Zapraszam na podróż w odwrotną stronę. Emigracja z Londynu do Polski, rozpoczynanie działalności na nowo i dosyć oryginalne spojrzenie na modny ostatnio temat “destination wedding”. To i wiele inny tematów pojawi się w 29 odcinku podcastu, w którym rozmawiam z Rafałem Motkowiczem.

Podcast jest dostępny na iTunes
Grupa słuchaczy podcastu: Niezłe Aparaty Podcast
Więcej odcinków tutaj: Archiwum podcastu

Rafał Motkowicz w sieci:

www: motkowicz.pl
fb: facebook.com/motkowicz
insta: instagram.com/motkowicz_photography

Kolejny odcinek Niezłych Aparatów już wkrótce. Jeśli macie specjalne życzenia dotyczące tematów, które powinny pojawić się w audycji, lub chcielibyście zaproponować fotografa, który powinien Waszym zdaniem wystąpić w jednym z odcinków podcastu to piszcie, znajdziecie mnie na:
instagram: instagram.com/jaceksiwko/
fb: facebook.com/jaceksiwko/

PS. Więcej informacji o fotografii ślubnej i pracy jako fotograf wysyłam przez darmowy newsletter Fleszem po oczach: jaceksiwko.com/newsletter

Zapis podcastu:

#29 Rafal Motkowicz

Wstęp

Im lepszy sprzęt, tym szybsze efekty – szybsze dojście do perfekcji. Takie zdanie można znaleźć na wielu forach fotograficznych. Autorzy takich opinii nie słyszeli na pewno jeszcze historii, którą podzielił się ze mną dzisiejszy gość.

Cześć! Nazywam się Jacek Siwko, a to jest dwudziesty dziewiąty odcinek podcastu Niezłe Aparaty.

Na początek powiem Wam, że jest mi bardzo miło, widząc, jak rośnie liczba zdjęć na Instagramie ze znacznikiem #niezleaparaty, pisanym bez polskich znaków. Super się to ogląda! Bardzo dobry jest poziom tych fotografii i cieszę się, że słuchacze obrabiający przy podcaście dzielą się tymi zdjęciami i tak chętnie hashtagują swoje zdjęcia tym znacznikiem. Robię sobie cotygodniowe rundy i naprawdę przybywająca ilość tych zdjęć raduje moje serce. Tak że dziękuję z całych sił.

Tytułem wstępu chciałbym Wam opowiedzieć taką historię, jak poznałem dzisiejszego gościa, czyli Rafała Motkowicza. Pewien czas temu – nie pamiętam, czy to było już rok czy półtora roku temu – zadzwonił telefon z pytaniem, czy warto się reklamować w pismach drukowanych. Chodziło o jeden z magazynów, który wychodzi na polskim rynku. I powiem Wam tak: odpowiedziałem zgodnie z tym, co uważam, ponieważ Rafał, który do mnie zadzwonił właśnie z tym pytaniem, był pierwszą, a zarazem ostatnią osobą, która odpowiedziała na moje ogłoszenie w takim piśmie. W związku z tym powiedziałem, że nie warto. A o tym, czy Rafał posłuchał mojej rady czy nie dowiecie się, słuchając dzisiejszego odcinka podcastu.

Rozmowa

Jacek: Start! Witam ciebie Rafale po drugiej stronie. Jak się czujesz?

Rafał: Cześć Jacek, witam serdecznie! Czuję się świetnie. Dziękuję bardzo za zaproszenie i że znalazłem się w tym zacnym gronie.

To mi jest miło, że mogę Cię tutaj gościć. Może takie małe wprowadzenie. Zaczynamy ten podcast chyba piąty czy szósty raz, bo rwało nam połączenie. Nawet chyba zmieniłeś miejsce przebywania o ileś tam kilometrów?

Tak, postanowiłem podjechać do domu moich rodziców. Uznałem, że tutaj pewnie ten net będzie troszeczkę bardziej stabilny i mam nadzieję, że tak jest.

Dokładnie, bo żyjemy w takich czasach, że starsze pokolenie ma lepszej jakości internet niż młodzież obecnie.

Bardzo dobra dygresja.

Lepiej ogarnia wszystkie Snapchaty, Instagramy i tak dalej. Ale co? Może zaczniemy tak tradycyjnie od kilku słów takiego wprowadzenia o tym, kim jesteś, gdzie aktualnie mieszkasz i tak dalej.

Jasne. Jestem fotografem ślubnym. W zasadzie nie tylko ślubnym. Być może będzie okazja wspomnieć o tym troszeczkę później. Obecnie mieszkamy na południu Polski – między Jasłem a Gorlicami, z daleka od wszystkich i wszystkiego, na skraju lasu. I jak doskonale wiesz, wróciliśmy po paru ładnych latach z Londynu. Ja pozwolę sobie tutaj mówić oczywiście w liczbie mnogiej, bo wywiad jest co prawda ze mną, ale Motkowicz Photography to nie tylko Rafał Motkowicz, ale to też moja żona.

Dani – tak dla wprowadzenia jeszcze dodajmy.

Dokładnie tak.

Słuchaj, ten temat powrotu waszego do Polski zostawmy sobie na później. Chciałbym ciebie zapytań, czy wyjeżdżając do Londynu – z tego, co wiem, ponad dwanaście lat temu czy to już było dawniej… Czy już miałeś wtedy swój aparat w ręce czy to dopiero ta pasja gdzieś tam się narodziła, kiedy przebywałeś za granicą?

Tak, wyjeżdżając do Londynu miałem już aparat w ręku. Nie wiem, czy to była już pasja, ale pewnie jakieś tam małe zalążki pasji. Miałem aparat, który w zasadzie mam do dzisiaj. Trzymam go przez sentyment. Jest to Olympus IS 200, którego nie używałem bardzo dawno – oczywiście analogowy Olympus. Ale tak, wyjeżdżałem do Londynu z aparatem w ręku.

Ale nie miałeś jakieś takiej wizji, że wyjeżdżasz na tak zwane saksy, żeby zarobić jako fotograf?

Nie, absolutnie nie. Wyjeżdżałem z aparatem na zasadzie fotografa amatora.

Okej, czyli działałeś tak sobie, że pracowałeś w jakiejś innej branży i po godzinach strzelałeś fotki?

To z tym strzelaniem fotek to było na zasadzie takiej bardziej „od okazji do okazji”, czyli jakieś tam wakacje, jakiś event w pracy i tego typu podobne historie, więc nic poważnego.

Aha, czyli ty byłeś tym takim fajnym kolegą, którego w razie czego można poprosić o jakieś zdjęcia, no bo on przecież jest hobbystą.

Dokładnie tak. Ja byłem tym człowiekiem, który przychodził na eventy i było wiadomo, że będzie miał ze sobą aparat.

I to były eventy w pracy czy to były też dyskoteki?

W tamtym okresie to były eventy w pracy.

Aha i od tego się zaczęło?

Nie… Jeśli mamy mówić tutaj o początkach mojej fotografii, to wszystko zaczęło się razem z początkami Facebooka. Jeśli chodzi o fotografię ślubną – ja tutaj wspomniałem na początku, że jestem fotografem ślubnym, ale też nie tylko, bo moje losy w Londynie potoczyły się tak, że fotografowałem dużo architektury i dużo jedzenia. A jeśli już mówimy o tych początkach fotograficznych, to dawno, dawno temu sfotografowałem truskawki. Nie wiem, dlaczego truskawki, ale chyba dlatego, że był wtedy sezon na nie i postanowiłem je sfotografować w ładnych miseczkach. Wrzuciłem je na Facebooka i zobaczył te truskawki mój ówczesny szef. Zapytał się, kto zrobił te zdjęcia. Powiedziałem, że ja. Nie wiem dlaczego, był zachwycony tymi zdjęciami, bo gdyby ta sytuacja miała miejsce dzisiaj, to pewnie nigdy tych truskawek bym nie wrzucił do sieci. Truskawki były przepustką do kariery fotografa kulinarnego czy tam fotografa jedzenia. Tak, mój szef w zasadzie przekazał pałeczkę dziewczynie, która w tamtym czasie i w zasadzie dzisiaj jest dyrektorem marketingu w tej firmie. I zaczęliśmy wspólnie fotografować jedzenie i architekturę do stron internetowych, do broszur.

Rozumiem, ale czy to był ten właśnie moment, gdzie poważnie pomyślałeś sobie, że taka kariera fotografa może być tym, co będziesz robił?

Nie. Musimy troszeczkę wrócić jeszcze w czasie – pewnie o kilka miesięcy. Pasja w ogóle fotografowania, pasja obrazu gdzieś tam została zaszczepiona tak naprawdę przez mojego tatę, bo ten aparat fotograficzny zawsze był u nas w domu. Też fotografia mojego taty była na zasadzie takiej okazjonalnej, czyli jakieś tam święta, jakiś wyjazd na wakacje czy jakiś weekend. Ale pamiętam, że ten aparat nam zawsze towarzyszył.

Drugi taki etap, który odpalił tę taką iskierkę w mojej głowie, to było zdjęcie, które kiedyś zobaczyłem i myślę, że to jest taka klasyczna historia – zobaczyłem zdjęcie, które miało strasznie małą głębię ostrości i w ogóle byłem mega zachwycony, jak to się stało, że ono tak wygląda. Zacząłem drążyć temat oczywiście od strony sprzętowej. Zadzwoniłem do człowieka, który zrobił to zdjęcie. Zapytałem się, jakim aparatem zostało zrobione to zdjęcie. I tutaj pojawiła się właśnie firma Olympus i pojawiła się marka IS 200, więc – jak wspomniałem wcześniej – jak wyjeżdżałem do Londynu, wyjeżdżałem już z Olympusem IS 200, więc stąd ta zajawka.

Później w Londynie jakoś nie myślałem o tym, żeby zająć się tym zawodowo, choć sukcesywnie zacząłem inwestować w sprzęt. Kiedy pojawiła się fotografia cyfrowa, kupiłem sobie swoją pierwszą lustrzankę. To był Canon 550. Do tego dokupiłem sobie obiektyw, chyba 24-70 mm i na tamtym etapie myślałem, że już jestem mega zawodowym fotografem, bo mam fajną lustrzankę i mam fajne szkło, a jednak te zdjęcia nadal nie wyglądały tak, jakbym sobie tego życzył.

Co się wydarzyło, jak zrozumiałeś, że te zdjęcia nie wyglądają tak, jak powinny?

W momencie, kiedy zorientowałem się, że te zdjęcia nadal nie wyglądają tak, jakbym sobie tego życzył, uznałem, że skorzystam z prywatnych lekcji i spróbuję zrobić jakiś progres w tym wszystkim. W tamtym czasie pracowałem na co dzień od poniedziałku do piątku, więc nie do końca miałem czas na regularną szkołę, więc uznałem, że prywatne lekcje będą dobrym rozwiązaniem. Znalazłem ogłoszenie. Okazało się, że człowiek, który będzie udzielał mi lekcji pracuje w Tate Gallery – brzmiało to bardzo wzniośle i tak dalej. Ale kiedy spotkaliśmy się na tych lekcjach, jakoś nie do końca pojawiła się chemia w tym wszystkim. Ogólnie on bardzo teoretycznie podchodził do fotografii, a ja chciałem uzyskać efekt natychmiastowy i robić fajne zdjęcia. Więc troszeczkę ten temat prywatnych lekcji został zarzucony. I wtedy pojawiła się też taka wątpliwość mała, żeby jednak tę fotografię porzucić i zająć się w życiu zupełnie czymś innym. Ale uznałem, że dam sobie jeszcze jedną szansę i poszukam jeszcze jednego nauczyciela. I to był przełom – ta historia z tym drugim nauczycielem.

Na Gumtree znalazłem ogłoszenie. Zadzwoniłem. Okazało się, że lekcji udziela nasz rodak. Naszym rodakiem okazał się Wojtek Chrapek, którego tutaj na pewno wszyscy znają. I tutaj akurat między nami bardzo szybko i bardzo fajnie zaiskrzyło. Muszę wspomnieć, że ta nasza znajomość, a w zasadzie to już chyba nie jest znajomość, bo to wszystko przeistoczyło się w przyjaźń – trwa do dzisiaj.

Ja pamiętam, jak Wojtek opowiadał mi ten moment, kiedy ty zjawiłeś się u niego w domu na te prywatne lekcje i wyciągnąłeś te wszystkie swoje lufy. I on tak popatrzył na ten twój sprzęt i zaczął powątpiewać „czy ja mogę takiego gościa czegoś nauczyć, jak on ma lepszy sprzęt niż ja?”.

Dokładnie tak.

To był cytat z Wojtka.

Doszedłem do takiego momentu, że miałem – tak, jak wspomniałem – całkiem sensowną lustrzankę. W momencie, kiedy spotkałem się z Wojtkiem nie byłem na etapie Canona 550 tylko już chyba byłem na etapie Canona 5D Mark I. Do tego wszystkiego miałem 24-70 mm i do tego miałem 70-200 mm, więc to już była potężna lufa.

To były same L-ki, tak?

Tak, to były same L-ki. Więc stąd moja taka chęć poszukiwania i zdobycia dalszej wiedzy, ale fajny sprzęt nie równał się temu, że robiłem fajne zdjęcia. Uznałem, że albo coś z tym zrobię i ta moja wiedza i umiejętności pójdą do przodu albo skończę w ogóle z fotografią. Na szczęście pojawił się Wojtek, który bardzo mocno otworzył mi wtedy oczy i też bardzo mocno skumplowaliśmy się razem. I jak wspomniałem wcześniej, to już nawet nie jest znajomość, tylko to są bardzo mocno przyjacielskie stosunki.

Powiedziałeś, że miałeś ten super sprzęt. Jakie jest dzisiaj twoje podejście do kwestii sprzętowych? Musisz mieć wszystkie obiektywy?

Wydaje mi się, że ja mam chyba takie niezbędne minimum. Myślę, że tak – na dzień dzisiejszy posiadam w zasadzie wszystkie L-ki, od 24 mm do 85 mm. Czasami, sporadycznie korzystam na setki makro, ale uważam, że dobry sprzęt ułatwia nam pracę, więc tutaj nie ma się co oszukiwać, że nie, że jest inaczej.

Czyli podejście dokładnie takie samo, jak w momencie, kiedy wchodzisz do Wojtka na warsztaty – „że muszę mieć cały sprzęt świata”, mimo tego, że – jak sam powiedziałeś – nie używa się tych sprzętów wszystkich.

Tak, jak wspomniałem wcześniej, myślę, że dobre obiektywy, dobre szkła mocno ułatwiają nam pracę. Nie wiem, czy L-ki są najlepszymi obiektywami. Tak na dobrą sprawę tutaj może się pojawić grupa zwolenników Sigmy, tutaj może się pojawić oczywiście grupa zwolenników Canona, więc myślę, że gdzieś ten sprzęt sami dopasowujemy do swojego stylu pracy i do swojego stylu fotografii.

Okej. A tak spróbuję cię trochę pod włos wziąć Rafale i zapytam się, czy jakby była taka opcja, że ktoś chciałby cię wyeksportować na bezludną wyspę i powiedziałby „nie, nie stary – nie bierzesz tych wszystkich obiektywów Canon L, tylko musisz jedną wziąć”.

Pytasz mnie, jaką L-kę zabrałbym ze sobą na bezludną wyspę?

Dokładnie tak.

Myślę, że byłaby to pięćdziesiątka. Bardzo często powtarzam, że lubię szerokie kadry, a tak na dobrą sprawę bardzo lubię strzelać chyba pięćdziesiątką.

Jeszcze chciałbym wrócić do tej waszej znajomości z Wojtkiem. No i co – poszedłeś tam, byłeś zafascynowany Wojtka efektami, między innymi selective color. I czego się tam jeszcze od niego dowiedziałeś?

Wiesz co, porównując mojego nauczyciela z Tate Gallery do Wojtka, była taka zasadnicza różnica, że człowiek z Tate Gallery posiadał olbrzymią taką teoretyczną wiedzę, ale nie robił zdjęć, które miały taki drive w sobie. A tutaj, u Wojtka, pojawiło się coś, co mnie zafascynowało. Oczywiście to nie był selective color, choć chyba na tamten czas byłem mocno podekscytowany tym selective color, ale Wojtka zdjęcia już miały w tamtym czasie tym, co ja dziś nazywam takich fajnym drivem, więc to mocno zmotywowało mnie do pracy.

Czy te lekcje przekształciły się w coś więcej? W sensie, czy później współpracowaliście ze sobą?

Tak, dokładnie tak. Przez długi czas byłem drugim fotografem Wojtka, więc zrobiliśmy wspólnie kilka wesel. To jest jeden aspekt naszej działalności, ale też – już nie pamiętam, czy Wojtek wspominał o tym w swoim podcaście – ale często razem biegaliśmy po londyńskich klubach fotografując imprezy. Więc jeśli Wojtek miał jakieś swoje podwójne bookingi, to często byłem też jego drugim fotografem w klubach.

Myślę, że ten temat nie był poruszany. Na ile ci taki doświadczenie z pracy w klubach przydaje się teraz na weselach?

Ja się śmieję, że biegałem po tych londyńskich klubach bardzo dużo, a z jakiegoś dziwnego powodu nie do końca lubię fotografować tańce na polskich weselach. Choć często nazywałem siebie imprezowym fotografem albo może klubowym fotografem.

Wiesz co, ja myślę, że w fotografii ślubnej – tutaj wszystkie te aspekty fotografii i architektury, i fotografowania jedzenia, znalazły gdzieś swoje zastosowanie. Dokładnie tak. Bo fotografia ślubna to nie jest przecież tylko reportaż, ale potrzebujemy przecież sfotografować jakieś tam detale na stołach. Potrzebujemy sfotografować architekturę. Potrzebujemy sfotografować fajne dania, które są podawane na tych imprezach. Tak – fotografia ślubna jest taką kombinacją tego wszystkiego, co robiłem wcześniej w pojedynkę, czyli fotografia jedzenia czy tam fotografia kulinarna, architektura, imprezy, kluby. Tutaj mamy to wszystko tak na dobrą sprawę do sfotografowania w ciągu dwunastu czy trzynastu godzin, bo przecież musimy sfotografować i miejsce, w którym jest wesele, i kościół czy inne elementy architektury, czy ewentualnie coś fajnego, co jest podane na talerzu. Więc tak – to jest taka kombinacja większości dziedzin fotografii.

Wiesz co, takie interesujące zdanie powiedziałeś o tej fotografii tańca. Co ci, że tak powiem, nie leży w fotografowaniu tańców teraz? Przejadłeś się tym tematem?

Wiesz co, ja myślę, że w innym stylu staram się fotografować tańce niż robiłem to w klubach. W klubach często robiłem to bardzo szerokim obiektywem. Bardzo często używałem obiektywu 16-35 mm i najczęściej ogniskowa była ustawiona właśnie na 16 mm. Tutaj, na ślubach, albo używam obiektywu 35 mm albo 24 mm, co w sumie 24 mm zdarza mi się dosyć sporadycznie. Może tutaj czuję taki niedosyt i brak pomysłu na to wszystko. Albo może, że tak powiem, moje wyobrażenie tego, co chciałbym osiągnąć w rzeczywistości się rozmija z tym wszystkim. Może stąd pojawia się tutaj ta wątpliwość.

To chyba naturalnie możemy wrócić teraz do twojego doświadczenia fotografowania wesel za granicą. Tam inaczej wygląda kwestia fotografowania tańców. Nie wiem, czy tam w ogóle się dochodzi do tego momentu. Tak jak w przypadku waszych zleceń z Wojtkiem – zdarzały się takie, które obejmowały też sfotografowanie, uwiecznienie tej części tanecznej?

Tak, Jacek tutaj masz rację. Styl anglosaski różni się troszeczkę od konwencji naszych polskich ślubów. Ale tak, bardzo często fotografowaliśmy tak zwany pierwszy taniec czy tam imprezę. Pierwsza taka podstawowa różnica jest taka, że ten pierwszy taniec jest zdecydowanie później niż na naszych polskich weselach, bo często jest w okolicach godziny dwudziestej pierwszej czy tam nawet w okolicach godziny dwudziestej drugiej.

Tak – fotografowaliśmy czy tam fotografowałem bardzo często tańce, jak ty to mówisz. Tyle że, jak wiesz doskonale, te tańce w Polsce fotografujemy przez kilka ładnych godzin. Często bywa tak, że u nas ten pierwszy taniec potrafi być nawet już o godzinie siedemnastej czy osiemnastej. Zabawa trwa o wiele dłużej – do godziny, powiedzmy… My jesteśmy przynajmniej do godziny dwunastej czy tam wpół do pierwszej, więc mamy kilka godzin na sfotografowanie tych tańców. Na angielskich weselach często bywa tak, że ten pierwszy taniec jest o godzinie dziewiątej i później fotograf jest jeszcze godzinę ewentualnie półtorej godziny i to wszystko.

No właśnie. I to, jak się weźmie procentowo, ile tam fotograf robi tych tańców, to zupełnie inaczej to wygląda niż w Polsce. U nas, jak jest, powiedzmy, 30%… u niektórych nawet 50% to już jest impreza – tego czasu, który się spędza z parą młodą – to jest masakra. Rzeczywiście trochę inaczej to wszystko wygląda.

Tak.

Jak ci się pracowało jako drugi fotograf? O czym warto pamiętać podejmując się takiego zadania?

Praca drugiego fotografa, uważam, że jest bardzo dobrym sposobem przede wszystkim na zdobycie doświadczenia. Tutaj nie muszę chyba nikomu o tym wspominać, ale myślę, że drugi fotograf też pracuje na zupełnie innym, że tak powiem, poziomie. Mam na myśli tutaj poziom stresu. Jak gdyby jesteśmy tam tylko po to, żeby ewentualnie coś dostrzelić. Wielka presja tak zwanych żelaznych czy tam bezpiecznych kadrów, jak to niektórzy nazywają. Myślę, że praca drugiego fotografa to jest naprawdę bardzo komfortowa sytuacja. Oczywiście też odpada nam cała działka związana z marketingiem, z kontaktem z parami i tak dalej. Coś, o czym się chyba nie wspomina i nikt nie mówi o tym, ile pracy musimy włożyć w to wszystko nim dojdzie do podpisanie tak zwanego, że tak powiem, kontraktu czy umowy z parą.

No tak, bo to właściwie na tym się opiera nasza praca jako fotografa ślubnego czy w ogóle fotografa, żeby po prostu jakoś tych klientów zachęcić do skorzystania z naszych usług, tym bardziej współcześnie, jak mamy bardzo dużą konkurencję. W porównaniu do tego, co kiedyś widziałem na tym rynku, jak zaczynałem i wtedy już mi się wydawało, że jest bardzo tłoczno, to teraz jest jeszcze bardziej.

Wiesz co, ja tutaj nie mam aż takiego porównania, bo jestem w sumie w Polsce stosunkowo niedawno. Wydawało mi się, że będzie łatwiej. Też nie przypuszczałem, że jest aż taki tłok na rynku, więc naprawdę trzeba mocno zakasać rękawy i działać ostro, żeby gdzieś tam nas było widać.

Myślisz, że będąc w Anglii byłoby ci łatwiej wejść na rynek? Czy tam próbowałeś swoich sił w Londynie poza działalnością taką stricte jako drugi fotograf?

Wiesz co, ciężko jest mi dzisiaj to ocenić, bo tak na dobrą sprawę nie zabiegałem nigdy o to. Pracowałem od poniedziałku do piątku. Miałem na tyle komfortową sytuację w swojej regularnej pracy, że jeśli potrzebowałem wziąć sobie wolne, to nikt nie robił mi z tego problemu. Zawsze miałem wolne weekendy, więc ta sytuacja mi jak najbardziej odpowiadała.

Okej. I wtedy pojawił się jakiś taki pomysł, żeby powrócić w rodzinne strony, nie?

Wiesz co, takim przełomem, a w zasadzie decydującym momentem były narodziny naszego dziecka. Uznaliśmy, że fajnie by było zamieszkać na nowo w rodzinnych stronach, tym bardziej, że gdzieś tam chodziło to po naszych głowach od dłuższego czasu, więc stało się tak, że jesteśmy na miejscu.

Ale to już wracaliście z taką myślą, że właśnie tutaj zaczniecie – bo Ty i Dani jesteście fotografami oboje… To właśnie mieliście taką świadomość, że po powrocie do Polski wszystkie ręce na pokład i zakładamy firmę fotograficzną? Taki był plan?

Uściślając, moja żona jest grafikiem i fotografem. Wiesz co – tak, mieliśmy taki plan, że wracamy do Polski, zakładamy firmę fotograficzną i będziemy przede wszystkim fotografować śluby. Choć nie zakasaliśmy rękawów tak od razu. Zrobiliśmy sobie półroczną przerwę. Postanowiliśmy się nacieszyć tym, że nie było nas przez parę ładnych lat w Polsce. Więc ten pierwszy nasz sezon w Polsce był taki dosyć spokojny i tych ślubów było raptem kilka. Były one tylko na zasadzie jakiegoś polecenia czy ewentualnie rekomendacji, czy jakiś ślub znajomych.

Jakie wrażenia mieliście po powrocie? Bo rozumiem, że ten kierunek zupełnie wyjątkowy, czyli powrotny, w tej sytuacji przebywania za granicą przez ładnych kilka lat – i nagle ktoś wraca do Polski i rozkręca „byznes”. Zawsze się zastanawiałem, jak to jest?

Szkoda, że nie nagrywasz też wizji, bo w tym momencie pojawił się szeroki uśmiech na mojej twarzy. Moje wyobrażenie tego, jak będzie wyglądać moja praca w Polsce w stosunku do tego, co zastałem była troszeczkę rozbieżna.

To tak delikatnie rzecz ujmujesz, mówiąc, że twoja wizja była rozbieżna wobec tego, co zastałeś. Ja powiem ci tak: ogólnie wydaje mi się, że jak ktoś mieszka całe życie w Polsce, tak ja ja – z małymi epizodami – to otwiera firmę i też nie ma świadomości, co go czeka. Ale ktoś, kto życie zawodowe spędza za granicą i nagle ma prowadzić swój własny biznes w Polsce, to nazywanie tego, że miałeś rozbieżną wizję, to jest naprawdę bardzo grzecznościowe określenie.

Pomijając fakt wszelkiego rodzaju biurokracji, ZUS-ów, Urzędów Skarbowych i takich historii, bardziej byłem przerażony ilością godzin, jakie muszę spędzić na tym weselu i intensywnością polskich ślubów. Bo jeśli mamy tutaj porównywać po raz kolejny polskie i brytyjskie śluby, to wydaje mi się, że na tych brytyjskich ślubach jest zdecydowanie spokojniej. I potem po pracy zmęczenie jest zdecydowanie mniejsze niż na polskich ślubach. Intensywność polskich ślubów jest bardzo duża. Choć tutaj oczywiście też nie ma reguły. Jak gdyby z biegiem czasu, bo to jest – umówmy się – taki nasz drugi sezon w Polsce, zauważam taką też tendencję, że są pewne, że tak powiem, nawiązania do ślubów brytyjskich. Mamy wiele par, które właśnie mieszkają w Wielkiej Brytanii i gdzieś tam zapożyczają sobie te zwyczaje.

Jeszcze do tego, co powiedziałeś, że się trochę różnią te śluby, dodałbym może taki luz, który ja widzę w tych zagranicznych ślubach czy tych par, które gdzieś tam przyjeżdżają z zagranicy. Tam nie ma takiego ciśnienia, że kierownik sali mówi, że „teraz trzeba wejść i toast będzie” i coś tam jeszcze będzie… Tam jest więcej czasu, żeby wziąć parę i sfotografować, powiedzmy, zrobić taką krótką sesję w dniu ślubu.

Tak, dokładnie tak. W ogóle, jeśli brytyjski pan młody słyszy, że on ma się ubrać w garnitur raz jeszcze w środku tygodnia, to puka się w głowę. To jest coś zupełnie nienaturalnego dla nich – plenery w innym dniu niż dzień ślubu.

A wracając jeszcze do tego luzu, w sobotę rozmawiałem z moją panną młodą, która oglądała właśnie mojego bloga z Prowansji i powiedziała taką rzecz, że „wszyscy na tych zdjęciach wyglądają tak, jakby nikomu na niczym nie zależało”. A ja mówię: „no bo właśnie tak było”. Nie ma jakiegoś ciśnienia, że tutaj jest grafik, godzina siedemnasta – musimy wchodzić czy tam pierwszy taniec czy cokolwiek. Bardziej wszyscy płyną z falą i bardziej są pochłonięci sobą niż tym, co powiedzą goście lub co wypada tudzież nie wypada.

Nie ma takiej presji, żeby wszystkich zadowolić – to wszystko może być po swojemu. A jak wróciłeś do Polski, to rozumiem, że ty miałeś jakąś wizję, jak te śluby w Polsce wyglądają? Pewnie przed wyjazdem jeszcze jako nastoletni mężczyzna pewnie na jakiejś zabawie weselnej byłeś, więc to nie był dla ciebie szok?

Tutaj cię zaskoczę, bo jednak to był dla mnie szok tak na dobrą sprawę. Myślę, że dwanaście lat poza granicami zrobiło swoje. Bardzo sporadycznie bywałem na ślubach, ale jeśli już bywałem, to chyba nie patrzyłem na to wszystko przez pryzmat fotografa ślubnego, tylko przez pryzmat gościa. Więc nie – to jednak był taki mały szok, te polskie śluby.

Śluby w Polsce były dla ciebie pewnym zaskoczeniem po powrocie, ale zastanawiam się, na ile był dla ciebie zaskoczeniem twój własny ślub? Bo z tego, co mi jest wiadome, to odbywał się także w Polsce. I co – jako pan młody też byłeś zaskoczony, że teraz na przykład oczepiny czy tu już byłeś poinformowany?

Byłem poinformowany. Nasz ślub, jak zapewne wiesz, był ślubem plenerowym i też staraliśmy się go zrobić na maksymalnym luzie. Już nawet nie pamiętam, czy nasi fotografowie dostali grafik. Chyba dostali jakiś grafik, ale to tylko po to, żeby mniej więcej wiedzieli, co się będzie działo po kolei. Ale oczepiny, jeśli pytasz tutaj o oczepiny – to oczepiny były bardzo krótkie. Chyba tylko rzucałem muchą. Nic więcej.

To że pytam ciebie, to nie jest jakaś ironia z mojej strony, bo miałem taki przypadek, gdzie pan młody czytał, co się będzie działo. Ten ślub był w jakimś obrządku nieco innym troszeczkę i on pochodził z takiej rodziny, która była bardzo religijna, natomiast już te zwyczaje nie były kultywowane w tej rodzinie przez dłuższy czas. Nagle oni stwierdzili, że jednak tak, więc trzeba było zapoznać się, co ten kapłan będzie robił po kolei. Tak że tak zapytałem się z czystej ciekawości – nie żeby ci dowalić w żaden sposób.

[krzyk w tle]

O ja – co ty tam masz małpy jakieś?

A to widzę, że mój mikrofon bardzo dobrze zbiera. Wydaje mi się, że nasze dziecko jest troszeczkę śpiące, bo to jest akurat ta pora, więc tak, to jest nasz Olaf. W tle słychać naszego Olafa.

No to naturalnie muszę ciebie zapytać, czy takie dźwięki też ci towarzyszą przy obróbce, jak siedzisz sobie?

Jacek, wiesz doskonale, że tak. To jest bardzo, że tak powiem, skomplikowany temat. Choć staram się zaczynać pracę dosyć wcześnie rano – różnie z tym bywa. Po południu robię sobie przerwę i staram się spędzać czas z naszym dzieckiem. Później jeszcze na chwilę wieczorem wracam do komputera. No ale tego niestety nie da się uniknąć, tym bardziej, że ja i moja żona oboje pracujemy z domu. Jesteśmy dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu z naszym dzieckiem, więc takich sytuacji nie można uniknąć. Tak, czasami moje dziecko siedzi u mnie na kolanach, a ja tam gdzieś delikatnie przestawiam sobie suwaczki.

Aha, rozumiem. Też przerabiam podobne scenariusze w domu. I dzisiaj właściwie byłem u ortodontki – taki może temat poboczny, ale muszę to powiedzieć, bo zaszokowała mnie ta pani, kiedy ona mi oznajmiła, że ma trójkę dzieci i jeszcze własną praktykę ortodontyczną prowadzi. Tak zastanowiłem się, że my tak w sumie narzekamy – fotografowie, którzy mają dzieci – że tak ciężko się zabrać za obróbkę i tak dalej. A tu pełno ludzi prowadzi różnego rodzaju biznesy i tak dalej, i często są to zawody, które absorbują o wiele więcej czasu. I taką konieczność powodują przebywania poza domem. Chociaż nie wiem, czy to nie jest pewnego rodzaju przywilej – czasami poza ten dom wyjść. I ja nawet do Kasi ostatnio mówiłem… Bo mieliśmy taką sytuację, że byliśmy na urlopie i ja tam w weekend wyskakiwałem na ślub. I tak pomyślałem, że właściwie to tam jadę, tak mówiąc kolokwialnie, odpocząć.

Wiesz co, moja żona stawia mi takie zarzuty – że tak powiem – że wyjeżdżam na śluby czasami odpocząć, jeśli wyjeżdżam sam. Ale nie, ja jednak uwielbiam przebywać w domu. Uwielbiam pracować z domu. Zawsze chyba gdzieś tam z tyłu głowy dążyłem do tego, żeby jednak uprawiać taki wolny i niezależny zawód. Tutaj nawiążę do podcastu z Grzegorzem Kowalewskim, który bardzo dużo opowiadał o szczęściu. I myślę, że mimo wszystko mamy niesamowity przywilej, że robimy to, co robimy i możemy spędzać czas ze swoimi rodzinami.

Nie no, oczywiście, ja tak tylko przedstawiam sytuację w nieco taki może przesadzony sposób. Ja też bardzo doceniam ten fakt, że mogę być z dziećmi. O wiele bardziej niż na przykład mój ojciec ze mną mógł. Zawsze była taka sytuacja, że mama była, a taty nigdy nie ma. I jak kiedyś się zastanawiałem, co będę robić w życiu, to sobie pomyślałem, że może bym chciał być takim ojcem, który jest. Który gdzieś tam, jak dzieci się będą zastanawiały, jakie miały dzieciństwo, to nie na takiej zasadzie, że „a taty to nigdy nie było”. I myślę, że ten zawód mimo wszystko jest ciężki – fotografa ślubnego – bo to się wiąże z wyjazdami. Natomiast – to chyba Tomasz Kornas powiedział – że jak porównuje nawet taką sytuację, że jak robił zdjęcia na siedemdziesięciu kilku weselach, a porównuje do poprzedniej pracy w korporacji, to i tak jednak ta ilość godzin, które jest w domu jest nieporównywalnie większa.

Zdarzają się czasami jakieś ekstremalne sytuacje, jak to w wolnych zawodach bywa. Ciężko jest też wiele rzeczy przewidzieć i zaplanować. I często bywa tak, że musisz zrobić pięć rzeczy naraz i się okazuje, że twoje dziecko ma akurat w tym momencie bardzo zły humor i wymaga, żeby się nim zająć. Więc bywa czasami ciężko, ale jednak mimo wszystko wychodzi in plus.

Dokładnie. Rafał, muszę jeszcze ciebie zapytać o taką kwestię, która jest popularna w Polsce. Nie wiem, czy się spodziewałeś, że to jest aż taki duży temat, wracając do Polski, ale chodzi mi tutaj o kwestię tak zwanych destination weddings. Nie wiem, czy wiesz, do czego teraz piję, ale ogólnie…

Nie wiem, musisz mnie wprowadzić w temat.

Dobrze, dobrze. Powiem ci, że był kiedyś taki program w telewizji… Nie wiem, bo nie oglądałem, ale tytuł mi zapadł w pamięć. To brzmiało mniej więcej tak, że „Urzekła mnie Twoja historia”. Może słuchacze podpowiedzą, kto to prowadził i na jakim kanale to było. Natomiast urzekła mnie twoja historia wyjazdu zagranicznego, który obfitował w różnego rodzaju przygody – wiesz, te samolotowe i pociągowe, i tak dalej. Jakbyś w telegraficznym skrócie mógł powiedzieć, co się wtedy wydarzyło, jako taką anegdotę na temat tego, jak wygląda wyobrażenie destination weddings, a jak to może być czasami?

Tak. Pojawiła się na Facebooku chyba kilka tygodni temu wzmianka – w zasadzie moje podziękowania dla Lufthansy. Zdarza mi się kilka razy w roku wyjechać poza granice Polski. Wynika to trochę z moich londyńskich kontaktów, trochę z rekomendacji i tak dalej. Chociaż jakoś bardzo super nie zabiegam o to, żeby te destynacyjne śluby się pojawiały w moim portfolio, szczególnie właśnie po ostatnim wyjeździe.

W telegraficznym skrócie: miałem fotografować ślub w Prowansji. Ślub był w niedzielę. W sobotę był zaplanowany mój lot. Co prawda informowałem moją parę, że bardzo chętnie przyleciałbym w piątek – przecież może się coś wydarzyć i tak dalej, to są loty, różnie bywa. Ale oni mi powiedzieli, że willę, którą wynajmują, odbierają dopiero w sobotę, więc tutaj w piątek nie bardzo jest taka możliwość – więc jeśli przylecę w sobotę to będzie okej. Więc dobrze. Lot miałem mieć o szóstej rano. O godzinie drugiej nad ranem wystartowałem z domu na lotnisko do Krakowa. W drodze na lotnisko, w połowie drogi, dostaję SMS-a od Lufthansy, że mój lot został odwołany. To była wiadomość, która nie do końca mnie ucieszyła, delikatnie rzecz ujmując. Dojechałem na lotnisko do Krakowa. Okazało się, że następny lot mam o godzinie dziewiątej czterdzieści. Wszystko byłoby w porządku, gdyby ten lot był bezpośrednio do Marsylii, a niestety musiałem lecieć przez Monachium, bo Kraków nie posiada bezpośrednich połączeń do Marsylii.

Tak sobie szybko przekalkulowałem, że jeśli samolot o dziewiątej czterdzieści wyleci o czasie, to ja zdążę na ten samolot następny z Monachium do Marsylii. Niestety zadziałało prawo serii i samolot o dziewiątej czterdzieści wyleciał dopiero o godzinie dziesiątej trzydzieści. Więc siłą rzeczy nie zdążyłem na samolot z Monachium do Marsylii. Doleciałem do Monachium. Oczywiście w Monachium kolejny stres, bieganie po lotnisku. Zmiana rezerwacji i tak dalej. Udało mi się wylecieć z Monachium o godzinie szesnastej. Dotarłem do Marsylii, z Marsylii jeszcze musiałem się dostać do Prowansji. Odebrał mnie z lotniska tata pana młodego, więc po szesnastu godzinach dotarłem na miejsce totalnie zmęczony, więc wszystko, co udało mi się zrobić, to zjeść kolację i pójść spać.

To nie jest koniec historii, bo powrót może nie był aż tak traumatyczny, ale też był z przygodami. Zdążyłem na ślub, bardzo fajny ślub – zapraszam na bloga. Mamy poniedziałek rano i zgodnie z ustaleniami z panem młodym miałem mieć transfer z prowansji na lotnisko. Jak to po ślubie często bywa, okazało się, że nie ma nikogo, kto mógłby mnie zawieźć na to lotnisko. Więc pan młody wymyślił, że pogada z bandem, bo tak się złożyło, że band przyjechał z Holandii. W sumie oni jechali czternaście godzin – co prawda oni jechali, ja leciałem, ale mniejsza… Pan młody uznał, że wsadzi mnie do busa z bandem, oni mnie podrzucą na najbliższą stację kolejową, ja sobie wsiądę w pociąg i dojadę do Marsylii. Stwierdziłem, że okej, dobra, mam w sumie zapas czasu – wsiądę sobie w pociąg, przejadę się pociągiem, pozwiedzam okolicę, że tak powiem w cudzysłowie.

Dojechaliśmy na stację, pożegnaliśmy się z bandem. Wchodzę na stację – okazało się, że zawieźli mnie nie na tę stację, na którą powinni mnie zawieźć. Więc pani w informacji szybko mnie poinformowała, że mam jeszcze cztery minuty – żebym biegł na peron i złapał pociąg do centrum tej miejscowości, w której się znajdowałem. Więc po raz kolejny z językiem na brodzie, ze sprzętem, z walizką, do pociągu dotarłem do kolejnego miasteczka, gdzie miałem mieć pociąg do Marsylii o godzinie pierwszej dwadzieścia. Podchodzę do informacji, a w zasadzie do okienka biletowego. Mówię, że chcę kupić bilet do Marsylii, pani mi mówi, że o pierwszej dwadzieścia nie jedzie. Jedzie dopiero o czwartej.

Zawsze staram się wziąć sobie, że tak powiem, spory zapas czasu. Wychodzę z założenia, że wolę poczekać niż się stresować i przyjechać w ostatniej chwili, więc jakimś szczęśliwym trafem na to lotnisko się dostałem. Tutaj mogę powiedzieć, że tak wygląda ciemna strona tak zwanych ślubów destynacyjnych.

No właśnie. I to wszystko składa się w taką całość, że ja zaczynam się zastanawiać, ile – jeżeli chodzi o naszą ofertę, mówmy tak biznesowo – ile hajsu, mówiąc młodzieżowo, musiałbyś brać, żeby ci to rekompensowało takie straty moralne i stres.

Zdecydowanie więcej chyba niż powinienem. Tak, to prawda. Tutaj akurat ślub był dwuczęściowy. Pierwsza część była w Londynie. Druga część była w Prowansji, więc…

Ale czekaj, czekaj… Jak to dwuczęściowy? To co – ona powiedziała „tak” w Londynie, a on powiedział „tak” w Prowansji?

Nie, nie, nie… Pierwsza część tego ślubu miała miejsce w Londynie i to była tak zwana ceremonia w registry office, czy tam jak to się u nas mówi – w urzędzie stanu cywilnego.

Uroczyste podpisanie dokumentów.

Tak, uroczyste podpisanie dokumentów. A ceremonia w Prowansji, to już była taka ceremonia bardziej duchowa, że tak powiem.

Aha, to ty byłeś na obu tych częściach?

Tak, ja byłem na obu tych częściach. Dokładnie tak.

Czyli to nie było tak, że leciałeś do Prowansji do zupełnie nieznanych ci ludzi, tylko już byłeś z nimi zaprzyjaźniony czy tam zaznajomiony.

Tak, tak. Spotkaliśmy się już w Londynie, a w zasadzie znamy się już trochę dłużej. Tak się składa, że akurat pan młody pracuje w firmie, dla której ja fotografowałem kiedyś właśnie jedzenie i architekturę. Stąd te kontakty i polecenia.

Czyli dobrze jest utrzymywać takie znajomości, bo to może skutkować różnymi ciekawymi zleceniami, chociaż te zlecenia ciekawe mogą się przeistoczyć w taki – lekko mówiąc – koszmar czy przygodę życia.

Wiesz co Jacek, miałem wtrącić, że takie znajomości mogą skutkować małym zawałem serca albo co najmniej stanem przedzawałowym. Choć myślę, że pary, które decydują się na skorzystanie z usług fotografa z innego kraju też chyba po części powinny się liczyć z tym, że coś takiego może się wydarzyć, tym bardziej, że ten lot miał miejsce z dnia na dzień.

Muszą wkalkulować to ryzyko.

Tak mi się wydaje. Wiesz co, mam jeszcze jedno takie ekstremalne zadanie w połowie sierpnia. I tutaj moja para ma świadomość tego, że muszę przebyć kawałek drogi i przyjeżdżam raptem kilka godzin przed ślubem. Mam ślub w Polsce w sobotę, akurat w moich okolicach, tutaj w okolicach Beskidu Niskiego. A na drugi dzień muszę być nad Balatonem na Węgrzech na godzinę, powiedzmy, dwunastą, drugą. No mam nadzieję, że nic ekstremalnego po raz kolejny się nie wydarzy.

I też tam lecisz czy samochodem raczej?

Nie. Jadę samochodem. Akurat z miejsca, gdzie mieszkamy, powiedzmy, że mamy stosunkowo niedaleko, bo to jest raptem sześć godzin drogi – przynajmniej tak pokazuje Google Maps. Ale tutaj nasza para ma świadomość tego, że dzień wcześniej fotografujemy ślub i że musimy przebyć tę drogę, więc mają tego świadomość.

Czy przed podpisaniem umowy zostali tak poinformowani, że coś takiego jest?

Tak, tak. Uczciwie zostali poinformowani, że pracujemy dzień wcześniej.

Okej, a jakbyś miał tak powiedzieć – bo widzę, że tutaj bookujesz weekendy czasem nawet w ekstremalny sposób – jak to przed chwilą wspomniałeś… Ale jakbyś miał powiedzieć, jaki jest twój cel – ile ślubów rocznie, przy której czułbyś się szczęśliwy, zachowując ten taki balans praca-rodzina, życie prywatne.

Szczerze mówiąc nie zastanawiałem się do końca nad ilością ślubów, które uczyniłyby mnie szczęśliwym. Wydaje mi się, że chyba nie do końca chodzi tutaj o ilość ślubów – czy to będzie trzydzieści czy to będzie pięćdziesiąt ślubów. Jeśli mamy już, że tak powiem, kalkulować, to wydaje mi się, że w granicach trzydzieści, trzydzieści pięć ślubów, to jest taka sensowna liczba. Ale druga strona tego medalu jest taka, jakie mają być to śluby. Nie chciałbym, żeby i moje pary, i ja, żebyśmy się wspólnie czuli komfortowo na tych ślubach. I żebyśmy byli wszyscy zadowoleni z rezultatu pracy.

Okej, czyli celujesz w takie pary, które coś tam od siebie dają. Czy wiąże się to jakoś z waszą taką taktyką, którą zaobserwowałem niedawno – nie tak znowuż niedawno – ale przez jakiś czas obserwowałem wasze konto na Facebooku i zauważyłem, że bardzo promujecie takie zdjęcia z sesji stylizowanych. Czy to jest część tej waszej strategii, żeby docierać do takich klientów bardziej zorientowanych w tym, co się teraz w ślubach dzieje i tak dalej?

Wiesz co, ja powtarzam, że nie ma większego szczęścia, jak tak zwany świadomy klient, więc pewnie tutaj coś jest na rzeczy. Jeśli chodzi o wszystkie marketingowe rzeczy – sesje stylizowane, to tutaj muszę wykonać duży ukłon w stronę mojej żony. To jest w dużej mierze jej zasługa. Muszę powiedzieć nawet, że jej strategia naszego działania. Czy pozwoli nam to dotrzeć do par, które chcielibyśmy fotografować? Nie wiem. Ale zauważyliśmy, że mocno nam to pomaga w naszych działaniach marketingowych i w ruchu na naszej stronie. Jest to jakaś forma strategii.

Muszę cię naturalnie zapytać o to, jakie jest wasze podejście do Facebooka, bo ja zauważyłem, że ten Facebook mocno używacie. Na pewno mocniej niż ja. Szczerze mówiąc to ten Facebook zostawiłem sobie dla fotografów tylko. Ale czy te aktywności facebookowe przynoszą fajne rezultaty?

Nie będę ukrywał, że tak. Jeżeli chodzi o promocję, o płatne kampanie, to korzystamy przede wszystkim z Facebooka. Większość naszych klientów, z którymi podpisujemy umowy, to są nasze facebookowe pary.

A jeszcze tak nawiązując do tego tematu różnic między fotografowaniem ślubów w Polsce i za granicą, to rozumiem, że teraz mając te pary polskie, zachęcasz do tych sesji innego dnia albo do tych sesji narzeczeńskich?

Tutaj, Jacek, moja filozofia jest dalej chyba filozofią angielską, bo ja bardzo mocno forsuję tak zwane sesje w tym samym dniu.

Ale nawet w takim twoim tradycjonalistycznym regionie jesteś w stanie przekonać parę, że nie robisz sesji – czy tam preferujesz sesję w tym samym dniu, gdzie według wszystkich obyczajów jest zawsze powiedziane, że nie, musi być sesja w innym dniu przecież?

Wydaje mi się, że to chyba nie chodzi o obyczaje, tylko tutaj bardziej chodzi o możliwość wykonania takiej sesji. Niestety ja bardzo mocno ubolewam, ale nasze – może nie wszystkie – ale jest sporo tak zwanych domów weselnych, gdzie najzwyczajniej w świecie nie masz możliwości zrobienia tej sesji, bo masz do dyspozycji albo jakiś wybetonowany parking, albo ogrodzenie, albo coś tam jeszcze w tle, a ja absolutnie nie chciałbym wyjeżdżać gdzieś z moimi parami na dwie czy trzy godziny, bo to się totalnie mija z celem i rozbija, jak gdyby atmosferę wesela. Jeśli mam możliwość zrobienia jakiejś krótkiej sesji portretowej, gdzie zobaczę sobie kawałek zieleni czy jakąś fajną łąkę, to zawsze to robię. Więc tutaj to chyba nie jest kwestią zwyczaju, tylko to jest bardziej kwestią techniczną. Czy mamy możliwości gdzie to zrobić czy też nie.

I to się tylko o to rozbija?

Wydaje mi się, że tak – choć są też pary, którym sesja plenerowa kojarzy się z tym, że muszą zniknąć na dwie, trzy czy cztery godziny czy też, że ten plener musi trwać cały dzień. Ja uważam, że jeśli mamy fajny kontakt z parą, mamy kawałek zieleni, to tak na dobrą sprawę potrzebujemy piętnaście, dwadzieścia minut, żeby zrobić coś, co spokojnie nam wystarczy, do tego żeby zapełnić rozkładówkę w albumie. I to wszystko. Zresztą, jeśli już mówimy o sesjach plenerowych, to zawsze rozmawiam z moimi parami na ten temat dosyć szczegółowo. Pytam się, czy mają jakieś swoje ulubione miejsce czy miejsce, do którego chcą wracać albo dobrze im się kojarzy, w którym się będą dobrze czuli. Nie chodzi o to, żeby pojechać w jakieś spektakularne miejsce, w którym jesteśmy pierwszy raz i wszyscy się czujemy obco. Wtedy ciężko jest uchwycić klimat tego wszystkiego. Takie jest moje zdanie i taka jest moja filozofia na temat sesji plenerowych.

To ja zawsze podkreślam, że dobre zdjęcia plenerowe możesz zrobić przy śmietniku. Wystarczy, że masz fajne światło.

Tak.

Ogólnie zdarzyło nam się przy śmietniku zrobić, ale może w drugą stronę – nie wiem, czy widziałeś kiedyś taki mem, jak wygląda okolica pleneru oczami modeli. I tam było zestawienie, jak wygląda to z perspektywy fotografa. I tam było, że modele patrzą właśnie na jakiś syf, na jakieś śmietniki, a fotograf tam widzi jakieś polany i drzewa w tle, i tak dalej. Wystarczy spojrzeć tylko z trochę innej strony na jedno miejsce. Czasami się ludzie dziwią, że „tutaj sesja?”, a później piszą, że są jakoś tam zaskoczeni.

Ale specjalnie cię zapytałem o ten motyw robienia sesji tego samego dnia, bo wiem, że jest w Polsce dużo osób, które uważają – nawet wśród słuchaczy – że fajnie, wszystko fajnie, sesja w tym samym dniu to są te emocje, ale u mnie to się nie da, bo ja na przykład jestem z Podkarpacia, a ktoś tam na Podlasiu mieszka i tak dalej. Że to tak ciężko tym parom przemówić do głowy. Ale wydaje mi się, że to jest kwestia otwarcia się na tych ludzi. Powiedzenia wprost, co się uważa, jak powinno być lepiej.

Tak, jak najbardziej. Zdecydowanie masz rację. Dlatego właśnie tutaj, tak jak wspomniałem, mówiąc kolokwialnie, ja bardzo cisnę te moje pary i próbuję wydusić z nich miejsce pierwszej randki albo jakiegoś pierwszego wakacyjnego wyjazdu, żeby się czegoś tam dowiedzieć już na ich temat. Zresztą pierwsze moje takie zasadnicze pytanie zawsze jest, czy wolicie miasto czy wolicie krzaczki. To już jest taki pierwszy przesiew. A później brniemy w to wszystko dalej.

W ogóle temat prowadzenia par w krzaki to zostawmy może na inną rozmowę, bo to za grubo. Rafał, myślę, że tym pozytywnym akcentem możemy zakończyć i jeśli się pojawią jakieś pytania do ciebie to myślę, że już na grupie będziemy dalej kontynuować.

Dziękuję Jacku za możliwość przeprowadzenia tej rozmowy. Mam nadzieję, że przeszła ona dosyć gładko, choć mieliśmy troszeczkę problemów technicznych. Tak, zapraszam wszystkich podcastowiczów na mojego fanpage’a.

To może jeszcze powiedz, gdzie cię można znaleźć na Facebooku – jaki masz tam handle czy jak to się mówi… nick, adres facebookowy?

Na Facebooku jestem pod Motkowicz Photography – link do strony już będzie tam w informacjach tudzież ewentualnie Motkowicz.pl.

A na Instagramie?

Bardzo dobre pytanie. Widzisz, to jest tak, jak nie zajmujesz się do końca marketingiem tylko robi to twoja żona, ale z tego, co pamiętam to też jest pod Motkowicz Photography.

Dokładnie, to tam sobie już wszyscy wyszpiegują. Dzięki Rafał jeszcze raz serdecznie za rozmowę!

Leave A

Comment

6 lipca 2017
First !!!
Odpowiedz
6 lipca 2017
1 !
Odpowiedz
6 lipca 2017
Cholera. Znowu przegrałem o grubość szprychy :)
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Czemu przegrałeś?
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Odpowiedz
6 lipca 2017
No to hejnal na 6 godzin !
Odpowiedz
6 lipca 2017
Jak ja lubię czwartkowe poranki! :)
Odpowiedz
6 lipca 2017
No w końcu bo robota nie idzie
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Mar Cin mam nadzieję, że teraz pójdzie z górki :)
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Zbieram podcasty na przyszlotygodniowa podroz do Bulgarii ;)
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Piotr Czechowski cofną Cię na granicy!!!
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    mam nadzieje, bo czeka mnie ciezkie lookbookowe focenie ciuchow ;)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Piotr Czechowski brzmi jak spoko interesujące zlecenie w sensie lokalizacji i o ile ciuchy fajne :) Ja jestem tak na bieżąco z podcastami, że nawet na wycieczkę Jacka nie namówię teraz, żeby posłuchać buuu :(
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Strasznie się uśmiałam jak usłyszałam, że Jacku odpoczywasz gdy jedziesz na ślub, a dzieci zostają w domu - nie tylko Ty tak masz u mnie jest podobnie, i nieraz mam ich na kolanach... ale dzieci są ponad wszystko najważniejsze :)
Odpowiedz
6 lipca 2017
Teleranek !!!
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    🤣
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Zaraz przeslucham z zainteresowaniem. Zastanawiam sie, czy kiedys bedzie podcast z fotografem slubnym, ktory radzi sobie w kraju nieangielskojezycznym, czyli mieszka poza Wielka Brytania i Polska.
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    To by musiał być podcast z Tobą Ania Padzik - przecież to Ty podbiłaś część Finlandii jadąc tam bez znajomości języka :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Dzieki Mariusz! Nie wiem, czy jestem wystarczajaco kompetentna :) Poza tym ciekawa jestem, czy sa jeszcze takie osoby i jak sobie radza ...
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Jacek Marek Siwko - nominuję tą Panią do podcastu nr 294 :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Taki numer podcastu bylby odpowiedni ;)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Marta Kowalska Fotografia która była 2 odcinki temu robi destination w meksyku ...
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Damian Przestrzelski miał być nieangielskojezyczny :D
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Mariusz Wacławiak Meksyk nie jest anglojęzyczny:)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Mariusz Wacławiak dzięki za polecenie, nie wiem czy tyle odcinków wytrzymacie ze mną :D 294 OMG!!!
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    dobra, to prosze gdzieś wcisnąć pomiędzy 160 a 190 :)
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    Mariusz Wacławiak Jak podbić rynek bez znajomości języka? Jak dla mnie temat numer jeden. Sam jestem w takiej sytuacji i wszelkie rady są na wagę złota. Podchodzę do tego jak pies do jeża, celując głównie do rodaków :-)
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    A gdzie mieszkasz Augustyn? Chetnie tez pogadam na ten temat. Moze byc priv :)
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Teraz ?! Jak ja na rybach jestem pod domem ?! wieczorem do obróbki bedzie idealnie posłuchać
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Ładny widok, ten budynek po prawej to Twoja hacjenda? :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Niestety nie. To hale pofabryczne dawnych zakładów lniarskch. Moja hacjenda na zdjeciu w oddali ;)
    Odpowiedz
6 lipca 2017
mimo walki z dziadowym internetem mobilnym, który sam się chyba zjada - z wielką OLBRZYMIĄ przyjemnością jak co czwartek naciskam PLAY <3
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Aniu, witaj w klubie, my podczas tej rozmowy też walczyliśmy ze słabym Internetem... :P
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Jacek mnie się już pomysły kończą skąd usługę kupić bo nie mogę mieć teraz domowego - a dziennie nie miałam nawet świadomości ile 'zabieram' pakietu - dramat !!!!
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Witam w klubie dziadowego neta, o i właśnie zobaczyłam, że Jacek napisał to samo. ups :D
    Odpowiedz
6 lipca 2017
warsztaty selektywnego koloru i obslugi 70-200 bede udzielal w kazdy ostatni piatek miesiaca, zainteresowanych prosze pisac do Jacek Marek Siwko.
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    zdecydowanie polecam ... nie wspomnialem o naszej lekcji zdjec krajobrazowych na ktorą jechalismy kilka ladnych godzin :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    hahahaha!!!
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Wojtek Chrapek zyskiem ze sprzedaży oczywiście się chętnie z Tobą podzielę, a gdzie ta lekcja krajobrazu była dokładnie? Nie mogliście do Hyde Park pojechać? :P
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    dogadamy sie ;) haha!
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    czy w pakiecie można prosić też o obsługę fisheye'a ?
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    nie, to bedzie osobny workshop niestety
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Zgłaszam się w takim razie, bo swego czasu na digarcie dodałam jedno takie zdjęcie i byłam zachwycona...natomiast mój selektiv color nie spodobał się publiczności więc...przydadzą mi się korki :D :D <3
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Kasia Siwko znasz prezesa to bedzie Rabat na bilet 😜📸😊
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    Wojtek Chrapek lubię takie znajomosci haha 😁
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Bardzo przyjemnie się słuchało! Uściski dla Dani, Olafa i całej Familii ;).
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Dziękuję. Pozdrawiamy naszych fotografów slubnych :)
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Szybko zleciało w podroży :) Pozdrówki dla Was
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Łukasz Popielarz dzięki za dobre słowo, a gdzie tym razem jedziesz? PS. Ty chyba masz wykupiony bilet miesięczny :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Vienenburg koło miasta Brunszwik :) mam już raczej roczny 😅
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Z chęcią posłucham gdyż przed nami wkrótce ta sama droga. Dzięki Jacek za taki odcinek.
Odpowiedz
6 lipca 2017
Dziękuje za kolejny podcast :)
Odpowiedz
Jak zawsze cieplutko i bardzo miło:)
Odpowiedz
6 lipca 2017

Odpowiedz
    6 lipca 2017
    jest dostępny, tylko czasami jak nie masz dobrego połączenia to iTunes nie chce go załadować. Spróbuj jeszcze raz. Wyłącz aplikację i włącz. Daj znać czy się udało :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    potwierdzam Natalia sciagalem ok 2-3h temu ;) i jaaaaki faaajny hehe :) no coz na dobre rzeczy czasem trzeba poczekac
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    Jacek Marek Siwko udało się 😀😀
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Nie, jesli mam placic za to :) moge im "dac" slub do publikacji
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Bo to chyba o ten "efekt prestiżowy" niby toczy gra, ale pytanie ile osób faktycznie się tym przejmie, że ktoś Ci wydrukował zdjęcia w magazynie raz od wielkiego dzwonu :) Zdjęcie Twojej twarzy na okładce to by było coś :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Nie wiem czy wezma moja twarz na okladke Jacek😂
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Greg Kociela zawsze możesz twardo negocjować warunki wykupienia reklamy :) Trzymam kciuki :P
    Odpowiedz
6 lipca 2017
2 razy w tym roku do mnie dzwonili czy chcę wykupić stronę w magazynie ślubnym, póki co odmówiłem bo nie wiem czy warto inwestować, poza tym robili pierwsze wydanie
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Piotr Dynarski jakieś nowe pismo? Ciekawe jaki nakład szykują.
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    Jacek Marek Siwko https://katalogslubny.pl nowe pismo, nie pamiętam jaki nakład telefonicznie podali, koszty znam gdyby były potrzebne
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    Piotr Dynarski a tak nam to przysłali. Jest okej, ale ja nie widzę tam nas.
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Problem z tymi gazetkami jest taki, że skoro nikt sensowny się tam nie reklamuje to nikt sensowny po to nie sięga ;) Trzeba by się było skrzyknąć jakąś mocną ekipą z hotelami, projektantkami itd. i samemu coś wydać, żeby mogło się udać :D
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Dorota Urbańska swego czasu jeden blog ślubny zrobił taką niby mocną publikację, ale efektów nie znam. Może ktoś z Niezłych Aparatów wie czy panny młode faktycznie szukały podwykonawców studiując książkę z najpiękniejszymi ślubami w Polsce. Karolina Miądowicz wiesz coś na ten temat?
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    O książce nie, ale sam ten portal byl bardzo wertowany przez nasze panny mlode. Na jesien wychodzą dwie kolejne książki, zobaczymy jaki będzie odzew
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Lubię branżę ślubną, w miarę się nią interesuję. I nawet ja z takch gazetek nie korzystam. Nie chcę myśleć do jakiego procenta Par Młodych one trafiają i jak na ten procent wpłyną moje zdjęcia...
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    mam podobnie. Jak sięgam w emipku po którys z tych magazynów to baaaardzo żadko znajduję tam kogoś, kogo znam lub chociaż kojażę :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Panie redaktorze, oba wyrazy przez rz please :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Z drugiej strony, może Panny Młode z tych gazetek są też bardziej świadome, robią ciekawsze fotograficznie śluby, wiedzą czego chcą i wymagają... Nie wiem. Nie znam się. Musiałam się wypowiedziec :D
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    Krzysztof Krzemiński a Ciebie to akurat chyba w tym ślubnym katalogu widziałam 😚
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    W katalogu tak, ale katalog to nie Gazeta:)
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Pierwszy fotograf UK którego poznałem to własnie Rafal a potem już z górki Wojtek, Tom itd :D dzis słodko dzięki nim strzelam
Odpowiedz
6 lipca 2017
Prawda jest niestety taka, ze nie ma żadnej sensownej papierowej gazety, sa wizualnie przestarzale, przeladowane reklamami na niskim poziomie. A żeby to jakoś wyglądało musiałoby kosztowac 20-25 zl. Bez reklam nie mialoby prawa sie utrzymac i kółko sie zamyka. Rozmawiałyśmy już o tym z Gosia z Hello Calligraphy.
Odpowiedz
6 lipca 2017
W dzisiejszych czasach wiekszosc ludzi raczej szuka online, jest tyle blogow I roznych innych portali z inspiracjami ze chyba ogloszenia drukowane Nie beda mialy duzego sukcesu
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Jedynie porzadny, pieknie wydany kolekcjonerski magazyn ale to bardzo ciężki finansowo temat (na pewno w Pl)
    Odpowiedz
    9 lipca 2017
    Taki Kukbuk. Te wszystkie blogi i portale świecą reklamami jak portale w latach 90'tych. Dobrze, że chociaż pop'upów już nie robią.
    Odpowiedz
6 lipca 2017
sposrod wszystkich moich UK przyjaciol, fotografow weselnych nikt jeszcze nigdy nie dostal pracy z ogloszenia, magazynu, gazety, jak zwal tak zwal. Tutaj ludzie w wiekszosci polegaja na necie i na reklamie ustnej czyli poleceniach od innych zadowolonych klientow.
Odpowiedz
6 lipca 2017
Ja lubię Magazyn Wesele :) z publikacji sesji stylizowanej miałam kilka zapytań od par, podpisałam jedną umowę z takiego zapytania :) ale nie płacimy. Teraz bardziej mnie cieszy, że o naszych targach tam piszą - ale fakt faktem - u nas chyba marnie z takimi magazynami. Sama wolę kupić droższy ale żeby był ładnie wydany :-) Takie zboczenie - przykład - nie gotuje a kupuje Kukbuka bo jest ładnie wydany ❤️
Odpowiedz
6 lipca 2017
Reklama tylko na fb, budżet 10 zł/dzień potrafi zdziałać cuda :) Na reklamę przeznaczam 30-50 zł miesięcznie, a klientów z fb ponad 60%, reklama w tego typu gazetach nie dość ze droga to wydaje mi się mało skuteczna.
Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Z Twoim nazwiskiem reklama niepotrzebna ;)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Wojciech, wyjąłeś mi to... :)
    Odpowiedz
    6 lipca 2017
    Edit. Chociaż jak moje zdjęcie ślubne było opublikowane w digital camera Polska (magazyn w którym nie znajdzie się artykułów dotyczących fotografii ślubnej) to miałem mnóstwo zapytań i podpisanych umów.
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Rafal Motkowicz nie wiem czy to fakt, że Cię znam ale chyba nie - ja po prostu uwielbiam ten odcinek :) Zdaje się poczucie humoru mamy podobne zresztą to już wiemy więc wyłapywałam fajne niuanse :) Moment z Olafem - poryczałam się ze śmiechu :) A historia z podróżą i perypetie po drodze wbiły mnie w fotel. Jacek specjalnie mi o tym nie powiedział chyba hahahha :) Mega mi się słuchało. Dani Motkowicz wiedziałam, że lamy i inne piękności to Twoja sprawka i fajnie, że Rafał o Tobie też wspominał :)
Odpowiedz
    8 lipca 2017
    Dzięki Kasia Siwko, do końca nie wiem kiedy i jak Dani Motkowicz to wszystko ogarnia 🙂, ale widać małe zoo w domu napewno pomaga 😜
    Odpowiedz
    11 lipca 2017
    Rafal Motkowicz inspirujący każdy dzień👨‍👩‍👦Kasia Siwko kiedy się nie spełniam w Agencji Bezpieczeństwa Domowego uciekam i wymyślam :) pozdrawiam grupe Niezłe Aparaty Podcast 😎
    Odpowiedz
6 lipca 2017
Pojawianie się w różnych mediach czy to drukowanych czy online to część kampanii reklamowej. Dość często fotografowie ślubni wykupią jakąś formę reklamy i potem okazuje się " kurde nic nie zabukowalem" z tego a to nie o to chodzi. Takie przewijanie się nazwiska w mediach powoduje że jesteśmy rzpoznawalni. Może nie dziś jutro ale z Czasem to zaczyna działać. Taka reklama/publikacja/wywiad To jedynie część skumulowanej akcji. Ja płacę i korzystam jeśli mogę za free gdzieś się wcisnąć. U mnie działa.
Odpowiedz
7 lipca 2017
Ja się przyznam bez bicia, że na Rafała trafiam pierwszy raz. No, ale zanim przesłuchałam podcast, pogrzebałam trochę na jego stronie i w głowie najbardziej mi utkwiła strona "o mnie". Już po niej wiedziałam, że będzie dobrze się słuchało. Naprawdę tona ciepła bije i od tego wpisu, i od podcastu! Gratuluję przebrnięcia przez perypetie z ostatnią podróżą na zlecenie ślubne i oby następna już była mniej problemowa! :) Dzięki za kolejne umilenie czwartku :D
Odpowiedz
    7 lipca 2017
    Potwierdzenie tylko jak ważna jest sekcja o mnie 😍
    Odpowiedz
    7 lipca 2017
    Kasia Siwko otóż to!
    Odpowiedz
    8 lipca 2017
    Ogromne dzięki Aleksandra Siwierska lubimy podróże, tak 😀 nawet te z perypetiami 😉. Pozdrawiamy
    Odpowiedz
7 lipca 2017
Wlasnie nadrabiam podcasty w pracy. Prowadzenie tramwaju ma swoje plusy ;) dzisiaj polecialy z 4
Odpowiedz
11 lipca 2017
Szukając fotografa na nasz ślub zobaczyłam na FB jedno zdjęcie i tak ich wybraliśmy :) Później, szukając inspiracji kupiliśmy magazyn i znowu jedno mega zdjęcie zadecydowało, że i my chcieliśmy tam być. Myślę, że w dużym stopniu wybór zależy od tego co widzimy i jak to zadziała, co poczujemy. Czy zadzwonimy lub napiszemy. Na pewno dużo osób szuka online, ale magazyny często są przeglądane przez przyszłe panny młode w salonach piękna, spa itd. Może po prostu trzeba tam umieścić odpowiednie zdjęcie, takie wow! :) Jestem jednak za reklamą online :) trochę więcej się dzieje :) i jesteśmy to w stanie kontrolować, mimo że FB Polska nie wystawia rachunków :(
Odpowiedz