dokładnie Madziu:_) Miło sie sluchalo Paulinki:) a ponadto podobne przemyślenia:) ja autentycznie odpoczywam na sesjach i jak są reportaże i sie poznaje nowe osoby to serce jakoś tak miło wariuje:) Dopiero jak zrobiłam chwilową przerwę w zdjeciach zrozumiałam jak bardzo to mi jest potrzebne i ile radości i siły daje:) fajną mamy pracę:)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Jeszcze tylko 4 podcasty nadrobie i przeslucham ten :/
Odpowiedz
13 lipca 2017
Bardzo fajny podcast!
Odpowiedz
13 lipca 2017
Super, na ten odcinek czekałam !:) pamiętam twój projekt i zaproszenie do mnie nadal aktualne :D <3 bardzo lubię Twoje zdjęcia i produkty, właśnie czekam na pudełeczka od Ciebie :)
Odpowiedz
13 lipca 2017
wow, życiowa mądrość tylko do pozazdroszczenia i godna podziwu :)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    oj Kasiu nie zawstydzaj mnie :) Po prostu staram się pamiętać co ważne..
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Paulina, szalenie mądra i piękna... ma mega nogi, widziałam kiedyś na foto! :D A już po samym głosie wiesz, że to dobry człowiek. :)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    wygrałaś 😂
    Odpowiedz
Pięknie Kochani:) <3
Odpowiedz
13 lipca 2017
Świetny podcast i z baaaardzo wieloma opiniami się zgadam! I tak w temacie - szykują się komunikacyjne warsztaty dla branży ślubnej. To znaczy ja takie szykuję. Zainteresowanych zapraszam tutaj: http://youtheman.pl/
Odpowiedz
13 lipca 2017
Paulina Drozda bardzo dobrze mi się słuchało :)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    ojoje, dobrze że Jacek Marek Siwko mi ograniczył czas, bo ja tak mogę jak nakręcona :) Na warsztatach często wieczorem padało pytanie "to wg programu kończymy. Kończymy?" I odpowiedź powodowała że siedzieliśmy do 1:00 w nocy ;)
    Odpowiedz
13 lipca 2017
My parę lat temu mieliśmy sytuację pod tytułem - Panna Młoda nie wtajemniczyła nas, że zmarł ktoś bliski i pół rodziny siedziało za stołami. A nam nie było jakoś w śmiech robić nie wiadomo ile zdjęć takim smutnym ludziom. Później się okazało, że tam była też mama pana młodego. Było sporo pretensji, że zdjęć tej rodziny jest tak mało. No cóż - przegrzebaliśmy materiał, dosłaliśmy co mieliśmy i skończyło się pozytywnie. To nauczyło nas, żeby dokładnie rozmawiać przed ślubem o sytuacji, o tym, kto jest dla pary ważny.
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    No tak... kto by pomyślał, że Mama Młodego może być ważna :D dobrze, że się tak skończyło ;)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Andrzej Stefańczyk zobaczyliśmy ją dopiero na weselu bo ukrywała się jak mogła ;). Poza tym to był nasz 1 sezon ślubny, człowiek wiedział nic :D
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Oj takie sucharki tu puszczam ale temat znany... najpierw się chowaja później maja pretensje. Zawsze Młodych na siłę cisnę z nimi żeby gadania nie było ;)
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Oj tak, chowanie się gości - znany temat. Raz pewien Pan mnie uprzedził, by mu nie robić zdjęć, bo nie lubi, ale i tak robiłam ukradkiem i okazało się, że dobrze zrobiłam.
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    "proszę mi nie robić... ja taka nie fotogeniczna!" klasyk ślubny.
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    A na jednym ślubie pouczała mnie babcia młodej co i jak mam robić, a gość po kilku kieliszkach podszedł z aparatem i spytał czy się nie wymienimy obiektywem na godzinę... "rynce" opadają..
    Odpowiedz
    31 lipca 2017
    Natalia Słomian O zamianę obiektywów nikt mnie nigdy nie prosił, ale nie raz nie dwa zdarzały się pytania od wstawionych wujków, czy dam na chwilę aparat, bo na pewno chcę żeby mi też zrobić zdjęcie :P Po odmowie odchodzą obrażeni :D Zdarzają się też pijackie próby pouczania, jak i komu powinnam robić zdjęcia, albo łapanie za nadgarstki bo "źle" trzymam sprzęt. O łapaniu za talię i wciąganiu siłą na parkiet już nawet nie wspominam. Do mojego partnera oczywiście nikt jakoś nie podbija z takimi akcjami, pozwalają sobie tylko w stosunku do kobiet.
    Odpowiedz
    1 sierpnia 2017
    Karolina Szlachciuk Znam to :P zawsze jestem wciągana na parkiet, pouczana itp :D
    Odpowiedz
    1 sierpnia 2017
    Jeden wujek biorąc mnie na parkiet powiedział "Fotograf też coś od życia musi mieć!"
    Odpowiedz
    1 sierpnia 2017
    Mógłby z tego być osobny podcast :P
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Paulina Drozda - bardzo przyjemny i mądry odcinek ;) - nie znałem prac ( a tak blisko) - i okazuje się też, że mieliśmy wspólnych klientów :) - pozdrawiam - powodzenia. Reklamacje - trudny temat - były i bedą - my np bardzo przeżywamy każdy grymas klienta :(
Odpowiedz
13 lipca 2017
Ja też miałem taką sytuację. Kiedyś przy okazji ślubu, który "zamówili" młodzi postanowiłem im zrobić na prawie pół roku przed niespodziankę/gratis i zrobić bez doliczania ceny sesję narzeczeńską, krótką tak by rozgrzać się przed sezonem,zmieniałem sprzęt itp. No i jak dostali zdjęcia nie byli zadowoleni do końca, pomimo oglądania wcześniej portfolio:) Ale wybrnęliśmy z tego, porozmawialiśmy i już niedługo robię im ślub :) nie mniej jednak jakoś wew. to tam zaburzyło współpracę. Ważne,że jakoś wyszło na plus :P dialog podstawą sukcesu:)
Odpowiedz
Temat bardzo na czasie dla nas. Dużo by pisać, jednak w bardzo dużym skrócie (ku zasięgnięciu Waszej dobrej rady i podzielenia się historią). Przy początkowych ustaleniach para nie miała żadnych wątpliwości czy uwag. Nawet po podesłaniu kilku zdjęć dzień po ślubie byli zachwyceni. Nagle po oddaniu galerii do wglądu poprosili o szybkie spotkanie (wyraźnie niezadowoleni). Po naszej prośbie rozszerzenia tematu, Panna Młoda wysłała litanię w mailu, gdzie wypunktowała kilkadziesiąt zdjęć z dokładnym opisem, co jej się nie podoba (kilka było wręcz bezczelnych). Na spotkaniu mieliśmy wydrukowanego maila z notatkami i jasno wytłumaczyliśmy ich wątpliwości. Generalnie problemem było to, że dostali zbyt wiele "ścisłych kadrów a zbyt mało zdjęć ogółu". Do tego nie rozumieli, czemu zdjęcia "są dziwnie ucięte"... Na tłumaczenia, że reportaż to nie panorama a każdy kadr ma jakiś zamysł i nie jest w naszej opinii powielaniem zdjęć, które mogą znaleźć w internecie czy w telefonach gości, reagowali pytającym spojrzeniem. Okazało się po prostu, że kompletnie nie rozumieją, że każdy fotograf ma własny styl i coś chce przekazać a nie pstrykać gdzie popadnie, aby tylko ująć cały stół jak ludzie wciągają makaron z rosołu... Ustaliliśmy, że oddanych zdjęć nie poprawimy, mogą jedynie wyrzucić niechciane z galerii i przejrzymy jeszcze raz zdjęcia surowe, żeby wybrać kilkadziesiąt wedle ich uznania. Dalszego obrotu spraw nie znamy, bo jest w trakcie. Mocno stresujące i niesprawiedliwe wg nas. Mieli poza tym całą listę dziwnych życzeń, o których nie mieliśmy pojęcia przed ślubem (a robimy dosyć dokładny wywiad). Rozpisałam się ale jeszcze jesteśmy sfrustrowani :)
Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Grzegorz Namielski zupełnie jak twoja historia:)
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Krzysiu, musiałeś mi przypomnieć? Ja już o tych ludziach zapomniałem... weekend idzie, a Ty mi go popsułeś! ;)
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Wybacz! Ale szykuję coś co poprawi humor:) ale na razie sza:)
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Krzysztof Krzemiński :D
    Odpowiedz
    15 lipca 2017
    Było, było u nas. Naprawdę mocno to przeżyłam i miałam ochotę rzucić zawód fotografa i otworzyć budę z vege żarciem (a słabo gotuję w przeciwieństwie do fotografowania😉). Jakoś się pozbierałam do kupy ale muszę przyznać, że ta para to jakiś koszmar był. Mam ochotę wszystkich przestrzec przed tą parą, każdą firmę 😂 Ale co tu dużo pisać Ci ludzie jeszcze zdjęć nie widzieli a już pisali w mailu "jesteśmy niezadowoleni ze zdjęć"... a koniec końców dostali do podpisania ugodę i co...nawet jej nie przeczytali 😲 podpisali i wyszli u uśmiechem i fotami. 3 miechy potem zajebista opinia na fejsie...tak zajebista, że musiałam ściągnąć wszystkie recenzje z facebooka po wywiadach z ludźmi.
    Odpowiedz
    15 lipca 2017
    A jeszcze dodam, że zdjęcia poprawiałam, robiłam wszystko by tylko byli zadowoleni. I tak to nie pomogło i mnie gnoili w necie, nie wiem nawet za co... piszą dużo kłamstw lub teksty typu "pani była nieobecna" 😂 także czasami nawet poprawki, gratisy nie pomogą heśli ktoś się uprze, że i tak jest niezadowolony.
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Zauważyłem pewną zależność. Im wcześniej od ślubu młodzi zdjęcia widzą tym więcej pretensji. Pamiętaj zupełnie inne rzeczy niż te utrwalone na zdjęciach. Już się nie śpieszę z oddawaniem zdjęć.
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Robert u mnie totaaaaaalnie inne odczucia. Od 6 lat oddaje zdjęcia jakieś 2-3 dni po ślubie. Ani razu ( ma jakieś 210 ślubów ) nie było marudzenia... zawsze mocno w druga stronę a przez szybkość oddania ( co jest rzadkościa umówmy się ) marketingowo mocno to fajnie działa. Świeże emocje sa jeszcze po ślubie i power odbioru znacznie większy ;)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Andrzej Stefańczyk i chcesz mi powiedzieć, że nie miałeś pretensji że nie ma cioci Jadzi i wujka Zbyszka ani razu ? U mnie to zwyczajnie nie możliwe bo samo ustalenie zdjęć do albumu to kilka dni plus realizacja, sesja itp ok 4 tygodni minimum ale i tak czasami jest własnie pretensja o ciotki i wujki :) Nie zależy mi na super szybkim odbiorze i zawaleniu kalendarza klientem. O to jestem spokojny.
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Robert ani jednego razu. Poza tym ja też oddaje prawie wszystkie zdjęcia, które robię ( pokazuję tylko te co chce na necie odpowiednio wcześniej ) i przez to nie ma problemu. Preset mam swój i już na tyle fajnie wygladajacy, że nie mam z tym problemu żadnego ;) Przez te kilka lat myślę, że prawie połowa to okolice mojego rodzinnego Zamościa... nie ma to znaczenia. Kwestia podejścia ;)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    I tu leży pies pogrzebany :) Co innego wizja fotografa w określonej ilości vs wszystkie zdjęcia. Ja wszystkich nie oddaję, gdyż jestem na etapie nauki i obawiam się, ze zbyt dużo zdjęć było by ( i jest) kompletnie nie zrozumiałych dla klienta :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Selekcje pozytywna i negatywna jednocześnie. Usuwasz to co nie wyszło albo nie ma sensu... reszta nawet jak nie zrozumiała zostaje... klient znajdzie ważne dla siebie klatki o reszcie zapomni ;)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Dzięki za pozytywną wymianę poglądów. Pozdrawiam ! :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    yoyo ;)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    BTW świetne portfolio Panie Andrzeju
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    jaki Panie ;) dzięki!
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Andrzej Stefańczyk bardzo sensowne porady i jak najbardzej sensowe portfolio! Zostałem fanem :D
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    <3 :D
    Odpowiedz
    27 lipca 2017
    Andrzej Stefańczyk Niestety, ale w takim tłoku "zwykłych" zdjęć totalnie giną zdjęcia dobre, wyjątkowe. Do 300 zdjęć ludzie są w stanie oglądać z zaangażowaniem, co powyżej to tylko klikanie. Tak z własnych długich obserwacji. Podziwiam oddawanie wszystkich zdjęć.
    Odpowiedz
    27 lipca 2017
    Robert dlatego tego "niezwykłe" Młodym pokazuje jako pierwsze i dokładniej obrobione ;)Żeby to co najlepsze zobaczyli na poczatku... ;)
    Odpowiedz
    27 lipca 2017
    Generalnie wielki podziw za tak szybkie oddawanie materiału, teoretycznie wydaje się to absolutnie niemożliwe u dojrzałych , dorosłych ludzi ze zobowiązaniami, a jednak można.
    Odpowiedz
    3 sierpnia 2017
    no właśnie, jak Ty to robisz?
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Paulina Drozda b.dobry odcinek:) wiele z tego wyciągnę! nie mniej jednak wciąż czekam na odpowiedź na zapytanie facebookowe do sklepu :)
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Rafał - ale wysłałeś na fanpage? Bo nawet sprawdziłam, i nic u nas nie ma.. :P Odpowiadamy na wszystko 7/24h
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    jak najbardziej :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Rafał Wąsikowski no to chochlik bo u nas nic nie ma 😜 jutro się odezwę 😊
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Pewnie jakieś inne lub coś:P nie ma sprawy! :D
    Odpowiedz
13 lipca 2017
Paulina umilał mi dziś podcast z Tobą drogę z Warszawy na Śląsk, szkoda, że nie trwał tyle co ilość godzin jaką jechałam :) fajnie było Cię usłyszeć!
Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Haha, trzeba było mnie na żywo w pakować do auta to by było całą drogę 😘
    Odpowiedz
13 lipca 2017
A ja mam taki zapis w umowie §2 ZAMAWIAJĄCY po zapoznaniu się z portfolio WYKONAWCY akceptuje styl wykonania i obróbki zdjęć/filmu przez WYKONAWCĘ i tym samym oświadcza iż nie będzie w przyszłości rościł zażaleń z tego tytułu.
Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Zapis z gatunku wszystko i nic. Styl i obróbka a niedostarczenie zdjęć osób, które w mniemaniu młodych były ważne to coś zupełnie innego.
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Od jakiegoś czasu robię tak by każdy był. To przecież nie wyklucza tego aby robić coś ambitnego
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    no jasne, że nie. Ale wiesz, jak ktoś będzie chciał to się zawsze doczepi. I tak jak Paulina mówiła - wyjdziesz z tego z twarzą albo nie
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    :)
    Odpowiedz
    13 lipca 2017
    Ja też mam taki zapis w umowie, dlatego robię dokładny wywiad zarówno przed jak i w trakcie realizacji, kto jest ważny, a kto jest jeszcze ważniejszy. Generalnie robię wszystkie twarze, ale na pewnych skupiam się bardziej, w sensie może oddaję ich mniej, ale za to naprawdę wycyzelowane kadry.
    Odpowiedz
14 lipca 2017
Zdecydowanie więcej marudzących klientów miałam przy niższych cenach. Łącznie z listami zdjęć na których mam ją wyszczuplić (a i tak już ją trochę poprawiałam :P) i usunąć jej papierosa z dłoni! Teraz raz na jakiś czas zdarza mi się prośba o zdjęcie w kolorze lub dodatkowe zdjęcia kogoś z rodziny. Jeśli jest to kilka zdjęć, to robię takie rzeczy bez problemu. Zdarza się też, że klienci domawiają zdjęcia ze wskazaniem, kogo mam szukać w rawach. Ale ogólnie zawsze jestem czujna na relacje rodzinne, pytam kto jest kim i dbam żeby rodzice, rodzeństwo i dziadkowie byli na zdjęciach. W zeszłym sezonie prześladowała mnie mama pana młodego, żebym przerobiła czarnobiałe zdjęcia na kolor. Argument: Chce pokazać te zdjęcia znajomym z zagranicy i oni pomyślą, ze w Polsce nie ma jeszcze kolorowej fotografii :D :D Po jej wiadomościami widziałam że to wariatka, więc dla świętego spokoju olałam i obrobiłam jeszcze raz. Okazało się, ze młodzi o niczym nie wiedzieli. A ona potem i tak napisała mi negatywny komentarz pod zdjęciami... Tak więc nie wiem czy było warto.
Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Zrobiłaś co chciała, a ona napisała negatywa?
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    tak, ale na szczęście nie ocenę, tylko komentarz pod zdjęciem. To ciekawe jaką aferę by zrobiła, jakbym jej tego nie dała
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Ja grałem na weselu po którym dostałem dwie recenzje. 5* od zachwyconej panny młodej i 2* od dziewczyny, która była wkurzona na "mało zróżnicowany repertuar". Po interwencji młodych zmieniła na 4* i to moja najsłabsza realna ocena:)
    Odpowiedz
14 lipca 2017
Ja miałam problem w tym roku z jedną parą - nie dość, że nic im się nie podobało to jeszcze stwierdzili, że mam im część pieniędzy oddać bo mimo, że mieli plener w dniu ślubu to się umawialiśmy na inny dzień a oni teraz nie chcą a nie będą dla JAKIŚ GŁUPICH ZDJĘĆ zwalniać się z pracy ;) oddałam im bo nie miałam zapisu odpowiedniego w umowie i stwierdziłam, że się kłócić mi nie chce - teraz już mam ;)
Odpowiedz
14 lipca 2017
Ciekawa jestem ile z Was, Niezłe Aparaty, było na polskim rynku 4 lata temu. Pamiętam, że kiedy w 2013 szukałam fotografa na swój ślub, przeklinałam polski rynek, bo nie potrafiłam znaleźć kogoś, kto robiłby zdjęcia z tym filmowym lookiem (nazywałam go wtedy brytyjskim, bo napatrzyłam się na zagraniczne strony). Na szczęście znalazłam Paulinę, którą przy okazji ściskam wirtualnie i pozdrawiam ciepło. Zastanawia mnie czy ja wtedy nie wiedziałam gdzie szukać, czy jeszcze taka posucha była.
Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Ja w tym roku mam 3 sezon, wcześniej nie fotografowałam ślubów :-)
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    4 lata temu była masa świetnych fotografów którzy nadal działają ;)
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Katarzyna Pyrchała To był fajny rok. Wtedy chyba zmieniły się przepisy odnośnie ślubów w plenerze. Widać trzeba było poczekać ;)
    Odpowiedz
    14 lipca 2017
    Aktualnie 9 sezon. Wiele trendów już widzieliśmy na rynku przez ten czas :)
    Odpowiedz
    15 lipca 2017
    oj bylo wtedy wielu świetnych foto B&B, Trzcionka, Velvet Studio, Pieczki
    Odpowiedz
    15 lipca 2017
    Chyba w 2013 poznałem na weselu Anitę Suchocką, co sobie ostatnio przypomniałem robiąc porządki na mojej stronie:)
    Odpowiedz
    15 lipca 2017
    Karolina Miądowicz 🖤
    Odpowiedz
    15 lipca 2017
    2013 to nasz pierwszy 'prawdziwy' sezon
    Odpowiedz
    16 lipca 2017
    hej Asiu :) Fajnie wspominam Wasz ślub :) No i obserwuję Twoje fotograficzne ścieżki - piękne rzeczy robisz! <3 I zapewne baaardzo smakowite :)
    Odpowiedz
    17 lipca 2017
    I tu nadchodzi "dinozaur", 18 sezon w branży a teraz, że tak to nazwę "reset" ;) Pozdrawiam wszystkich z Pauliną na czele.
    Odpowiedz
16 lipca 2017
W przypadku jakiegokolwiek niezadowolenia kluczowe jest przede wszystkim dowiedzieć się co jest jego powodem. Żeby było śmieszniej, to często powodem jest co innego niż deklarują na początku ludzie. W pierwszym etapie często możemy się nadziać na jakiś bzdurny argument, zasłonę dymną. A powody bywają bardzo różne.. Szczera, wyważona rozmowa zazwyczaj pomaga. Próba zrozumienia, wysłuchania.. I trzeba pamiętać jedną EKSTREMALNIE ważną rzecz - spalonego mostu się nie odbuduje. Co się powie, to się nie od-powie. Nie wolno dawać wyrazu swojej frustracji i złości, nawet jeśli klient na to sobie pozwala. Z historii reklamacyjnych? Mojej Pannie Młodej po ślubie nie podobały się zdjęcia. Powiedziała że jest rozczarowana, że jej nie cieszą itp.. Zadzwoniłam próbując dowiedzieć się o konkrety - okazało się że siedzi sama z małym bobasem w domu, bobas prawie cały czas chory, mąż cały czas w pracy i wyjazdach.. Oberwało mi się po prostu z racji jej ogólnego samopoczucia. Pogadałyśmy prawie godzinę przez telefon, wyżaliła się, przeprosiła mnie, powiedziała, że to w ogóle nie o zdjęcia chodziło.. Zostałam ich nadwornym fotografem. Fotografowałam drugą ciążę i drugiego babsa. I trzecią ciążę i trzeciego bobasa :) Moi cudowni klienci <3
Odpowiedz
    24 lipca 2017
    Paulina Drozda wiem, że to właśnie napisałaś, ale jakoś MUSZĘ to podkreślić: rozmowa telefoniczna burzy mury. Świetna historia <3
    Odpowiedz
    3 sierpnia 2017
    Niestety słowo pisane jest kwadratowe, toporne. Nie słyszymy emocji, tembru głosu etc. Jest to apersonalne - a przecież po jednej i drugiej stronie jest osoba.
    Odpowiedz
    3 sierpnia 2017
    Marcin Rusinowski dlatego zawsze lepiej w takiej sytuacji się spotkać, albo chociaż złapać za telefon..
    Odpowiedz
    3 sierpnia 2017
    Spotkać 90/100 nierealne czasowo, telefon - już bardziej.
    Odpowiedz
    3 sierpnia 2017
    ...z drugiej strony - jak ktoś jest mało "rozmowny" jeżeli chodzi o "phoneskills" to tylko może pogrążyć temat.
    Odpowiedz
    3 sierpnia 2017
    Zauważ ile jest osób, które nie lubią rozmawiać przez telefon - burczą, mówią niewyraźnie etc. Jak się dobierze dwoje takich - po obu stronach linii - to jest kaplica, a nie rozmowa.
    Odpowiedz
    3 sierpnia 2017
    Marcin Rusinowski nie cierpię telefonów, chociaż mam skille ;) Ale korzystam tylko dla wyższego dobra :) Na przykład właśnie w takich sytuacjach ..
    Odpowiedz
16 lipca 2017
Paulina Drozda jak zawsze miło Cię słyszeć :-))), ja akurat ta " sama krew" co Ty, ale dobrze powiedziane... pamietam swoje początki i Ciebie - wyrocznie fotograficzna :-)))), na szczęście ja tez po zarządzaniu i marketingu wiec udało mi się stworzyć moje "małe imperium", bez pracy w weekendy, ale byłaś wielokrotnie moja inspiracja ❤️
Odpowiedz
    16 lipca 2017
    <3 Ja pamiętam jeszcze tyle osób z Dziecko w Obiektywie - fotografia dziecięca i rodzinna - razem zaczynaliśmy i odkrywaliśmy podstawy.. Wtedy nie było CreativeLive, tutoriali na youtubie i grup na fb :) Teraz dostęp do wiedzy jest po stokroć łatwiejszy..
    Odpowiedz
Dzisiaj miałam wreszcie chwilkę, żeby Ciebie posłuchać Paulina. Kanapa, przegryzka i podcast. Mój kręgosłup jest Ci za to bardzo wdzięczny :D Wspaniałe przemyślenia i rozmowa o tym, co najważniejsze: o szukaniu siebie. Bardzo miło mi się słuchało, zdecydowanie za krótki relaks ;)
Odpowiedz
    17 lipca 2017
    Bo to prawie jak pogaduszki przy kawie 😘
    Odpowiedz
17 lipca 2017
Świetny podcast :-) !
Odpowiedz
    24 lipca 2017
    Dzięki :D
    Odpowiedz
29 lipca 2017
Paulina, ja mam zawsze spóźniony zapłon ale chciałam napisać , że świetnie słuchało się Waszej rozmowy. Najbardziej spodobało mi się stwierdzenie, że kiedy jedno oko przykładasz do wizjera a drugie przymykasz to tak jakby pół świata nagle znikało i nie liczą się ani kłopoty ani zmęczenie - też tak mam, że połowa świata wtedy znika Ale Ty to zwerbalizowałaś i faktycznie to do mnie dotarło :) /// Poza tym wiesz co... musimy lepiej popracować nad terminami bo ostatnio nie udało się zgrać a 'dystans' między nami mały i aż wstyd pomyśleć, że jeszcze się nie widzieliśmy. Szykuj się więc na kawę w sierpniu ;) tylko....z tym przykładem o słodyczach to mówiłaś serio????????
Odpowiedz
    29 lipca 2017
    koniecznie :) A epizod bezsłodyczowy mam już za sobą, więc do kawy małe co nieco jak najbardziej :)
    Odpowiedz
    30 lipca 2017
    Paulina Drozda uffff ;)
    Odpowiedz
30 lipca 2017
Co do podcastu...25 odcinków w jeden tydzień? Z tego co pamiętam, to chyba byłam ja :D
Odpowiedz
    30 lipca 2017
    Ale masz jakieś życie poza byciem paychofanką uzależnioną od głosuju Jaceka Siwko?:)
    Odpowiedz
    30 lipca 2017
    Krzysztof Krzemiński Poza byciem psychofanką, rządną cennej wiedzy...wiodę całkiem normalne życie! Podczas obróbki, zamiana muzyki na audycje..i tyle :D
    Odpowiedz
    30 lipca 2017
    miłe głosy w tych słuchowiskach, prawie radiowe :)
    Odpowiedz
    31 lipca 2017
    Agnieszka Stępowska oby więcej takich osób w naszej grupie ;)
    Odpowiedz
    16 listopada 2017
    Ja też próbuję nadgonić, ale tak dobrze mi nie idzie;)
    Odpowiedz